poniedziałek, 8 maja 2017

XIX

     Czułam, że moja postawa nie przypadła do gustu zebranym tutaj jegomościom. Prawdę mówiąc, nie mogłam mieć nawet pewności, czy Tealvash zalicza się do niezadowolonego grona, czy też nie. Nieszczególnie o to dbałam, bo nie miałam na celu stosować żadnych zagrań, a jedynie dbać o swój komfort psychiczny. Wydawało mi się, że momenty strachu mam już za sobą, ale one ciągle nade mną czyhały, czekając na każdą chwilę słabości, czy też zawahania. Wolałam więc dmuchać na zimne, nie udawać kogoś obdarzonego przesadnie dużą odwagą i pewnością siebie, bo na tym bardzo łatwo można się spalić. Nie musiałam udawać, bo oni i tak przypną mi taką łatkę, jaką będą chcieli na mnie widzieć, niezależnie od tego, co będę sobą reprezentować. Zawsze tak było, wpajano mi, że wpierw jestem kapłanką, dopiero potem, gdzieś daleko w tyle jestem Esją, dziewczyną o której imię mało kto pytał, bo i po co, skoro wystarczy mnie tytułować rolą, jaką bogowie mi przydzielili. 
     Skinęłam w podzięce za krzesło i zajęłam miejsce, koło jedynego znanego mi tutaj mężczyzny. Ten nieszczególnie na mnie spoglądał, ale nawet mnie to nie dziwiło. Nie byłam głupia i nie oczekiwałam żadnych uśmiechów, czy pokrzepiających gestów. Wiedziałam, że jeśli chcę czuć się pewnie, to sama muszę sobie taką atmosferę załatwić, dlatego też siedziałam tu, gdzie siedziałam. Nie zawsze muszę biernie poddawać się innym, poza tym wierzyłam, że to nie ja będę w centrum uwagi, tylko dowódca oddziału, który mnie znalazł. W końcu to on nie powiedział wszystkim o mojej osobie, więc pewnie głównie z nim będą chcieli rozmawiać. Nie myliłam się szczególnie, bo po krótkim przedstawieniu się, przystąpiono do głównego tematu dzisiejszego spotkania. Tym tematem byłam ja, dwie pozostałe kapłanki, jak i napad na świątynię. 
     Chociaż nie było dla mnie rewelacją to, co mówił Tealvash, to jednak słuchałam w skupieniu. Starałam się zapamiętać jak najwięcej, właśnie po to, żeby mieć przejrzysty obraz sytuacji. Szybko dotarło do mnie, że nie zamierza mówić o znaku. Nie wspomniał o mojej wizycie w jego namiocie, a ja nie dałam po sobie poznać, że coś mi nie pasuje w jego wypowiedzi. Trudno było mi określić, jaki cel ma w zatajaniu tych faktów, ale pozostawała mi moja intuicja, a to właśnie intuicja sprawiła, że odwiedziłam go w nocy, że siedzę teraz tutaj, gdzie siedzę i, że nie weszłam w słowo, chcąc prostować wszystko, co usłyszałam. 
     Następnie przyszedł moment, aby dowiedzieć się o stanie pozostałych dwóch kapłanek. Miałam wrażenie, że ich osoby nie były już takie istotne i coś boleśnie mi mówiło, że to przez to, iż nie miały tyle szczęścia, co ja. Uważałam, że to wyjątkowo niesprawiedliwa kolej rzeczy. Wcale nie chciałam, aby były gorzej traktowane i obiecałam sobie, że zacznę składać im wizyty, tak jakby miało to jakoś pomóc. 
     Z moich przemyśleń wyrwał mnie głos, skierowany bezpośrednio do mnie. Spojrzałam na skrybę, ściągając nieco brwi, kiedy tak dokładnie doprecyzował swoją prośbę. Wydało mi się to dziwne, czyżby sprawdzali, czy jeden z dowódców przypadkiem nie kłamie? Nie ufają mu? Zasadniczo każdy z nich wygląda, jakby nie ufał drugiemu, dokładnie tak, jak mówił mi Eliah. Mi coś mówiło, że nie powinnam dawać im tego, czego chcą. Nie powinnam podkopywać dłoni, która wyciągnęła mnie z niebezpieczeństwa, a na pewno nie teraz, kiedy nie wiem nawet na czym stoję. 
     - Dobrze... - odpowiedziałam na słowa skryby. Zaczęłam opowiadać, co nie było łatwe. Wzrok utkwiony miałam w stelażu, w którym wciąż zamontowany był na jednej z moich dłoni. Do momentu uratowania było mi ciężko, a potem było znacznie prościej. Nie ubierałam Nevana w piękne piórka, powiedziałam, że był dla mnie chłodny i rzeczowy, czułam, że w ten sposób nikt nie pomyśli, że mogłabym pominąć jakiś fakt. Niech wiedzą, że nie dogaduję się z tym mężczyzną najlepiej, wtedy nasza tajemnica będzie bezpieczna. Chociaż niewiele wiedziałam o istocie tego sekretu, to intuicja wystarczyła, abym go nie wyjawiała. 
     - Dziękujemy - odezwał się skryba, kiedy już skończyłam, a ja skinęłam mu głową. Przez moment panowała cisza, ale w końcu jeden z mężczyzn zabrał głos. Pamiętałam jego imię - Trathir. 
     - Z tego co słyszę, nie najlepiej czujesz się pod zwierzchnictwem oficera Tealvash'a. Może warto byłoby przemyśleć, czy nie zmienić kompani, jaka się tobą zajmuje? - zapytał. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, czyżby był mną tak przejęty? Oczy miał bystre, a mi coś mówiło, że nie powinnam tutaj szukać przyjaciół, miałam przecież nikomu nie ufać. 
     - Proszę o wybaczenie, ale mam dość nowości. Mój opiekun z oddziału oficera Tealvash'a zaskarbił sobie moją sympatię, on sam mnie uratował, jak i reszta oddziału. Niestety, ale jak wspomniałam na początku, nie znam waszmościów i proszę wybaczyć mi bezczelność, ale nie zdecyduję się zaufać żadnemu z was na tyle, by zrezygnować z opieki, którą zesłał mi sam Arathor - zakończyłam, będąc z siebie dumną. Obawiałam się, że odmowa przyjdzie mi znacznie trudniej, ale nie było tak źle. 
     Rozmowa trwała dalej. Zapytano mnie, czy znam swojego narzeczonego, ale niestety kapłankom zabraniano plotkować o mężczyznach i te informacje pozostawały strzeżone. Powiedziałam jedynie, iż wiem, że jest szlachcicem. Tego byłam pewna, bo zwierzchnik po wydaniu mnie, chodził napuszony jak paw i w tym zadowoleniu chlapnął mi kilka informacji. Póki co nie chciałam im jednak pomagać w kwestii odnajdywania mojego przyszłego męża. 
     Ostatecznie i tak stanęło na tym, co już wiedziałam, chcieli odesłać mnie stolicy. Nie mogłam im się dziwić, ale nieco mnie to zasmuciło. Perspektywa tak szybkiego wyjazdu okazała się nie być tym, co mi się marzyło. 
     - Myślę więc, że na tym możemy zakończyć - powiedział starzec prowadzący obrady, przeszedł się jednak jeszcze między nami, by po chwili stanąć niedaleko stołu. - Zanim jednak się rozejdziemy, przypominam, że wypadałoby sprawdzić ruiny świątyni. Jeśli są tam jakieś ślady, mogą się one okazać przydatne. 
     Wszyscy spojrzeli na niego, w tym też ja. Byłam zaskoczona, bo chyba każdemu spodobał się ten pomysł. To dobrze, może uda im się coś znaleźć. 
     - Uważam, że kapłanka też powinna jechać - odezwał się jeden z mężczyzn. - Lepiej zna świątynię, niż reszta. Może się okazać pomocna - jego słowa szybko zostały podchwycone, ale wybór, jak się okazało leżał w moich dłoniach. Niedługo się zastanawiałam. Chciałam pomóc, nawet jeśli powrót miałby obudzić kolejną falę przykrych obrazów. Mimo to nie odmówiłam, zgodziłam się dość szybko, starając się brzmieć dość pewnie. 
     Wszystko, co miało być postanowione, zostało ustalone, ale zgromadzenie zaczęło się rozchodzić. Obawiałam się jednak, że moja osoba może być sensacją i, że zaraz dookoła mnie zbierze się wianuszek. Może ze strachu przed tym, albo i z niewiedzy, jak powinnam się zachować, spojrzałam na Nevana i pochyliłam się nieco nad nim. Nigdy nie kazał mi się konsultować z nim, co do tego, jak powinnam się zachowywać, ale widziałam, jak na dłoni, że w coś gra. Ja sama nie miałam pojęcia o zasadach tej potyczki, ale nie podobała mi się wizja popełnienia kolejnego błędu. 
     - Jest mi słabo - skłamałam, wierząc, że jak się postaram, to zaraz będę wyglądała na bladszą niż zwykle. - Obawiam się, że mam problem z oddychaniem - dodałam zaraz. Nie chciałam mówić mu o tym, że chcę jak najszybciej stąd wyjść, bo dookoła wciąż było wiele osób, które mogłyby to usłyszeć. Byłam niemalże pewna, że wielu z nich będzie chciało ze mną porozmawiać i pierwszy raz przed czymś, wolałam najpierw skonsultować się z oficerem Tealvashem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/