czwartek, 11 maja 2017

XXIV



       Odpowiedzi na swoje słowa, o ile liczyła na jakąkolwiek odpowiedź, nie doczekała się. Mógłbym jej powiedzieć, że jest naiwna nie wykorzystyjąc swoich silnych stron przeciwko innym, ale czy umiałaby wyciągnąć z tego mądrą naukę? Pewnie nie. Na usta pchało mi się stwierdzenie, że takie podejście doprowadzi ją do zguby, ale też go nie wypowiedziałem na głos. Bez sensu. Marnowanie śliny i języka na coś, co nie wydałoby jeszcze owoców, bo nie miało podatnego gruntu, na które mogłoby paść. Pozwoliłem temu tematowi po prostu rozpłynąć się w powietrzu, roznieść na wietrze. Tragarze nie patrzyli ani na mnie ani na nią. Spojrzenia mieli wbite przed siebie. Wiedziałem dlaczego. Gdyby zostali posądzeni o podsłuchiwaniealbo ocenianie rozmowy osób wyższych rangą o tyle, co ja i Esja, skończyliby jako Wygnani, bez źródła zarobku i miejsca do spania. Nie słyszeli niczego, nie zapamiętywali rozmowy. A to właśnie oni mieli dostęp do często ścisłych informacji.
        Ręce miałem cały czas splecione za plecami, postawę podczas chodzenia sztywną, spojrzenie czujne, ale obojętne na wszystko, co wydawało się normalne i codzienne. Słuchałem jej słów, nie dają znaku, że rozumiem ani słucham. Nie skinąłem nawet głową, kiedy wytłumaczyła, o co chodziło. Po prostu dałem jej czas na powiedzenie tego, co chciała. Ostatecznie wyglądało na to, że jesteśmy zmuszeni zostawać w swoim towarzystwie dłużej niż początkowo zakładałem, a na dodatek zależało mi na tym, żeby została pod opieką mojego oddziału. Musiałem pozwolić jej mówić.
        Przez chwilę powtarzałem jej słowa w głowie. Kapłanka, a skromna i nierozpieszczona. To nie zdarza się często. Nie zajęło mi długo przeanalizowanie sytuacji.
        – Nie chowaj urazy, ale jesteś kapłanką – powtórzyłem po niej, zwolniając nieco krok. Byliśmy prawie na miejscu. – Wolę żebyś była żywa, nie martwa.
        Wrogów można było spotkać wszędzie. Nie było takiego miejsca, gdzie idee wszystkich ludzi skupiały się na jednym celu. Każdy miał inny obraz świata, inne pojmowanie rzeczywistości i z pewnością nawet wśród wojska znalazłaby się jedna osoba, która chętnie targnęłaby się na życie kapłanki.
        – Przez to, że palankin się kołysze ciężej trafić cię strzałą prosto w miejsce, które zabije cię na miejscu – wytłumaczyłem, zanim zdążyła zapytać, co ta mizerna konstrukcja ma wspólnego z bezpieczeństwem. I zdawałem sobie sprawę, że dobieram słowa w ten, a nie inny sposób. Nigdy nie byłem delikatny, nie owijałem w bawełnę i nie widziałem potrzeby, żeby zmieniać swoje zawchowanie ze względu na jedną dziewczynę. – Przed wszystkim innym mogę cię obronić ja albo osoba, która będzie z tobą. Poza tym tragarze nosili już takich jak ty, ważnych ludzi. Zapewniają ci dodatkową ochronę. Pierwszy obóz po obozie powinien zachowywać chociaż pozory twojego bezpieczeństwa, najświętsza.
        Czułem się odrobinę jak ojciec tłumaczący dziecu, dlaczego czegoś mu zakazał. Wypełniło mnie to niespodziewaną goryczą. Jakbym odsłonił czarne skrzydła, które miały kogoś bronić, a w gruncie rzeczy tylko skazały go na szybszą śmierć. Już nie raz tak było. W mojej głowie pojawił się obraz Xii, która wpatrywała się w oddalającą sylwetkę konia. Zobaczyłem dokładnie wyraz jej spokojnych, rozumiejących oczu i zrobiło mi się niedobrze.
        Na szczęści byliśmy już prawie na miejscu i z pewnością nikt nie zdołał tego zauważyć. Kapłanka wpatrywała się w namiot, a ja zorientowałem się, że nie odpowiedziałem jeszcze na zadane mi przed chwilą pytanie.
        – Nie wydaje mi się to rozsądnym pomysłem – skrzwiłem się nieco, nakazując gestem tragarzom postawić palankin na ziemi. Zrobili to z wytrenowaną ostrożnością. – Ale nie mogę ci tego zabronić. Z pewnością straż będzie cię obserwowała, ktoś postara się mieć ciebie na oku. Z tego nie mogę zrezygnować. Ale teraz, kiedy wszyscy wiedzą o twoim pobycie w obozie, możesz robić, co uważasz za słuszne.
        Czy zamierzałem ją pouczać, że ufanie wszystkim jest błędem? Nie. Nie była moim dzieckiem, żebym to robił, a protekcjonalność tego rodzaju z pewnością nie była moim zajęciem. Obróciłem się, opuszczając teraz dłonie luźno wzdłuż ciała. Staliśmy przed namiotem, w którym wolontariusze, medycy i chirurdzy umieszczali ciała rannych.
        Bez słowa, ostro i sztywno, bo bark nadal odzywał się bólem, a od rana też bolały mnie poobijane żebra i nogi, odsunąłem kotarę przed wejściem do kliniki. Wewnątrz znajdywały się rzędy łóżek, z których większość była pusta. Z drugiego końca podłużnego namiotu dostrzegła mnie stojąca tam pielęgniarka i natychmiast podeszła, skłaniając się w zupełnej ciszy. Wiedziała, że ma nic nie mówić. I tak bym nie odpowiedział, jedynie zbył ją gestem ręki.
        Minąłem ją, deski pod moimi stopami zatrzeszczały ostrzegawczo. Aż prosiły się o renowację, ale na to nigdy nie było czasu ani pieniędzy. Teraz, kiedy szykowaliśmy się zapewne na wojnę spital też ich nawet nie zobaczy. Każdy z dowódców miał tutaj swoje małe kilkunastułóżkowe dystrykty oznaczone znakiem oddziału.
        Dotarłem do tego, na który widniał znak rodowy Tealwashów, minąłem go jednak. Kapłanki leżały w osobnym, specjalnie wydzielonym pokoju tak, żeby nikt nie zakłócał ich spokoju i żeby mężczyźni nie mogli przyglądać się tym bardziej intymnym badaniom. Odsunąłem materiał z drzwi, spojrzałem na Esję i skinąłem do niej głową na znak, żeby weszła.
        Wewnątrz nie było nikogo oprócz dwóch leżących na łóżkach dziewczyn. W powitrzu unosił się zapach śmierci, paskudny, wdzierający się przez nos aż do samego mózgu. Nie skrzywiłem się jednak. Pozowliłem kapłance przejść przodem.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/