Jeśli była jakaś odpowiedź, której się
spodziewałem, nie było to z pewnością „nie wiem”. O ile istniało coś, na co
liczyłem, na pewno nie było to to. Nie wiem zostawiało wszystkie drogi otwarte,
nie zamykało żadnej ścieżki, nie tworzyło ślepych zaułków. Skinąłem wolno
głową. Sam nie wiem dlaczego zdobyłem się na ten gest, bo oprócz niewątpliwie
dziwnych okoliczności właściwie nic się nie zmieniło. Zobaczyła gdzieś symbol –
nie wiadomo gdzie.
Coś, co wydawało się płomykiem nadziei
zostało we mnie brutalnie zgaszone. Uderzyło mnie zmęczenie gromadzące się w
moim ciele... Odkąd? Od kiedy wyruszyliśmy na wyprawę? Może w ogóle nie spałem
dobrze wcześniejszej nocy. Chciałem jej zasugerować, że to powinno poczekać do
rana, że wtedy wszystko mogę jej wytłumaczyć. Ja albo ktoś inny. Eliah się nią
zajmuje, z nim z pewnością może o tym porozmawiać. I otwierałem już usta, żeby
to powiedzieć, ale ona zabrała głos pierwsza. Założyłem ramiona na piersi.
Koszmar. Moc. Jasnowidzenie. Wszystko,
o czym gadali ludzie i w co zupełnie nie wierzyłem. Kapłanki może posiadały
umiejętności, ale dopiero, kiedy zostały wydane za mąż. Bujdy. A jednak...
Symbol narysowany na kartce nie mógłby być bardzej prawdziwy i narysowała go
dziewczyna, która nie miała możliwości się z nim wcześniej spotkać.
A gdyby tak na moment odsunąć swoje
uprzedzenia?
Odetchnąłem i przeszedłem przez całą
długość namiotu, aż do samych drzwi. Wyglądnąłem na zewnątrz. Straż odeszła.
Był środek nocy, jedynie warty od czasu do czasu spacerowały ulicami. Było
pusto i nikt nie mógł nas podsłuchać. Podszedłem do komody, w której trzymałem
najpotrzebniejsze rzeczy, ale nie zatrzymałem się tam. Zatoczyłem krąg w stronę
łóżka. Starałem się zebrać myśli o odsunąć chęć, żeby uznać to wszystko za
niemożliwe. Za zabobon.
– Mówisz więc, że widziałaś coś, co się
nigdy nie wydarzyło – zacząłem, mój głos zdradzał zmęczenie. Był cichy, ale
stanowczy. Pomijałem wzrokiem fakt, że dziewczyna nie była odpowiednio ubrana i
miałem nadzieję, że to nie rozszerzy żadnych plotek. Taka wizyta w środku nocy
pozwalała nabieraż podejrzeń. – jeśli dobrze rozumiem – dokończyłem,
zatrzymując się na chwilę, ponownie przy wyjściu z namiotu. – I jesteś pewna,
że nie widziałaś wcześniej tego znaku – dodałem, stając plecami do niej.
Zatrzymałem się i zamilkłem na dłuższą chwilę.
Trzeba robić to, co jest odpowiednie,
nie to, na co się ma ochotę, to zawsze mówił mój ojciec. Zacisnąłem zęby. Byłem
tak bardzo zmęczony. Ciężar, który spoczywał na moich barkach był coraz
trudniejszy do uniesienia.
Odwróciłem się na pięcie i podszedłem
do stołu. Przyklęknąłem obok lewej nogi, przy której siedziała dziewczyna.
Palcami przesunąłem po wyżłobionych deskach. Odliczyłem do trzech w prawo. Moja
dłoń doskonale znała ułożenie tych wyżłobień. Zastukałem trzykrotnie. Odpowiedzialo
głuche echo. Nie takie, jak w reszcie parkietu wyścielającego namiot.
Podniosłem na nią złe spojrzenie. Nie złe na fakt, że tu się znalazła. Nie złe
nawet na nią samą. Raczej na to, że muszę pokazać jej skrytkę, o której nikt
nie powinien wiedzieć. Z westchnieniem nacisnąłem na deskę. Ustąpiła pod
naciskiem, przesunęła się w dół. Zatrzask puścił, kiedy wsunąłem dłoń w szparę
i go poluzowałem. Zostało wyjęcie dwóch desek. Z kryjówki wyciągnąłem kawałek
zawiniętego starannie materiału.
Podniosłem się powoli i rzuciłem go na
stół. Chciałbym móc spalić tkaninę samym wzrokiem.
– Otwórz – poleciłem, przechodząc nad
skrytką i stając przy stole. Mięśnie miałem obolałe. Moje ciało paliło ogniem
całodniowego wysiłku i treningu.
Na rozsuniętym powoli materiale był
znak. Dokładnie ten sam, który leżał przed Esją na kawałku papieru na stole.
Był identyczny. Jednocześnie bałem się i chciałem to zobaczyć. Przekrzywiłem
głowę i wciągnąłem w płuca duży haust powietrza.
– To odpowiedź na twoje pytanie. –
Przeszedłem na drugą stronę stołu i sam usiadłem na umieszczonym tam
krześle. – Pytanie, czy to pomoże –
wytłumaczyłem, splatając przed sobą dłonie. – To, co masz przed sobą to część
sztandaru wojsk karradyjskich. Wyjąłem go z dłoni martwego karradyjczyka po
bitwie, w której odnieśliśmy sukces. Nie wiem, co oznacza, ale wiem, co może
znaczyć twój sen i ten symbol.
Zawahałem się tu na moment. Co innego
nie wierzyć w religię naszego kraju, co innego jednak... Powiedzieć jej wprost,
że może jej się przywidziało? Mając taki dowód? Przyszła z nim do mnie. Wbrew
swojej woli czułem, że powinienem być delikatny.
– Miewałaś kiedyś takie sny? –
podniosłem na nią spojrzenie. Zaraz znów się obrazi. Oskarży mnie o zapominanie
o jej statusie społecznym, którego nawet nie chce, powie, że jeśli w to nie
wierzę, to nie wie, co tu robi. Zmęczony, taki zmęczony... – Jesteś pewna, że
nie widziałaś tego symbolu wcześniej? Jeśli mamy oskarżyć Karrad o splądrowanie
i wymordowanie całej świątyni, nie... Nie można tego zrobić pohopnie.
Normalnie
czułbym ekscytację tym, że możemy rozpocząć krwawą wojnę, nie powstrzymywać się
już przed niczym. Zrzucenie winy na Karrad da ludziom siłę, podniesie ich
morale. Będą pragnęli krwi ludzi, którzy przyczynili sie do tak wielkiego
świętokradztwa. I ja też tego chciałem. Ale może nie teraz, może rano, kiedy
uda mi się zebrać moje siły.
– Nie powinienem mieć tego przy sobie –
mruknąłem, przenosząc wzrok na materiał leżący na stole. Symbol przyszłej
śmierci. Już czułem jej smród. – Lepiej, żeby to pozostało tylko między nami.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz