Dość zabawnie było siedzieć nad przepaścią. Dłuższe patrzenie w dół, na nogi kołyszące się delikatnie, na powiewającą w powietrzu tkaninę, na znajdującą się nisko ziemię, mogło przyprawić o zawroty głowy. Dlatego wolałam spoglądać daleko w dal, wyobrażać sobie, że gdybym chciała, to mogłabym odepchnąć się od muru i polecieć daleko, niczym nie obciążona, wolna i decydująca za siebie sama. Wybrałabym miejsce gdzieś z dala od problemów, bólu, cierpienia, wojny i przemocy. Tylko pytanie, czy w takim razie kiedykolwiek zakończyłabym swój los? Czy takie miejsce w ogóle na tym świecie istnieje? Nie wiem, póki co poznałam świątynie, jak i obóz i zaczynam tracić nadzieję na szczęście. Może łatwiej zatem byłoby przerzucić się na mrzonki o życiu bez nieszczęścia? Tak niewiele różni te dwa pragnienia, a jednak jest między nimi przepaść, której nie można przeskoczyć.
W głowie biły się ze sobą dwie myśli, ta poświęcona ucieczce na skrzydłach, których niestety nie posiadałam, jak i ta w której rozważałam, rozkładając na czynniki pierwsze, słowa oficera. Miał zapewne świadomość ile informacji pod sobą skrywał, ale wydawało mi się, że bardziej, niżli wydarcia tych informacji spod cegiełki, obawiał się tego, że ktoś nieodpowiedni zrówna mur z ziemią, nie dbając o wartości, jakie mógłby w nim znaleźć. Czy to go obawia? Że mimo różnic na tle innych, polegnie, tak jak każdy szary element jakiejś wielkiej układanki? To było moje spostrzeżenie, jakie przyszło do mnie mimowolnie. Nie miałam żadnych podstaw, aby wierzyć, że mam rację, ale już teraz postanowiłam zapamiętać ten trop i czym prędzej sprawdzić, ile faktów w sobie nosi, a jaki jego procent, to domysły niedoświadczonej młodej dziewczyny.
Chyba zbyt wiele myślałam, a może raczej nie spodziewałam się, że chwila swobody bardzo brutalnie da mi się we znaki. Cena widocznie, za jedno marzenie, to po prostu jedna przykra nauczka. Uczucie, jakie w jednej chwili mnie dopadło było ciężkie do opisania. To tak, jakby w ułamku sekundy ciało było pewne, że umrze, że nie ma już ratunku. Jakby wszystkie czynności życiowe zanikały tylko dlatego, że niebawem i tak nie będą już potrzebne. Nie miałam czasu, ani na krzyk, ani na żaden ruch, ani nawet na dreszcz. Barki lecące do przodu pociągnęły ciało, pośladki nieprzyjemnie przejechały po kamieniu, gdyż przez lekką tkaninę wszystko się dało wyczuć, pięty ucierpiały najmocniej, dociśnięte do muru, zatarte w jednej chwili do krwi, jak i dłonie, które usilnie wierzyły, że w powietrzu znajdą punkt oparcia. Och, jakbym chciała mieć skrzydła w tej chwili. Niby tak krótka, ulotna, a wydawało mi się, że całe moje życie było krótsze. Miałam czas się przerazić, błagać o ratunek bogów, jak i pogodzić z rychłą śmiercią. Zrozumiałam, że oto przyszedł czas na mnie, że dostałam tylko kilka dni więcej, niż me siostry, ale śmierć nie zrezygnowała z mej duszy. Wtedy też, jak zbawiciel szarpnął mnie mój własny oprawca. A ja? Ja ucieszyłam się, że mnie ratuje, chociaż wiedziałam, że mógł mieć moje życie na sumieniu. Ale nie krzyczałam. Nie krzyknęłam nawet w głowie. Zrozumiałam bez jego słów, co uczynił. A w myślach tylko jedno zdanie przebijało się przez inne "on jest szaleńcem, z kodeksem, którego twoje jestestwo nigdy nie pojmie, Esjo".
Stanęłam na blance, nie puszczając go nawet na chwilę, on również nie puścił mnie. Wiedziałam, że byłam mu potrzebna. Nie chciał mnie zabić, chciał pouczyć. Jeśli to zrobił, jeśli ryzykował tak wiele, to na pewno był świadomy swoich czynów. Świadomy i odważny. Chociaż zapewne chciał mnie zniechęcić, pierwszy raz uderzyła we mnie myśl, że może faktycznie jest on godny zaufania, na tyle, by tylko jemu powierzać sekrety. Ale czy to mogło być dobrym tropem, czy może zasadzką doświadczonego woja?
Serce biło mi, jak szalone. Nic dziwnego. Nogi się trzęsły, a ja wciąż myślałam o strachu. Odezwał się w końcu, a we mnie uderzyło dziwne uczucie. Postawa jego świadczyła, że nie był pewien, że mnie uratuje. Czy to więc możliwe, że w tej całej chorej sytuacji, w której miałabym prawo byc na niego wściekła i żądać zmiany opiekuna, ufam mu bardziej, niż on ufa sobie?
- Gdybym spadła - odezwałam się w końcu, słysząc, że biegną do nas strażnicy, nic więc dziwnego, niecodziennie na ich warcie kapłanka o mały włos spada z muru. Wiadome było, że zareagują, jednak póki byliśmy sami mogłam sobie pozwolić na wszystkie słowa. Kierowało mną dziwne uniesienie, mieszanka strachu, adrenaliny, niepewności i chęci zrozumienia. Głos nie brzmiał tak lekko, jak zwykle. - ... To co stałoby się z tobą, Nevanie? - zapytałam go o to samo, nie ściągając spojrzenia z jego oczu. W jednej chwili ściągnęłam lekko brwi. - Uważaj mnie za głupca, ale chcę ci zaufać, nie za twoją dobroduszność, bo jej nie widzę, ale dlatego, że jestem twoim darem i przekleństwem. Musisz mnie pilnować, a ja... będę sprawiać problemy, bo nie wiem o tym miejscu tyle ile powinnam, a od kilku dni boginie śmierci gładzą moje ciało swymi dłońmi. Twój dotyk daleki jest od tego, którym one mnie obdarowują. Nie zginę z twych rąk. - zakończyłam dosadnie. Byłam mu wdzięczna za słowa odnośnie tego, co stanie się z moimi siostrami. Jednakże teraz nie miałam siły, ni okoliczności, aby dłużej o tym myśleć. Wolałam na spokojnie przeanalizować jego wypowiedź, kiedy nikt nie będzie na mnie patrzył. teraz z kolei oczu było zbyt wiele.
Stanęłam na twardym gruncie. Żołnierze byli już przy nas, gotowi pytać, co tu się dzieje. Ja pierwsza zabrałam głos.
- Dziękuję, panie! Nie wiem, jak mogłam się tak wychylić, gdybyś mnie nie złapał... - załkałam. Nie było to trudne, łzy były naturalne, bo i strach był niewymuszony. Teraz jednak mogłam sobie na niego pozwolić, bo nie słabością się popiszę, a inteligencją. Niech nie wiedzą, że uczy mnie przetrwania, bo gotowi sądzić, że to gorsze, niźli próba morderstwa. Na swój szalony i przerażający sposób, opiekuje się mną, a bogowie podpowiadają, by się nie lękać. Dlatego robię, co w mej mocy, aby patrzeć na niego bez obaw, nawet jeśli było to trudne. - Przepraszam, muszę odpocząć... - dodałam zaraz, łapiąc się za głowę. Uniosłam oczy ku niebu, zachwiałam się i poleciałam jak długa w stronę żołnierzy. Boleśnie wpadłam w obite metalem ramiona jednego z nich. Wszyscy zrozumieli, że zasłabłam, usłyszałam jeszcze głos Tealvasha, rozkazujący odniesienie mnie do mojego namiotu. Cały czas oczy miałam zamknięte i nie wiedziałam, jaki wyraz malował się na twarzy mężczyzny. Postanowiłam więc, że skorzystam z okazji i odpocznę, bo miałam po czym.
Przez następne dwa dni niewiele się działo. Bałam się tylko, że kiedyś oznajmią mi, że muszę się zebrać, bo podróż do stolicy czeka. Bardzo tego nie chciałam i kiedy tego ranka Eliah przyszedł do mnie z pakunkiem w postaci nowych ubrań, o mały włos nie wyskoczyło i serce z piersi. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w pakunku znalazła się koszula, spodnie, damskie oficerki i skórzany, brązowy gorset. Prawdę mówiąc z tym ostatnim miałam niemały problem. Chyba nie zawiązałam go najlepiej, ale na całe szczęście sznurki były z przodu i trzymał sie odpowiednio. Zastanawiało mnie jedynie skąd ten pomysł, ale po wyjściu z namiotu Eliah powiedział, że mam być spokojna, bo wybieramy się na wyprawę. Prawdę mówiąc wcale mnie to nie uspokoiło. Podobno Tealvash mnie wzywał na miejsce zbiórki. Przyznaję, że dość ciekawie się czułam ubrana tak po męsku.
- Niewygodnie? - zagadnął mnie blondyn. Zaraz pomachałam przecząco głową.
- Nie, po prostu inaczej. W świątyni wszystkie nosimy takie same, zwiewne szaty. Pierwszy raz mam na sobie gorset - przyznałam, a jego mina wskazała na to, że chyba nie powinnam mówić o tym tak otwarcie. Zaraz jednak się rozpogodził.
- Widać... - przyznał ostatecznie, co nieco mnie zmartwiło. - Przyślę do ciebie asystentkę medyka po naszym powrocie, nauczy ciebie, jak wiązać go do końca - zaproponował, a ja pokiwałam głową na znak, że się zgadzam. Podobał mi się sposób, w jaki blondyn o mnie dbał, był po prostu miły i spokojny. Nie martwiłam się, że zaraz skądś mnie zrzuci.
Z daleka widziałam Tealvasha. Stał przy zagrodzie z wieloma końmi, gdzie już czekało ich trochę uszykowanych. Miałam do koni pewien szacunek, bo były naprawdę wielkie, nieco przerażające, ale też bardzo piękne.
- Przyprowadziłem Esję, sir - skinął głową Eliah, więc sama zrobiłam to samo. Nie wiedziałam co mam powiedzieć, więc uznałam, że powiem cokolwiek, albo uraczę go tą samą informacją, którą uraczyłam dziś rano Eliaha.
- Wieczorem twój medyk ściągnął mi opatrunek, panie. Podobno moja dłoń niebawem będzie w pełni sprawna, dziękuję więc za opiekę - uśmiechnęłam się delikatnie. Może uda nam się dziś utrzymać między sobą przyjazną atmosferę? Trudno mi stwierdzić, jak będzie to wyglądało, wiedziałam jedynie, że powrót do świątyni nie będzie dla mnie łatwy. Już miałam dreszcze, ale starałam się tego nie pokazywać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz