Czekanie przed wejściem nie było najprzyjemniejszym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Przede wszystkim dotarło do mnie, że mam za sobą swoją pierwszą pieszą podróż, po obozie. Kiedy wybiegałam ze swojej kwatery niewiele myślałam o konsekwencjach, ale przyznaję, że teraz, stojąc na zewnątrz, moja pewność siebie zaczęła ze mnie ulatywać. W prawdzie było ze mną dwóch żołnierzy, ale strach gdzieś tam się we mnie czaił. Pocieszałam się myślą, że było to odczucie naturalne, po tym, co przeszłam, a przy tym starałam się skupić jedynie na tym, co miałam przekazać dowódcy, który zajmował się moją osobą.
Każda sekunda oczekiwania była coraz gorsza. Nogi pokryły mi się gęsią skórką, podobnie jak ramiona, więc szczelniej okryłam się peleryną, nasłuchując, czy mężczyzna w środku już się obudził. Nie było to łatwe, bo ze środka nie dobiegał żaden odgłos, a przynajmniej ja żadnego nie usłyszałam, denerwując się jeszcze bardziej. A co jeśli go tam nie ma? Nie jest powiedziane, że musi być u siebie, tylko, że gdzie ja go teraz miałabym znaleźć? Pomyślałam jeszcze o Eliah'u, który mógłby być u siebie, ale w tej samej chwili usłyszałam dochodzący zza drzwi głos. Aż podskoczyłam, nieprzygotowana na taki obrót spraw, po czym skinęłam głową na żołnierzy, których miałam oddalić. Spojrzeli w prawdzie po sobie, ale nie oponowali, tylko z wyrazem zrozumienia, odeszli tak, jak ich dowódca rozkazał. Może w innej sytuacji poczułabym niepokój, ale teraz nie było na to czasu. Niewiele myśląc wyciągnęłam dłoń przed siebie i po chwili otworzyłam przejście, by zaraz znaleźć się w istnych ciemnościach.
Usłyszałam jego głos, chyba niezbyt zadowolony, po czym poczęłam się rozglądać. Nie chciałam marnować czasu na słowa, ale poszukiwania były daremne, do momentu w którym mężczyzna nie rozświetlił wnętrza namiotu. Wtedy też moim oczom ukazało się pióro, do którego rychło podbiegłam. Nie myśląc o tym, że miejsce przy biurku zarezerwowane może być tylko dla oficera, usiadłam na nim, po czym złapałam za przedmiot do pisania. Nie chciałam niczego pominąć, tak szybko jak przysunęłam sobie kawałek pergaminu, poczęłam kreślić obraz, który miałam w głowie. ten sam, który przewijał się w moim koszmarze. Nie mogłam mieć pewności, że ten symbol coś oznacza, miałam jedynie domysły, ale przyznaję, że czułam, iż jest to coś ważnego. Nie wiem, jak miałabym to wytłumaczyć, po prostu coś we mnie mówiło, że muszę mu to pokazać.
Położyłam pierwsze kreski. Symbol nie był skomplikowany do narysowania dla kogoś, kto miał go przed oczami, ale ja musiałam przypominać sobie z pamięci coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam. Czułam, że mężczyzna stoi nade mną i przygląda się temu, co robię. Atmosfera panująca między nami jeszcze nigdy nie była swobodna, ale teraz czułam się inaczej niż zwykle. Tak, jakby on sam nie emanował pewnością siebie, którą już przy pierwszym zerknięciu na niego, przypisałam do jego osoby. Czy to był znak, że dobrze postąpiłam, przychodząc tutaj?
Zakończyłam kreślić nieznany sobie symbol, nadal trzymając pióro w dłoni. Sprawdziłam jeszcze, czy wszystko jest takie, jakie być powinno. Spojrzałam na swojego towarzysza dopiero wówczas, gdy on sam zadał mi pytanie. Jego ton mi się nie spodobał, poczułam się tak, jakbym jednak zrobiła coś złego, w dodatku się odsunął. Teraz dopiero mogłam mu się przyjrzeć. Bez tej całej oprawy, jaką była lśniąca zbroja, dopięte na ostatni guzik szczegóły, bez broni przy boku... wyglądał całkiem inaczej. Powiedziałabym, że nie przerażał mnie, aż tak, jak zawsze. W dodatku zrobiło mi się nieco głupi, widząc go jedynie w koszuli nocnej, chociaż i ja miałam taką na sobie.
- Nie wiem... - odpowiedziałam niepewnie, zachęcona do tego jego tonem głosu. Nigdy wcześniej podobnego nie użył, więc coś musiało być na rzeczy. Opuściłam spojrzenie, odkładając przy tym pióro na blat biurka i położyłam swoje dłonie na kolanach. W jednej chwili zrobiło mi się niedobrze, bałam się, że oczekuje teraz ode mnie, jakiś logicznych wyjaśnień, a przecież ja takich nie miałam. Bałam się też, że się zbłaźnię, bo może przyszłam tutaj w środku nocy z błahego powodu, sądząc, że jakoś w końcu pomogę. Pomóc chciałam, naprawdę pragnęłam tego mocno, a już bycie w oczach tutejszych wojów jedynie problemem, nie odpowiadało mi najbardziej.
Skrzywiłam się, uznając, że najlepiej będzie jeśli powiem mu wszystko, nawet jeśli uzna to za bełkot dziewczyny, która po tragedii nie może spać.
- Miałam koszmar - zaczęłam, biorąc przy tym głębszy oddech. - Niby były to sceny ze świątyni, ale tam... tam nie udało mi się ukryć. Otaczało mnie wielu z ich ludzi, trzy postacie były mi już znajome, bo faktycznie widziałam je w dniu tragedii bardzo wyraźnie... - wcale nie mówiło mi się o tym łatwo, a wręcz przeciwnie. Prawdę mówiąc, gdybym miała zwlekać do jutra, to nie wiem, czy bym się na to zdobyła. Jakby znów uderzyła we mnie chłodna, dostojna postawa tego mężczyzny. Przyznaję, że mimo wszystko okoliczności sprzyjały tej rozmowie. - Wszyscy jednak mieli na sobie ten znak... nie pamiętam wielu szczegółów i nie chcę ich pamiętać, ale pamiętam ten symbol. Nie wiem, co on oznacza, nigdy wcześniej go nie widziałam, ale jestem pewna, że ci bandyci są z nim związani... - podniosłam w końcu na niego wzrok, chcąc zobaczyć, jakie emocje malują się na jego twarzy. Niezręczność została zsunięta w tył, a była ciekawość i strach, że znów okażę się całkowicie niepotrzebna.
- Czy to jakoś pomoże? - zapytałam po chwili w prost. - Jak tylko się obudziłam, czułam, że muszę tutaj przyjść. Przepraszam za najście, bałam się, że do rana zapomnę, jak dokładnie wyglądał ten symbol - dodałam jeszcze, na wszelki wypadek, żeby się nieco usprawiedliwić. Atmosfera nie pomagała mi się uspokoić. Prawdę mówiąc, z każdą chwilą czułam się coraz mniej pewnie. Miałam wrażenie, że kurczyłam się na tym krześle, przy okazji potęgując swoje zdenerwowanie tą całą sytuacją.
Miałam wrażenie, że jeszcze nigdy nie czekałam tak na czyjeś słowa, jak teraz, na te, które miały wyjść z ust Nevana Tealvasha.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz