środa, 10 maja 2017

XXII


       Drgnąłem, słysząc kształtującą się w ustach blondynki odmowę. Spojrzałem na nią, szukając, czekając wręcz na zakończenie tego zdania, ale nigdy nie nadeszło. Czegokolwiek nie chciała, postanowiła to w sobie zdusić z nieznanych mi przyczyn, a ja nie zapytałem, o co chodzi. Raczej nie dlatego, że byłem nieprzyzwyczajony do odmowy – wręcz przeciwnie, kobiety odmiawiały mi bardzo często – bardziej dlatego, że znajdowaliśmy się w publicznym miejscu, gdzie każdy mógł usłyszeć rozmowę i ją użyć. Nawet tą błahą.
        Czy nie właśnie tak działał tutaj każdy wyżej postawiony człowiek? Z niecierpliwością czekał, żeby znaleźć oznakę tego, że Esji nie podoba się pod moją opieką, że pragnie czegoś innego, żeby ostatecznie na naradzie zapytać, czy nie chce zostawić swojego dotychczasowego opiekuna. Przejść na inną stronę. Zacisnąłem zęby i energicznie odwróciłem się bokiem do palankinu, kiedy dziewczyna do niego wchodziła. Mężczyźni za moim skinieniem dłoni podnieśli go równo, sapiąc przy tym cicho. Byli dobrze wyszkoleni w swoim fachu. Na wożeniu kobiet zarabiali pokaźne sumy w obozie wojskowym. Mało który mężczyzna nie był zmuszony do walki, to był wręcz przywilej. Oczekiwałem teraz jedynie poborów do armii i masowego napływu nieywszkolonych rekrutów. Teraz, kiedy Karrad napadł na świątynię i czekała nad nami niczym złowieszcza i odżywcza burza wojna.
        Stawiając pierwsze kroki obok palankinu zacząłem się zastanawiań, na czyje barki zrzucić zajęcie oprowadzania kapłanki po obozie. Oczywiście, nie mogła jechać sama z tragarzami.
        – Oczywiście – odpowiedziałem, myślami będąc jednak zupełnie gdzie indziej.
        Coś niespodziewanego wydało mi się teraz jasne, oczywiste. Założyłem dłonie za plecami i podążyłem spojrzeniem po obozie. Wściekłość opadała powoli, przychodził czas na rozmyślanie zimnej zemsty. Ludzie krzątali się przy swoich namiotach, część z nich zajmowała się końmi i innymi zwierzętami, część składała i liczyła łupy z wcześniejszych wypraw. Obóz tętnił życiem, pulsował niczym gniazdo os. Większość populacji stanowili tu mężczyźni, żołnierze, ale nie brakowało wcale kobiet. Część z nich walczyła, część po prostu nie chciała rozstawać się z obozem, a każda miała do tego jakieś pobudki.
        Jakaś materia trzyma Esję przed odrzuceniem, poniekąd, mojego zwierzchnictwa nad jej bezpieczeństwem. Nigdy nie było we mnie tyle nadziei, żeby myśleć, ze to moja osoba. Zdawałem sobie sprawę z tego, że dla pospolitych ludzi jestem odpychający. Że tylko nieliczni widzą we mnie coś więcej: odbicie samych siebie albo to, kim chcieli się stać.
        Nie chciałem wypuścić jej z rąk. Nie mogłem dać Trathirowi szansy na wygranie tej rozgrywki, która dopiero się zaczęła. Z goryczą zrozumiałem, że być może powinienem traktować ją lepiej. Z wyróżnieniem, większym szacunkiem? Doceniłaby to, zdając sobie sprawę z tego, że to tylko gra? Westchnąłem z irytacją. Nie. Specjalne, nagle okazywane względy pogorszyłyby tylko sprawę.
        – Słucham? – wymknęło mi się, kiedy do moich uszu dotarł kobiecy głos. Podniosłem spojrzenie na górę konstrukcji, gdzie siedziała. Przez chwilę zastanawiałem się, czy mogła przeczytać moje myśli, ale szybko to odrzuciłem. – Nie. Wręcz przeciwnie, dobrze sobie z nimi poradziłaś. – Zaskoczyło mnie jej pytanie. Przez dłuższą chwilę rozważałem, co miała na myśli, co spowodowało zadanie tego pytania. Znów przeniosłem na nią spojrzenie. – Ale z naszej dwójki zrobiłaś to niestety jako jedyna – odpowiedziałem gorzko, po czym skinieniem głowy wskazałem kierunek.
        Mężczyźni w lot zrozumieli ten gest i skręcili w mniejszą drogę. Tutaj już nie było tyle noszonych na ramionach pojazdów, więc siłą rzeczy ten jeden bardziej się wyróżniał. „Nie chcę...” czego? Minęliśmy dwa większe namioty, które należały do dwóch pomniejszych dowódców i skierowaliśmy się drogą w dół, do centrum obozu. Tam znajdowała się kantyna i szpital polowy. Niedaleko leżały dwie pozostałe kapłanki. To je wypadało odwiedzić najpierw, zdecydowałem. I zażegnałęm też pomysł szukania kogoś do przydzielenia mu tego zadania. Zdecydowałem się sam zrobić to wszystko własnoręcznie, chociaż Aelnea nie będzie zadowolona z mojego spóźnienia na umówione z nią spotkanie.
        – Czego nie chcesz? – zapytałem w końcu, spojrzeniem wodząc po mijanych ludziach. Na widok palankinu szeptali między sobą. – Powiedziałaś wcześniej, że nie chcesz, ale nie dokończyłaś zdania. Nie jesteś tutaj więźniem... Wbrew temu, jak cię traktuję. Możesz wyrażać swoją wolę dowolnie, stoisz w hierarchi wyżej niż ja – dodałem zupełnie bez wyrazu. Ot, suchy fakt. Jeśli chciała, teoretycznie mogłaby zacząć mi przecież wydawać rozkazy.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/