Odpowiedzi na swoje słowa, o ile liczyła
na jakąkolwiek odpowiedź, nie doczekała się. Mógłbym jej powiedzieć, że jest
naiwna nie wykorzystyjąc swoich silnych stron przeciwko innym, ale czy umiałaby
wyciągnąć z tego mądrą naukę? Pewnie nie. Na usta pchało mi się stwierdzenie,
że takie podejście doprowadzi ją do zguby, ale też go nie wypowiedziałem na
głos. Bez sensu. Marnowanie śliny i języka na coś, co nie wydałoby jeszcze
owoców, bo nie miało podatnego gruntu, na które mogłoby paść. Pozwoliłem temu
tematowi po prostu rozpłynąć się w powietrzu, roznieść na wietrze. Tragarze nie
patrzyli ani na mnie ani na nią. Spojrzenia mieli wbite przed siebie.
Wiedziałem dlaczego. Gdyby zostali posądzeni o podsłuchiwaniealbo ocenianie
rozmowy osób wyższych rangą o tyle, co ja i Esja, skończyliby jako Wygnani, bez
źródła zarobku i miejsca do spania. Nie słyszeli niczego, nie zapamiętywali
rozmowy. A to właśnie oni mieli dostęp do często ścisłych informacji.
Ręce miałem cały czas splecione za
plecami, postawę podczas chodzenia sztywną, spojrzenie czujne, ale obojętne na
wszystko, co wydawało się normalne i codzienne. Słuchałem jej słów, nie dają
znaku, że rozumiem ani słucham. Nie skinąłem nawet głową, kiedy wytłumaczyła, o
co chodziło. Po prostu dałem jej czas na powiedzenie tego, co chciała.
Ostatecznie wyglądało na to, że jesteśmy zmuszeni zostawać w swoim towarzystwie
dłużej niż początkowo zakładałem, a na dodatek zależało mi na tym, żeby została
pod opieką mojego oddziału. Musiałem pozwolić jej mówić.
Przez chwilę powtarzałem jej słowa w
głowie. Kapłanka, a skromna i nierozpieszczona. To nie zdarza się często. Nie
zajęło mi długo przeanalizowanie sytuacji.
– Nie chowaj urazy, ale jesteś kapłanką
– powtórzyłem po niej, zwolniając nieco krok. Byliśmy prawie na miejscu. – Wolę
żebyś była żywa, nie martwa.
Wrogów można było spotkać wszędzie. Nie
było takiego miejsca, gdzie idee wszystkich ludzi skupiały się na jednym celu.
Każdy miał inny obraz świata, inne pojmowanie rzeczywistości i z pewnością
nawet wśród wojska znalazłaby się jedna osoba, która chętnie targnęłaby się na
życie kapłanki.
– Przez to, że palankin się kołysze
ciężej trafić cię strzałą prosto w miejsce, które zabije cię na miejscu –
wytłumaczyłem, zanim zdążyła zapytać, co ta mizerna konstrukcja ma wspólnego z
bezpieczeństwem. I zdawałem sobie sprawę, że dobieram słowa w ten, a nie inny
sposób. Nigdy nie byłem delikatny, nie owijałem w bawełnę i nie widziałem
potrzeby, żeby zmieniać swoje zawchowanie ze względu na jedną dziewczynę. –
Przed wszystkim innym mogę cię obronić ja albo osoba, która będzie z tobą. Poza
tym tragarze nosili już takich jak ty, ważnych ludzi. Zapewniają ci dodatkową
ochronę. Pierwszy obóz po obozie powinien zachowywać chociaż pozory twojego
bezpieczeństwa, najświętsza.
Czułem się odrobinę jak ojciec
tłumaczący dziecu, dlaczego czegoś mu zakazał. Wypełniło mnie to niespodziewaną
goryczą. Jakbym odsłonił czarne skrzydła, które miały kogoś bronić, a w gruncie
rzeczy tylko skazały go na szybszą śmierć. Już nie raz tak było. W mojej głowie
pojawił się obraz Xii, która wpatrywała się w oddalającą sylwetkę konia.
Zobaczyłem dokładnie wyraz jej spokojnych, rozumiejących oczu i zrobiło mi się
niedobrze.
Na szczęści byliśmy już prawie na
miejscu i z pewnością nikt nie zdołał tego zauważyć. Kapłanka wpatrywała się w
namiot, a ja zorientowałem się, że nie odpowiedziałem jeszcze na zadane mi
przed chwilą pytanie.
– Nie wydaje mi się to rozsądnym
pomysłem – skrzwiłem się nieco, nakazując gestem tragarzom postawić palankin na
ziemi. Zrobili to z wytrenowaną ostrożnością. – Ale nie mogę ci tego zabronić.
Z pewnością straż będzie cię obserwowała, ktoś postara się mieć ciebie na oku.
Z tego nie mogę zrezygnować. Ale teraz, kiedy wszyscy wiedzą o twoim pobycie w
obozie, możesz robić, co uważasz za słuszne.
Czy zamierzałem ją pouczać, że ufanie
wszystkim jest błędem? Nie. Nie była moim dzieckiem, żebym to robił, a protekcjonalność
tego rodzaju z pewnością nie była moim zajęciem. Obróciłem się, opuszczając
teraz dłonie luźno wzdłuż ciała. Staliśmy przed namiotem, w którym
wolontariusze, medycy i chirurdzy umieszczali ciała rannych.
Bez słowa, ostro i sztywno, bo bark
nadal odzywał się bólem, a od rana też bolały mnie poobijane żebra i nogi,
odsunąłem kotarę przed wejściem do kliniki. Wewnątrz znajdywały się rzędy
łóżek, z których większość była pusta. Z drugiego końca podłużnego namiotu
dostrzegła mnie stojąca tam pielęgniarka i natychmiast podeszła, skłaniając się
w zupełnej ciszy. Wiedziała, że ma nic nie mówić. I tak bym nie odpowiedział,
jedynie zbył ją gestem ręki.
Minąłem ją, deski pod moimi stopami
zatrzeszczały ostrzegawczo. Aż prosiły się o renowację, ale na to nigdy nie
było czasu ani pieniędzy. Teraz, kiedy szykowaliśmy się zapewne na wojnę spital
też ich nawet nie zobaczy. Każdy z dowódców miał tutaj swoje małe
kilkunastułóżkowe dystrykty oznaczone znakiem oddziału.
Dotarłem do tego, na który widniał znak
rodowy Tealwashów, minąłem go jednak. Kapłanki leżały w osobnym, specjalnie
wydzielonym pokoju tak, żeby nikt nie zakłócał ich spokoju i żeby mężczyźni nie
mogli przyglądać się tym bardziej intymnym badaniom. Odsunąłem materiał z
drzwi, spojrzałem na Esję i skinąłem do niej głową na znak, żeby weszła.
Wewnątrz nie było nikogo oprócz dwóch
leżących na łóżkach dziewczyn. W powitrzu unosił się zapach śmierci, paskudny,
wdzierający się przez nos aż do samego mózgu. Nie skrzywiłem się jednak.
Pozowliłem kapłance przejść przodem.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz