czwartek, 11 maja 2017

XXV

     Jeśli wcześniej wierzyłam, że powoli zaczyna się między nami zawiązywać nić porozumienia, to teraz na moich oczach bladła ona, niczym pajęczyna porwana przez wiatr. Może po prostu znalezienie wspólnego języka nie jest nam pisane? Nie wiem nawet, czy powinnam się tym przejmować, czy też nie. Dla niego jestem pewnie jedynie kolejnym zadaniem, po wykonaniu nie będzie wracał do mnie pamięcią, ale ja nie potrafiłam podejść w ten sposób do ludzi. Może to przez to, że w moim życiu przewinęło ich się mniej? Nawet tragarze, którzy mnie teraz nieśli mieli swoje własne miejsce w mej pamięci. Nie znałam ich imion, ale nie chciałam, sama przed sobą traktować ich tak, jakby ich rola nie miała wrażenia. Taka byłam i nie mogłam tego zmienić, przynajmniej nie teraz, kiedy wciąż uczę się żyć wśród ludzi. 
     Uniosłam nieco brwi, kiedy przypomniał mi kim jestem. Nie ukrywam, że nie zrozumiałam, a może raczej nie chciałam zrozumieć. Musiał to wyczuć, bo dodał niebawem wytłumaczenie, a mi wcale się ono nie spodobało. Chciałam powiedzieć, że nie lękam się śmierci, ale byłaby to wypowiedź buńczuczna, pełna dumy, a uboga w szczerość. Bałam się jej i zrozumiałam to dopiero w chwili, w której powolutku zaczynała mnie otulać swoimi dłońmi. Od kilku już dni nadal czułam te dłonie na sobie, przyzwyczaiłam się do tego, że stoję na przepaści, zaakceptowałam to.
     - Ja już jestem martwa, ruchomy palankin nie zmieni losu, jaki wybrali dla mnie bogowie - odpowiedziałam na jego słowa, nie wierząc, że je skomentuje. Nie lubił takich rozmów, tak mi się wydawało, ale była to jedyna opinia na jego temat, na jaką sobie pozwalałam. Dobrze, przyznaję, że było ich więcej, ale ta wydawała mi się najprawdopodobniejsza, na tyle, bym chwilami uznawała ją za pewnik. 
     Obawiałam się jedynie tego, że był to wstęp do odmowy, która miała zaraz nastąpić. Czy byłby gotowy na taką hipokryzję? Mówić, że sama mogę decydować, a potem zaprzeczać swoim słowom? Nie miałam pewności. Z początku chciałam sobie powiedzieć, że nie, ale potem coś podpowiadało, że jednak mógłby to zrobić. To tylko podkreślało pustkę, jaką na temat znajdujących się tutaj żołnierzy mogłam zaprezentować. Wiedzy jednak nie zdobywało się w łatwy sposób, tak naprawdę czułam, że niemalże mi jej odmawia. Budował między nami mur, nie wiem tylko, czy z powodów personalnych, czy może każdego traktował w ten sposób. Im dłużej z nim przebywałam, tym mniej mnie to dotykało. przyzwyczajałam się do chłodu, nie liczyłam na zmiany, nie mąciłam sobie oczu nadzieją, która nie byłaby niczym poparta. 
     - Jestem kapłanką, rozsądek z naszej dwójki o wiele bardziej pasuje tobie, panie - odpowiedziałam na jego słowa nie ubarwiając tej wypowiedzi żadnymi emocjami. Co ciekawe, wydaje mi się, że nauczyłam się tak mówić od niego. Może nawet chciałam zobaczyć, jak coś takiego brzmiałoby w moich ustach. U niego czułam suchość, odrzucenie i brak jakiegokolwiek punktu odniesienia, natomiast u mnie wyczuwałam jedynie melancholie. Cóż, za ciekawe spostrzeżenie, tylko moje, którego nikt nigdy nie wychwyci z miliona rozmów, jakie odbywają się teraz w tym obozie. 
     Zatrzęsłam się nieco, kiedy nagle moje siedzenie zostało opuszczone w dół. Nie zauważyłam, kiedy Tealvash nakazał to zrobić. Mój błąd, powinnam być bardziej spostrzegawcza, za dużo szczegółów mi umyka. Obiecałam sobie, że od teraz zacznę nad tym pracować. Podniosłam się więc szybko, wyprostowałam zwiewną, białą tkaninę, jaka stanowiła moją suknię i ruszyłam za oficerem, który odsłonił już przede mną wnętrze namiotu. Szybko zrozumiałam po co tutaj jesteśmy, przypomniało mi się, że proponował, abyśmy odwiedzili moje siostry. 
     Skinęłam głową chyba każdemu, kogo w środku mijaliśmy, ale mój towarzysz wcale się tym nie trudził. Inni ustępowali mu z drogi, a ja zadawałam sobie pytanie, czy to szacunek, czy może strach nimi kieruje. Moim oczom nie umknął też fakt, iż co jakiś czas na wydzielonych pomieszczeniach widniały inne symbole. Jeden wydał mi się znajomy, ale szybko umknęło mi to w morzu kolejnych, jakie zobaczyłam. Żyłam nowymi doznaniami tak długo, jak Tealvash się nie zatrzymał. Wiedziałam, że jesteśmy na miejscu, przełknęłam ślinę, rozumiejąc, że przepuszcza mnie pierwszą.
     Ostrożnie, już nie tak szybko, jak wcześniej, weszłam do środka. Leżały tam obie, zarówno Kasta, jak i Melepa nie były przytomne, oddychały nierówno, a ich ciała były nieruchome. Postąpiłam jeszcze bliżej, z rozwagą stawiając kroki. Ta pierwsza miała czarne włosy, proste, jak struny, teraz brakowało im blasku. Pochyliłam się nad nią, chwyciłam jej dłoń i ułożyłam wierzchem do góry, a tam ujrzałam znak, jaki zdobił ciało każdej z nas. Usłyszałam poruszenie za sobą, nie miałam pewności, czy to oficer, ale wyobraźnia zaraz podpowiedziała, że to musiał być on. 
     - Zostań ze mną - rozkazałam. Pierwszy raz rozkazałam i zdałam sobie z tego sprawę dopiero po chwili. Sama przeżyłam lekki szok, a chociaż pozwolił mi na to, to towarzyszyło mi także uczucie wstydu. Nie potrafiłam teraz na niego spojrzeć, bo chociaż kierował mna absurdalny strach, to nie powinnam się nim usprawiedliwiać. - Proszę... - dodałam, bo tylko tak mogłam nieco zmiękczyć wydźwięk mych słów. Zaraz potem znalazłam się przy Melepie, była moją przyjaciółką, chociaż starsza ode mnie o trzy lata. Nie była typową pięknością, włosy miała kręcone, ale cienkie, jednak oczy... jej oczy potrafiły mnie rozśmieszyć, pocieszyć, zrozumieć i uspokoić. Znaku też nie trzeba było szukać daleko, umiejscowiony był na jej poliku, nachodząc na nos i jedną z powiek. Bała się, że przez to żaden mężczyzna jej nie pokocha, była taka głupiutka... 
     Nie pamiętam kiedy dokładnie padłam na kolana, nie pamiętam też czy z bezsilności, czy może z własnych zamiarów. Po postu ułożyłam się na tych starych, nierównych deskach, dotykając ich czołem, po czym zaczęłam klepać modlitwę. Tą samą, którą mówiliśmy w dzień katastrofy. Nie była krótka, szeptałam ją pod nosem, wierząc w jej moc, wierząc, że jakoś mi pomoże, albo chociaż moim siostrom, ale kiedy sentencja dobiegła końca nic nie poczułam, oprócz znanych mi już nudności. Ze zdenerwowania, jakie mną owładnęło zacisnęłam ręce w pięści, obie, jednak stelaż na jednej z nich mnie powstrzymał, pozostawiając tępy ból, przez który syknęłam. 
     - Dlaczego mnie ocaliłeś..? - zapytałam, tak jakby Arethor miał mi odpowiedzieć. Nie zrobił tego, a ja nie czekałam dłużej, niż było to potrzebne. Wszystko przez to, że w blaszanej misce leżącej na niedużym stoliku dostrzegłam jakieś dwie czerwone plamki... przypomniały mi one, że nie jestem tutaj sama, że za mną stoi Tealvash. To wystarczyło, bym się podniosła. 
     Minęłam go bez słowa, nie patrząc mu w oczy. Nie sądziłam, aby dbał o mój stan, ale nie oznaczało to, że mi samej nie było wstyd. Pozwoliłam sobie na odsłonięcie swojej słabości przed kimś, kto nie zamierzał udawać opiekuńczego. Nie było to rozważne i nie chciałam też wyjść na taką, która zamierza brać go na litość... ale nade wszystko, tak bardzo pragnęłam, aby zarówno on, jak i jego ludzie uznali, że mogę być pomocna. W obecnej sytuacji na pewno nie byłam. 
     Bez zatrzymywania się opuściłam namiot. Dopiero w chwili, w której świeże powietrze połaskotało moją twarz, mogłam pozwolić sobie na próby uspokojenia się. Odwróciłam się w chwili, w której Tealvash wyszedł z namiotu. 
     - Mogę liczyć na krótki spacer? Chcę iść, mam kilka pytań, chcę rozmawiać - pierwszy raz w tak otwarty sposób wyrażałam swoje oczekiwania. Chyba podziałało, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Kiedy już mogłam mieć pewność, że nie muszę siadać na palankin, ruszyłam przed siebie, patrząc na boki, aczkolwiek nic nie widząc. Musiałam się na czymś skupić, ale nie było mi łatwo. 
     - Obawiam się, że będę teraz chodliwym towarem w obozie. Jak powinnam postępować? Jak się zachowywać, co mówić, czego nie obiecywać? - dużo pytań, bardzo dużo pytań. Nie mogłam się powstrzymać i w końcu na niego spojrzałam. - Jeśli obiecasz mi, że pomścisz moje siostry, że znajdziesz tych, którzy są odpowiedzialni za masakrę w świątyni, to stanę się kartą przetargową, nie będę się spierać, podważać twoich decyzji. Chcę tylko sprawiedliwości i wiem, że sama nie jestem w stanie jej zdobyć. 
     Czy obieca? Czy mnie wyśmieje? Nie mogłam mieć nawet cienia pewności. Byłam jedynie roztrzęsioną dziewczyną, która jakimś cudem przeżyła. Wiedziałam jedynie tyle, że nie jestem tutaj na darmo, mój los został starannie zapisany i muszę wierzyć, że postępuje słusznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/