sobota, 6 maja 2017

XII

        Jeśli była jakaś odpowiedź, której się spodziewałem, nie było to z pewnością „nie wiem”. O ile istniało coś, na co liczyłem, na pewno nie było to to. Nie wiem zostawiało wszystkie drogi otwarte, nie zamykało żadnej ścieżki, nie tworzyło ślepych zaułków. Skinąłem wolno głową. Sam nie wiem dlaczego zdobyłem się na ten gest, bo oprócz niewątpliwie dziwnych okoliczności właściwie nic się nie zmieniło. Zobaczyła gdzieś symbol – nie wiadomo gdzie.
        Coś, co wydawało się płomykiem nadziei zostało we mnie brutalnie zgaszone. Uderzyło mnie zmęczenie gromadzące się w moim ciele... Odkąd? Od kiedy wyruszyliśmy na wyprawę? Może w ogóle nie spałem dobrze wcześniejszej nocy. Chciałem jej zasugerować, że to powinno poczekać do rana, że wtedy wszystko mogę jej wytłumaczyć. Ja albo ktoś inny. Eliah się nią zajmuje, z nim z pewnością może o tym porozmawiać. I otwierałem już usta, żeby to powiedzieć, ale ona zabrała głos pierwsza. Założyłem ramiona na piersi.
        Koszmar. Moc. Jasnowidzenie. Wszystko, o czym gadali ludzie i w co zupełnie nie wierzyłem. Kapłanki może posiadały umiejętności, ale dopiero, kiedy zostały wydane za mąż. Bujdy. A jednak... Symbol narysowany na kartce nie mógłby być bardzej prawdziwy i narysowała go dziewczyna, która nie miała możliwości się z nim wcześniej spotkać.
        A gdyby tak na moment odsunąć swoje uprzedzenia?
        Odetchnąłem i przeszedłem przez całą długość namiotu, aż do samych drzwi. Wyglądnąłem na zewnątrz. Straż odeszła. Był środek nocy, jedynie warty od czasu do czasu spacerowały ulicami. Było pusto i nikt nie mógł nas podsłuchać. Podszedłem do komody, w której trzymałem najpotrzebniejsze rzeczy, ale nie zatrzymałem się tam. Zatoczyłem krąg w stronę łóżka. Starałem się zebrać myśli o odsunąć chęć, żeby uznać to wszystko za niemożliwe. Za zabobon.
        – Mówisz więc, że widziałaś coś, co się nigdy nie wydarzyło – zacząłem, mój głos zdradzał zmęczenie. Był cichy, ale stanowczy. Pomijałem wzrokiem fakt, że dziewczyna nie była odpowiednio ubrana i miałem nadzieję, że to nie rozszerzy żadnych plotek. Taka wizyta w środku nocy pozwalała nabieraż podejrzeń. – jeśli dobrze rozumiem – dokończyłem, zatrzymując się na chwilę, ponownie przy wyjściu z namiotu. – I jesteś pewna, że nie widziałaś wcześniej tego znaku – dodałem, stając plecami do niej. Zatrzymałem się i zamilkłem na dłuższą chwilę.
        Trzeba robić to, co jest odpowiednie, nie to, na co się ma ochotę, to zawsze mówił mój ojciec. Zacisnąłem zęby. Byłem tak bardzo zmęczony. Ciężar, który spoczywał na moich barkach był coraz trudniejszy do uniesienia.
        Odwróciłem się na pięcie i podszedłem do stołu. Przyklęknąłem obok lewej nogi, przy której siedziała dziewczyna. Palcami przesunąłem po wyżłobionych deskach. Odliczyłem do trzech w prawo. Moja dłoń doskonale znała ułożenie tych wyżłobień. Zastukałem trzykrotnie. Odpowiedzialo głuche echo. Nie takie, jak w reszcie parkietu wyścielającego namiot. Podniosłem na nią złe spojrzenie. Nie złe na fakt, że tu się znalazła. Nie złe nawet na nią samą. Raczej na to, że muszę pokazać jej skrytkę, o której nikt nie powinien wiedzieć. Z westchnieniem nacisnąłem na deskę. Ustąpiła pod naciskiem, przesunęła się w dół. Zatrzask puścił, kiedy wsunąłem dłoń w szparę i go poluzowałem. Zostało wyjęcie dwóch desek. Z kryjówki wyciągnąłem kawałek zawiniętego starannie materiału.
        Podniosłem się powoli i rzuciłem go na stół. Chciałbym móc spalić tkaninę samym wzrokiem.
        ­– Otwórz – poleciłem, przechodząc nad skrytką i stając przy stole. Mięśnie miałem obolałe. Moje ciało paliło ogniem całodniowego wysiłku i treningu.
        Na rozsuniętym powoli materiale był znak. Dokładnie ten sam, który leżał przed Esją na kawałku papieru na stole. Był identyczny. Jednocześnie bałem się i chciałem to zobaczyć. Przekrzywiłem głowę i wciągnąłem w płuca duży haust powietrza.
        – To odpowiedź na twoje pytanie. – Przeszedłem na drugą stronę stołu i sam usiadłem na umieszczonym tam krześle.  – Pytanie, czy to pomoże – wytłumaczyłem, splatając przed sobą dłonie. – To, co masz przed sobą to część sztandaru wojsk karradyjskich. Wyjąłem go z dłoni martwego karradyjczyka po bitwie, w której odnieśliśmy sukces. Nie wiem, co oznacza, ale wiem, co może znaczyć twój sen i ten symbol.
        Zawahałem się tu na moment. Co innego nie wierzyć w religię naszego kraju, co innego jednak... Powiedzieć jej wprost, że może jej się przywidziało? Mając taki dowód? Przyszła z nim do mnie. Wbrew swojej woli czułem, że powinienem być delikatny.
        – Miewałaś kiedyś takie sny? – podniosłem na nią spojrzenie. Zaraz znów się obrazi. Oskarży mnie o zapominanie o jej statusie społecznym, którego nawet nie chce, powie, że jeśli w to nie wierzę, to nie wie, co tu robi. Zmęczony, taki zmęczony... – Jesteś pewna, że nie widziałaś tego symbolu wcześniej? Jeśli mamy oskarżyć Karrad o splądrowanie i wymordowanie całej świątyni, nie... Nie można tego zrobić pohopnie.
        Normalnie czułbym ekscytację tym, że możemy rozpocząć krwawą wojnę, nie powstrzymywać się już przed niczym. Zrzucenie winy na Karrad da ludziom siłę, podniesie ich morale. Będą pragnęli krwi ludzi, którzy przyczynili sie do tak wielkiego świętokradztwa. I ja też tego chciałem. Ale może nie teraz, może rano, kiedy uda mi się zebrać moje siły.
        – Nie powinienem mieć tego przy sobie – mruknąłem, przenosząc wzrok na materiał leżący na stole. Symbol przyszłej śmierci. Już czułem jej smród. – Lepiej, żeby to pozostało tylko między nami.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/