niedziela, 7 maja 2017

XVII

     Sama zaproponowałam, że zostanę, ale byłam tak przygotowana na jego odmowę, że autentycznie nie wiedziałam, co ze sobą począć, kiedy jednak przystał na moje słowa. Pokiwałam jedynie głową, na znak, że rozumiem, co mówi, ale prawda byłą taka, że nie rozumiałam. Owszem, słowa, jakich użył były dla mnie wiadome, ale nie wiedziałam, co miał na myśli mówiąc o bezpieczeństwie. Nie chciałam jednak pytać, coś mi mówiło, że będzie lepiej, jeśli powstrzymam swoją ciekawość, tym bardziej, że było widać, iż mój towarzysz potrzebuje odpoczynku. Z jednej strony ta sytuacja nie była dla mnie niczym szczególnym, często towarzyszyłam w takiej roli kapłanką, w świątyni, czuwając nad ich snem. teraz jednak nie siostra leżała na posłaniu, ale obcy mężczyzna, który w świetle dnia potrafił zmrozić krew w moich żyłach, nawet jeśli udawałam zarówno przed nim, jak i przed samą sobą, że tak nie jest. 
     Rozsiadłam się nieco wygodniej, spoglądając tylko, jak oficer się kładzie. W powietrzu nie wyczuwałam ciężkiej do zniesienie niezręczności, co nieco podniosło mnie na duchu. Kiedy już się położył, bezszelestnie zdmuchnęłam płomień w lampie. Ciemność mi nie przeszkadzała, a na pewno była lepsza do spania. Ponownie zajęłam swoje miejsce. Z początku siedziałam cicho, ale potem, odruchowo zaczęłam pod nosem nucić. Nie kazał mi zamilknąć, może nawet nie zauważył, że to robię? W każdym razie niedługo zajęło mu zasypianie, słyszałam jego spokojny oddech, mimo, że był groźnym wojownikiem, to nie różnił się on wcale od oddechu młodziutkich kapłanek. Znów uderzyła we mnie myśl, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Może to rozmarzenie sprawiło, że przysnęłam, ale moje rozkojarzenie na pewno nie trwało długo. Kiedy się przebudziłam noc nadal była czarna, jak ciężki całun narzucony na głowę, a ja czułam, że coś kuło mnie w plecach. Mężczyzna spał spokojnie, przez chwilę chciałam nawet do niego podejść, ale zrezygnowałam z tego. Uniosłam się jedynie bezszelestnie i opuściłam namiot. Dookoła nie widziałam akurat żadnego wartownika, ale wystarczyło, że oddaliłam się o kilkanaście metrów od kwatery dowódcy, by trafić na żołnierzy, którzy pomogli mi trafić na moje miejsce. 
     Tym razem zasnęłam już pozbawiona jakichkolwiek koszmarów, a może nawet dumna, że udało mi się pomóc. 

     - Narada? - zapytałam, powtarzając słowa Eliaha, który siedział w krześle niedaleko mojego posłania.Uniosłam nieco brwi, przeżuwając kęs bułki, jaka wchodziła w skład mojego śniadania. Byłam zaskoczona, kiedy blondyn powiedział mi o spotkaniu, ale ostatecznie jedynie wzruszyłam ramionami. - Będziesz tam ze mną, prawda? - zapytałam nie przywiązując do tego większej wagi, bo wydawało mi się to oczywiste. Uważałam blondyna za kogoś w rodzaju swojego opiekuna, podobało mi się to, że osobiście powiedział, iż mogę pomijać tytułu, kiedy z nim rozmawiam, jeśli miałabym komuś zaufać, to pewnie byłby to on. A jednak... nie wspomniałam mu o rozmowie z jego przełożonym. Nie pisnęłam ani słówka, przez co czułam się nieco podle, ale z drugiej strony wiedziałam, że tak będzie lepiej. 
     Sama nie mogłam sobie jeszcze poukładać tego wszystkiego, co mi się przydarzyło w ciągu tej nocy. Niby niewiele się dowiedziałam, a jednak miałam wrażenie, że zdarzyło się więcej, niż zdarzyć się miało. Oprócz posiadania wspólnej tajemnicy z oficerem, dostrzegłam cieniutką, ale jednak jakąś nic porozumienia między nami. Cieszyło mnie to, bo nie wiedziałam zbyt dobrze, jak to jest żyć z kimś w konflikcie. Tylko, że z drugiej strony mężczyzna wciąż utrzymywał, że niebawem będę w drodze do stolicy, więc wszelkie kontakty z wojska nie będą mi dłużej potrzebne. 
     - Obawiam się - zaczął blondyn, a po jego minie wywnioskowałam, że odpowiedź, jaką mi udzieli nie przypadnie mi do gustu. - że nie będę mógł ci towarzyszyć, mam inne zajęcia, poza tym narady są dla żołnierzy wyższych rangą. 
     - Czyli będę tam sama? - skrzywiłam się w niezadowoleniu. 
     - Tak źle nie będzie. Naszego dowódcę już znasz, trzymaj się go i pamiętaj, co już ci mówiłem... w wojsku lepiej nie ufać każdemu. 

     Mój poranek minął całkiem przyjemnie. Dostałam nici i mogłam naprawić swoją suknię. Wyglądała naprawdę dobrze, udało mi się przetrwać z praktycznie nienaruszonym materiałem. Ubrałam ją pospiesznie, a w lustrze, jakie wisiało w moim namiocie, zobaczyłam że wyglądam prawie tak, jak z czasów pokoju. Nie było po mnie widać, że masakra i mnie dotknęła. Nie wiedziałam jednak, czy to dobrze, czy źle. 
     Kończyłam czesać włosy, kiedy do drzwi zapukali żołnierze. Mieli mnie eskortować na naradę, osobiście byłam wdzięczna, że każdy pamiętał, iż nie mam pojęcia, co gdzie się znajduje. Z drugiej strony zastanawiałam się, czy będę mogła w końcu swobodnie spacerować po obozie. Uznałam, że po spotkaniu zapytam o to dowódcę, bo Eliah już mi wytłumaczył, że to on musi podejmować wszystkie decyzje. Przynajmniej teraz nie dostawałam ciarek na myśl o spotkaniu z nim, może nawet liczyłam na to, że rozmowa przejdzie gładko? 
     Z zarzuconą peleryną na ramiona, przemierzałam obóz i czułam spojrzenia każdej mijanej przez siebie osoby. Niektórzy się nawet nie kryli, głośno mówili kim jestem, inni wytykali palcami. Nikt jednak nie odważył się bezpośrednio mnie zatrzymać, albo odezwać się do mnie wprost. To dobrze, bo podobno czekano już tylko na mnie, co wcale mi się nie podobało. Stawiając każdy krok zaczęłam odczuwać stres. Może nawet bałam się tego, co mnie czeka i chociaż wcześniej nie mogłam tego przewidzieć, to po wejściu do namiotu obrad, w jednej chwili spanikowałam. Ktoś zabrał ode mnie okrycie, wszyscy byli we mnie wpatrzeni, a ja nie potrafiłam przełknąć śliny. 
     - Nareszcie zaszczyciłaś nas swą obecnością, pani - przywitał mnie jeden z mężczyzn. Pierwszy raz go w życiu widziałam. Podobnie było z innymi. Niektórzy wyglądali zwyczajnie, inni groźnie, ale jeszcze inni przypominali mi barbarzyńców, którzy nas napadli. Mieli podobne brody, podobnie szerokie twarze. Właśnie koło kogoś takiego było wolne miejsce. - Proszę pani, racz spocząć - dodał ten mężczyzna, który mnie przywitał i wskazał właśnie na wolne miejsce. Czułam, jak serce mi przyspiesza, nie miałam co liczyć na ratunek ze strony Eliaha, ale kiedy nie wiedziałam już, co w ogóle zrobić, wśród zebranych dostrzegłam jedyną znaną twarz, a właściwie oczy, bo to one jako pierwsze mnie do siebie zwabiły. Znów ich wyraz był przerażający i pełny wyższości, ale na tle nieznanych twarzy wydał mi się najbardziej bezpieczny. Moje nogi ku zdziwieniu, bądź też niezadowoleniu innych ruszyły dookoła stołu, gdzie zaraz stanęłam koło Tealvasha. 
     Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu jeden z brodaczy odchrząknął. Głos miał twardy, nieprzyjemny dla ucha, a pięść większą, niż moja twarz. 
     - Pani, po cóż stać, kiedy możesz zasiąść w naszym gronie? - zapytał, ale uprzejmość była wyraźnie wymuszona. Wcale mnie to nie zachęciło do skorzystania z jego propozycji. Nie byłam jednak dzieckiem, znałam swoją pozycję i nie mogłam siedzieć cicho, jak podlotek, który nie potrafi się zachować. 
     - Proszę mi wybaczyć - zaczęłam, skłaniając delikatnie głowę. - Muszą jednak panowie wiedzieć, że tragedia odcisnęła na mnie swoje piętno. Chociaż wierzę, że intencje wszystkich obecnych tutaj jegomościów są szczodre, to jednak najpewniej się czuję przy oficerze Tealvashu, którego dane mi było już poznać - wytłumaczyłam, prostując głowę. Powiodłam jeszcze wzrokiem po zebranych, mimowolnie oceniając, którzy wyglądają bardziej, a którzy mniej przystępnie. - Równocześnie żywię głęboką nadzieję, że po dzisiejszym spotkaniu, już nikt nie pozostanie dla mnie obcy - dodałam, zdobywając się na delikatny uśmiech. Kiedyś gdzieś słyszałam, że jest on kluczem do każdego, ale im lepiej znałam wojsko, tym częściej zastanawiałam się nad tym, czy aby na pewno jest to prawda. W każdym razie musiałam próbować, bo na obecną chwilę lepszych pomysłów nie miałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/