Drgnąłem, słysząc kształtującą się w ustach blondynki odmowę. Spojrzałem na nią, szukając, czekając wręcz na zakończenie tego zdania, ale nigdy nie nadeszło. Czegokolwiek nie chciała, postanowiła to w sobie zdusić z nieznanych mi przyczyn, a ja nie zapytałem, o co chodzi. Raczej nie dlatego, że byłem nieprzyzwyczajony do odmowy – wręcz przeciwnie, kobiety odmiawiały mi bardzo często – bardziej dlatego, że znajdowaliśmy się w publicznym miejscu, gdzie każdy mógł usłyszeć rozmowę i ją użyć. Nawet tą błahą.
Czy nie właśnie tak działał tutaj każdy
wyżej postawiony człowiek? Z niecierpliwością czekał, żeby znaleźć oznakę tego,
że Esji nie podoba się pod moją opieką, że pragnie czegoś innego, żeby
ostatecznie na naradzie zapytać, czy nie chce zostawić swojego dotychczasowego
opiekuna. Przejść na inną stronę. Zacisnąłem zęby i energicznie odwróciłem się
bokiem do palankinu, kiedy dziewczyna do niego wchodziła. Mężczyźni za moim
skinieniem dłoni podnieśli go równo, sapiąc przy tym cicho. Byli dobrze
wyszkoleni w swoim fachu. Na wożeniu kobiet zarabiali pokaźne sumy w obozie
wojskowym. Mało który mężczyzna nie był zmuszony do walki, to był wręcz
przywilej. Oczekiwałem teraz jedynie poborów do armii i masowego napływu
nieywszkolonych rekrutów. Teraz, kiedy Karrad napadł na świątynię i czekała nad
nami niczym złowieszcza i odżywcza burza wojna.
Stawiając pierwsze kroki obok palankinu
zacząłem się zastanawiań, na czyje barki zrzucić zajęcie oprowadzania kapłanki
po obozie. Oczywiście, nie mogła jechać sama z tragarzami.
–
Oczywiście – odpowiedziałem, myślami będąc jednak zupełnie gdzie indziej.
Coś niespodziewanego wydało mi się
teraz jasne, oczywiste. Założyłem dłonie za plecami i podążyłem spojrzeniem po
obozie. Wściekłość opadała powoli, przychodził czas na rozmyślanie zimnej
zemsty. Ludzie krzątali się przy swoich namiotach, część z nich zajmowała się
końmi i innymi zwierzętami, część składała i liczyła łupy z wcześniejszych
wypraw. Obóz tętnił życiem, pulsował niczym gniazdo os. Większość populacji
stanowili tu mężczyźni, żołnierze, ale nie brakowało wcale kobiet. Część z nich
walczyła, część po prostu nie chciała rozstawać się z obozem, a każda miała do
tego jakieś pobudki.
Jakaś materia trzyma Esję przed
odrzuceniem, poniekąd, mojego zwierzchnictwa nad jej bezpieczeństwem. Nigdy nie
było we mnie tyle nadziei, żeby myśleć, ze to moja osoba. Zdawałem sobie sprawę
z tego, że dla pospolitych ludzi jestem odpychający. Że tylko nieliczni widzą
we mnie coś więcej: odbicie samych siebie albo to, kim chcieli się stać.
Nie chciałem wypuścić jej z rąk. Nie
mogłem dać Trathirowi szansy na wygranie tej rozgrywki, która dopiero się
zaczęła. Z goryczą zrozumiałem, że być może powinienem traktować ją lepiej. Z
wyróżnieniem, większym szacunkiem? Doceniłaby to, zdając sobie sprawę z tego,
że to tylko gra? Westchnąłem z irytacją. Nie. Specjalne, nagle okazywane
względy pogorszyłyby tylko sprawę.
– Słucham? – wymknęło mi się, kiedy do
moich uszu dotarł kobiecy głos. Podniosłem spojrzenie na górę konstrukcji,
gdzie siedziała. Przez chwilę zastanawiałem się, czy mogła przeczytać moje
myśli, ale szybko to odrzuciłem. – Nie. Wręcz przeciwnie, dobrze sobie z nimi
poradziłaś. – Zaskoczyło mnie jej pytanie. Przez dłuższą chwilę rozważałem, co
miała na myśli, co spowodowało zadanie tego pytania. Znów przeniosłem na nią
spojrzenie. – Ale z naszej dwójki zrobiłaś to niestety jako jedyna –
odpowiedziałem gorzko, po czym skinieniem głowy wskazałem kierunek.
Mężczyźni w lot zrozumieli ten gest i
skręcili w mniejszą drogę. Tutaj już nie było tyle noszonych na ramionach
pojazdów, więc siłą rzeczy ten jeden bardziej się wyróżniał. „Nie chcę...”
czego? Minęliśmy dwa większe namioty, które należały do dwóch pomniejszych
dowódców i skierowaliśmy się drogą w dół, do centrum obozu. Tam znajdowała się
kantyna i szpital polowy. Niedaleko leżały dwie pozostałe kapłanki. To je
wypadało odwiedzić najpierw, zdecydowałem. I zażegnałęm też pomysł szukania
kogoś do przydzielenia mu tego zadania. Zdecydowałem się sam zrobić to wszystko
własnoręcznie, chociaż Aelnea nie będzie zadowolona z mojego spóźnienia na
umówione z nią spotkanie.
– Czego nie chcesz? – zapytałem w
końcu, spojrzeniem wodząc po mijanych ludziach. Na widok palankinu szeptali
między sobą. – Powiedziałaś wcześniej, że nie chcesz, ale nie dokończyłaś
zdania. Nie jesteś tutaj więźniem... Wbrew temu, jak cię traktuję. Możesz
wyrażać swoją wolę dowolnie, stoisz w hierarchi wyżej niż ja – dodałem zupełnie
bez wyrazu. Ot, suchy fakt. Jeśli chciała, teoretycznie mogłaby zacząć mi
przecież wydawać rozkazy.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz