środa, 10 maja 2017

XX



       Brałem pod uwagę możliwość sprawdzenia świątyni, przeszukania jej ruin. Co więcej, zależało mi na tym, żeby to moja dywizja dostała to za zadanie. Oczywiście nie mogłem wcześniej zaproponować takiej eskapady, wszystko musiało odbyć się w odpowiedniej kolejności. Teraz jednak czułem nic innego, niż gorycz i upokorzenie. Miałem wrażenie, że wyraz mojej twarzy się zmienił, że zaczerwieniła się wręcz ze złości i tego okropnego, głębokiego wstydu i rozczarowania. W tym świetle, które obecnie padło na sytuację przestałem zwracać uwagę na to, że inni oficerowie równie mocno jak ja chcą być wysłani do upadłej świątyni Arethora. Choć dla innych to graniczyło z świętokradztwem – bo jak to? Ludzie nie będący kapłanami odkrywający sekrety spalonej świątyni? – i tak byli na to gotowi. Nawet, jeśli budowla została doszczętnie spalona i nic nie przypominało już czasów jej świetności, z pewnością nadal kryła wiele sekretów. Sekretów, które kapłani zabrali ze sobą do grobu, które uleciały i wzniosły się na wietrze w stronę nieba wraz z popiołem ich węglących się ciał.
        Jaki smak ma zdrada? Jakim kolorem można ją opisać? Dla mnie teraz to był jasnozielony. Kolor oczu Trathira, który patrzył na mnie prosto bez cienia zażenowania. Wydawało mi się czy wzruszył lekko ramionami? „Tak już jest, chłopcze”, powiedziałby, „trzeba mierzyć swoje dobro ponad innych”. Krew zagotowała mi się w żyłach. Wściekłość na moment przysłoniła ostrość widzenia, kiedy zaciskałem dłonie na rzeźbionych oparciach mojego krzesła. Nie starałem się nawet wyglądać na spokojnego. Nie zależało mi teraz na grze pozorów. Trathir otwarcie wypowiedział się przeciwko mnie, podkopał autorytet, którego powinien bronić! A ja pożyczyłem mu jedną czwartą swoich oddziałów, żeby pomóc jego ludziom bronić jego mury jeszcze dwa dni wcześniej!
        Przełknąłem ślinę. To nie była troska o dziewczynę, to była próba przeciągnięcie siły na swoją stronę. Czułem, że wstyd i upokorzenie wypalają się głęboko na mojej świadomości, że nie chcą odpuścić i zniknąć. Mimo wszystko pierwszy szok minął niespodziewanie.
        Przyszedł po nim czas na obmyślenie chłodnej, wyrachowanej zemsty. Ale najpierw sprawy obecne. Spotkanie szybko dobiegało końca, nikt więcej nie prosił mnie już o zabranie głosu, nie uczestniczyłem też w przepychankach dotyczących tego, który oddział zostanie wysłany na misję w świątyni. Właściwie chciałem już tylko wyjść z tego namiotu, odciąć się od tej trucizny, która w nim cyrkulowała.
        Niespodziewanie jednak sytuacja przybrała nowy tor biegu. Spojrzałem na blondynką, która pochyliła się lekko w moją stronę. Zmrużyłem gniewnie oczy, tocząc nimi po otoczeniu. Obawiałem się przyjąć na siebie ciężar. Obawiałem się, że wszyscy zechcą nadszarpnąć moje zaufanie. Że okaże się, że na zawsze i od zawsze naprawdę jestem tutaj sam, bez żadnego sojusznika.
        – Jesteś blada, najświętsza. Może to szok, może to... – zaczął jeden z mężczyzn siedzących najbliżej. Uniosłem rękę do góry, żeby go uciszyć.
       – Kapłanka musi odpocząć. Z pewnością będziecie mieć jeszcze mnóstwo czasu, żeby z nią się spotkać. – Wyciągnąłem ramię w bok, obawiając się ciężaru, który przyjmuję. Esja chwyciła mnie intuicyjnie szybko. Może tak samo jak ja chciała wyjść z tego namiotu, może czuła, że powietrze jest przesączone w nim niezbadaną trucizną, która nazywała się ludzką ambicją. Podniosłem się ze swojego miejsca powoli. – Wybaczcie nam. Esja zostaje pod opieką mojej armii, należy jej się odpoczynek. Pewnie nie jest przyzwyczajona do obecności tylu... – powstrzymałem się. Zapędy, które były niebezpieczne. – Mężczyzn.
        Nie dbałem zbytnio o to, czy to prawda. Ale wyczułem możliwość wyjścia bez wzbudzania niezadowolenia ze strony innych dowódców, nie wahałem się więc wykorzystać tej okazji. Opuściliśmy namiot po kilku niewysokich stopniach i stanęliśmy na brukowanej ulicy. Była jedyną porządnie wyłożoną kamieniem arterią w obozie, prowadziła od północnej do południowej bramy. Zawsze panował tutaj tłok. Jak przeczuwałem, towarzystwo kapłanki teraz dla mnie było nie do ziesienia. Miałem ochotę odepchnąć od siebie ciężar jej egzystencji, jej obecności. To dla niej zdradził mnie ktoś, kogo nazywałem przyjacielem. Nawet, jeśli nie miała umyślnie z tym znic wspólnego, nie mogłem wytrzymać jej towarzystwa spokojnie.
        Spojrzałem w jej jasne oczy. Kryło się w nich więcej, niż do tej pory byłem skłonny przyznać nawet przed sobą. Bystrość i inteligencja, którymi wykazała się na zebraniu. U kogoś innego z pewnością doceniłbym te cechy. W moim spojrzeniu odbiło się pełne żalu, retoryczne pytanie, którego nigdy nie przyjdzie mi wypowiedzieć.
        „Dlaczego przeżyłaś, dziewczyno?”
        – Sprowadzę Eliaha, on... – zatrzymałem się, przypominając sobie, że pewnie jeszcze nie wrócił z treningu. A jeśli wrócił, zajmował się uporządkowywaniem i liczeniem sprzętu. – Znajdę kogoś, kto oprowadzi cię po obozie. Będziesz mogła odwiedzić swoje siostry, jeśli wyrazisz taką chęć. – Przeniosłem spojrzenie na ludzi, który tłumnie zmierzali w różnych kierunkach.
        W głowie miałem jednak zupełną pustkę. Co robić? Jak poradzić sobie z tym wszystkim, co mnie tak przytłoczyło? Potrzebuję zemsty. Potrzebuję tego widoku, kiedy Trathir całą swoją świadomością żałuje odwrócenia się ode mnie. Potrzebuję tej brutalności, żeby pozbyć się brzemienia wstydu. Zorientowałem się, że gniewnie mrużę oczy i zaciskam dłonie w pięści. Przelew krwi. To teraz jako jedyne pozwoliłoby mi odzyskać wewnętrzny spokój.
        – Nie będziesz szła pieszo – powiedziałem tonem tak ostrym, jakby to było oczywiste. A może nawet myśl o wysyłaniu kapłanki pieszo po obozie była obrzydzająca. – Chodźmy, możemy użyć tamtego palankinu – wskazałem dłonią na lekką konstrukcję, stojącą po przeciwnej stronie drogi. Obok niej stało dwóch mężczyzn, śmiali się i rozmawiali w swoim gronie.
        Skierowałem tam swoje kroki, zupełnie zapominając o tym, że Esja chciała odpocząć. Musiałem zająć czymś swoje myśli teraz, kiedy jeszcze nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Mężczyźni, którzy mieli nosić konstrukcję zamilkli natychmiast, kiedy pojawiliśmy się obok nich. Skłonili się z oczekiwanym od nich szacunkiem, wymamrotali kilka słów uroczystego powitania kapłanki zgodnie z kastą, w jakiej się urodzili. Na moje oko nie byli to Wygnani. Prezentowali się zbyt dobrze i patrzyli prosto, nie pod swoje nogi, choć omijali spojrzeniem nasze twarze.
        Palankin był drewniany, bez dachu, jedynie z prowizorycznymi ścianami z materiału zapiętego na wysokich, drewnianych słupkach. Uchwyty były obite skórą, żeby tragarzom było łatwiej do nieść. Tkanina z trzech stron była transparentna, powiewała delikatnie na wietrze, który dawał ulgę od upału. Rzadko tu wiało o tej porze dnia, ale teraz to było zbawienne. Palankin chronił siedzącą w nim osobę od słońca, ale jednocześnie był przewiewny. Wewnątrz było zamontowane oparcie oraz leżała aksamitna poduszka. Typowy środek transpotru po obozie dla kobiet wysokich stopniem i tych mężczyn, którzy stracili resztki godności.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/