Wzrok mężczyzny był groźny, właśnie do takiego przywykłam i nie wiem, czy po naszej nocnej rozmowie oczekiwałam w nim zmiany. Może gdzieś tam cicho na to liczyłam, samej odnajdując więcej znaczenia w tym co zaszło, niż wypadało. Teraz pojęłam już dogłębnie, że on taki jest, może nie chodzi tutaj nawet tylko o niechęć do mnie, może radzi sobie w ten sposób z otoczeniem, a może powód był jeszcze inny i nigdy nie miałam go poznać? Tak czy inaczej nie czas i miejsce na takie rozważania. Z rozmyślań wyrwał mnie głos siedzącego obok mężczyzny, chciałam się uśmiechnąć, podziękować za troskę, ale nic nie zrobiłam, bo Tealvash skrócił wypowiedź jegomościa, a tym samym zapobiegł mojej. Sam przejął w tym wszystkim prym, a ja współpracowałam przyjmując jego ramię bardziej z instynktu, niźli z przyzwyczajenia. W świątyni się tak nie chodziło, a ja poczułam się naprawdę miło, na tyle, na ile mogłam czuć się miło przy chłodnym mężczyźnie, z groźnym wyrazem twarzy. A jednak potrafił zaskoczyć, jeszcze ani razu nie odezwał się do mnie po imieniu i tym razem też tego nie zrobił, ale faktycznie użył w swej wypowiedzi mojego miana. Cóż, może jednak odrobinę awansowałam, z problematycznej ocalałej, na problematyczną ocalałą z imieniem. Nie pokazałam, że mnie to cieszy, ale tego, jak było naprawdę nikt mi nie zabierze.
Wyszliśmy razem, zaraz po tym, jak mężczyzna całkiem trafnie ocenił, skąd moje zdenerwowanie. Nie rozpływałam się nad tym, było to jedynie kartą przetargową, aby się stamtąd wyrwać. Nadal pamiętałam, jak nalegał na badania, traktując mnie z chłodną rezerwą. Jeden miły gest, nie może zmienić tego, jak go postrzegam. jestem teraz poza świątynią i wszystko mi mówi, że łatwowierność może przynieść jedynie cierpienie i kłopoty. Wolałam ich unikać, więc dopiero będąc już na zewnątrz odetchnęłam z ulgą, pełną piersią.
Nie musiałam patrzeć na swojego towarzysza, aby czuć bijącą od niego aurę. Może coś mi umknęło? Zbyt mało wiedziałam, aby wydawać osądy, ale nawet jak na siebie, był teraz jakiś posępniejszy, niż zwykle. Pytać nie zamierzałam, bo i tak by mi nie odpowiedział. Chyba, że... ja byłam tego przyczyną? Poczęłam analizować swoje słowa, wszystkie jakie padły. Nie chciałam wierzyć, że byłby na mnie zły za to, że nie wychwalałam go w oczach innych. Byłam niemalże pewna, iż nie obchodzi go, jak wypada w moich oczach. Trochę mu ego zazdrościłam, za młoda jednak byłam, aby nie przejmować się, co inni sądzą o mnie. Nie tak mnie wychowano.
Odwróciłam od niego spojrzenie, które mnie dziwnie przytłaczało. Jakby jego wzrok wypełnił mnie jakimś poczuciem winy za zbrodnie, której jak mniemam nie popełniłam.
- Dobrze - pokiwałam spokojnie głową, widząc, że z naszej dwójki to nim targa nieco więcej emocji. Nawet jeśli chciałabym go jakoś pocieszyć, to nie wiedziałam jak. Nie próbowałam zatem. Jakiś niewidzialny kamień wgniatał mnie w ziemię, a ja usilnie starałam się stać prosto. Mieliśmy takie ćwiczenia odnośnie postawy, zaczynało się od ksiąg na głowie, a kończyło z uwieszonymi na ramionach obciążnikami. Trzeba wytrzymać.
Drgnęłam lekko, kiedy oznajmił, że nie będę szła pieszo. W pierwszej chwili myślałam, że miał na myśli konia, więc nawet mi ulżyło, kiedy okazało się, że zwierzę nie ma tu nic do rzeczy. To raczej nie był dobry moment, aby tłumaczyć, że nigdy na żadnym nie siedziałam. Z drugiej strony palankin też mnie do siebie nie przekonywał. Zamrugałam kilka razy, zastanawiają się, czy on w ogóle brał pod uwagę moje zdanie, czy nawet nie przeszło mu przez myśl, że mogę jakieś mieć. Podeszliśmy bliżej, a dwóch mężczyzn stanęło prosto, gotowych, aby mnie nosić.
- Nie chcę... - mruknęłam cicho, spoglądając na nosidło. Wyglądało porządnie, stabilnie, jak na warunki obozowe bardzo luksusowo. Wcześniej jednak liczyłam na możliwość spaceru, swobodnego, pierwszego w moim życiu spaceru, gdzie sama mogłabym ustalać kierunek, idąc, gdzie nogi same by kierowały. Jakże głupie musiało być te marzenie, skoro tak szybko udało je się ukrócić? Zerknęłam na Tealvasha, a jego przerażające spojrzenie zabiło we mnie wszelkie chęci sprzeciwu. Powiodłam wzrokiem po pozostałej dwójce mężczyzn. Zapewne perspektywa kłótni młodej dziewczyny, z wysoko postawionym dowódcą była dla nich niecodzienna. Przypomniałam sobie słowa Eliaha, który tłumaczył mi, że powinnam się słuchać oficera. Uznałam, że przy ludziach nie powinnam się z nim sprzeczać, ale w głowie zapamiętałam, by poruszyć ten temat, gdy nadarzy się okazja... jeśli się nadarzy. - Mam nadzieję, że nie będę dla was dużym wysiłkiem - skinęłam lekko głową mężczyznom, po czym już bez oponowania weszłam do środka.
Usiadłam może nieco zbyt sztywno, przez co z chwilą podniesienia palankinu pisnęłam cicho, gdyż zachwiałam się na bok. Odruchowo chciałam podeprzeć się stojącego obok oficera, ale mój mózg szybko rozkazał znaleźć inne podparcie, którym była jedna tyczka nosidła. Usiadłam tym razem stabilniej i odetchnęłam spokojnie.
- Mogę odsłonić te zasłonki? - zapytałam po chwili. Przez materiał wszystko było widoczne, ale nie tak, jakbym sobie tego życzyła. Naprawdę byłam wszystkiego ciekawa, spacer odbierałam jako możliwość poznania obozu, a nie pokazania, że ja się w nim znajduję.
Atmosfera była jednak bardzo ciężka. Z Eliahem prowadziłam rozmowy, a z Tealvashem wydawało się to niemożliwe. Póki co byliśmy na siebie skazani, a ja miałam dość bólu brzucha, jaki mnie dopadał za każdym razem, kiedy z nim przebywałam. Teraz miałam przynajmniej pewność, a przynajmniej wierzyłam, że mogę ją mieć, że przy mężczyźnie nic mi nie grozi.
- Przepraszam... - pochyliłam się nieco w jego stronę, wystawiając głowę nieco poza obramowanie konstrukcji. Głos miałam przyciszony, a oczy próbowały prezentować sobą zdecydowanie, a nie strach, czy niepewność. - Powiedziałam coś nie tak? - zapytałam wprost, chcąc chociaż raz, od początku swojego ratunku wiedzieć na czym stoję. Miałam dość niepewnych gruntów, nawet teraz, kołyszący się lekko palankin niemalże przypominał mi o tym, jak mało wiem i z jaką ostrożnością powinnam stawiać każdy krok.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz