Patrzyłem jak odchodzi w eskorcie kilku wyznaczonych żołnieży. Obchodzili się z nią jak z jajkiem. Jak z czymś świętym. Dla mnie jednak była czymś zupełnie innym. Może sama nie zdawała sobie z tego sprawy, ale była dla ludzi symbolem wybawienia, symbolem nadziei, że bóg wcale ich nie opuścił. A takich ludzi najlepiej wykorzystywać jako atut. Bardzo znaczącą przewagę. Uśmiechałem się jeszcze chwilę po tym, jak cała eskorta zniknęła w drzwiach prowadzących do wieży i serszymi nieco schowami w wieży strażniczej poprowadziła ją na dół, w kierunku zajmowanego przez nią namiotu.
Gdyby spadła, z pewnością byłoby szkoda
takiego naturalnego talentu do kłamstwa.
Czy może, jak ona to ujęła; zatajania
prawdy. Dla mnie obie te rzeczy były tym samym, nie ważne jaką filozofią
zostałyby poparte.
Nie potrafiłem znaleźć głębszej
odpowiedzi na jej pytanie i nawet się na to nie siliłem. Ona w końcu nie
odpowiedziała na moje. Oboje nigdy nie będziemy mieć okazji poznać odpowiedzi.
Założyłem dłonie za plecami, jeszcze przez chwilę słuchając raportu moich
ludzi. Nikt nie widział, co naprawdę się stało. Upewniłem się, że to wyglądało
na przypadek, po czym odesłałem ich na swoje miejsca.
Gdybym oczekiwał awantury i burzy
złości, pewnie byłbym teraz zawiedziony, że wcale tak nie zareagowała. Z
jakiegoś powodu jedyne, co czułem głęboko w środku to chora satysfakcja.
Opuściłem mur, nie oglądając się na piękny widok górski rozciągający się za
moimi plecami.
Wbrew wszystkiemu, co myślałem o wojsku
jako dziecko i co wyobrażałem sobie wtedy, duża część z działań wojennych była
po prostu nużąca. Nudziły mnie wieczne narady, niekończące się spotkania, które
nie prowadziły ku żadnemu konkretnemu rozwiązaniu. Jako dzieciak zapalony do
walki z pewnością nie zdawałem sobie sprawy, ile biurokracji czeka mnie w
obozie. I jak trudno czasem wyruszyć do jakiejkolwiek walki. Mały Nevan byłby
zażenowany tym, jak niejednokrotnie opuszczam ćwiczenia ze swoimi ludźmi na
rzecz godzin spędzonych w towarzystwie Aelnei. Ta jednak zapewniała mi
ćwiczenia umysłowe, starając się zaciągnąć w swoje pułapki słowne i sidła
intryg.
Przygotowania do penetracji świątyni
ciągnęły się więc nie tylko dniem, ale i nocą. Inni oficerowie szukali na
wszelkie możliwe sposoby metod wglądu w plany i zebrania koniecznych infomacji.
Od czasu, kiedy Esja zaprezentowała się przed dowództwem nie rozmawiałem nawet
z Trathirem.
Problem polegał na tym, że nie
wiedziałem jeszcze, jak odpłacić mu za jego czyny. Wolałem przygotować się do
walki, zanim wyruszałem w pole. Sprawdzić popręgi i upewnić się, że zbroja jest
odpowiednio zapięta. Podobnie było na polu dyplomacji i pertraktacji z innymi
oficerami. Należało być przygotowanym. Poza tym wolałem wyglądać na pokonanego,
na razie teraz.
Świt dopiero roztoczył się nad obozem,
kiedy opuściłem swój namiot po nieprzespanej nocy. Zaledwie dwie godziny
przerywanego snu musiały wystarczyć. Poprawiłem hełm trzymany pod pachą. Metal
przyjemnie zgrzytał o siebie, wydając charakterystyczne dźwięki. Poza jednak
przyłbicą ocierającą się o naramienniki i napierśnik, żadne inne elementy nie
wydawały z siebie dźwięków. Nawet skórzane, solidne buty obite z wierzchu
metalem stąpały cicho po ziemi.
– Oficzerze – jeden z ludzi
zasalutował. Reszta także czekała już przy stajni. Nie wyglądali na sennych.
Jak zwykle byli solidnie przygotowani do zadania.
Także zasalutowałem.
– Przygotujcie zwierzęta – rozkazałem,
obchodząc wejście do drewnianych, prowizorycznych boksów z koniami czytej krwi.
Moja klacz rżała niecierpliwie. – Dziewczyna zaraz tu będzie. Eliah na pewno
będzie na czas. Chcę być do tej pory gotowy.
Nie trzeba było powtarzać ponownie.
Każdy człowiek z precyzją godną mechanizmu wozów zaprzęgowych zabrał się za
przydzieloną sobie pracę. O ile od części obozu należącej do kilku wysokich
rangą oficerów czuć było swobodę i brak zaangażowania, moi ludzie zazwyczaj
pracowali skrupulatnie w pełnej napięcia ciszy. Czułem niemal pod skórą ich
skupienie i gotowość do działania. Każdy wiedział, że niesubordynacja jest
karana. I to często nie przeze mnie, a przez samych bogów śmierci. Każdy
pamiętał Xię. Wiedzieli, że była dobrym żołnierzem i wiedzieli też, że czasem
bycie dobrym nie wystarcza.
Nie widziałem kapłanki od czasu
rozstania się na murze. Patrzyłem kątem oka, jak podchodzi prowadzona przez
blondyna, ubrana w sprzęt do jazdy konnej. Skinąłem im na powitanie,
powtarzając ich gest nieco niedbale.
– Jeździsz konno? – zapytałem, łapiąc
wodze jednego z przygotowanych zwierząt i skinąłem na niego głową.
Wszystkie stały jeszcze w boksach,
kilka z nich tupało i prychało, domagając się wypuszczenia. Większość z nich
nie zostawała wypuszczana na pastwiska z prostej przyczyny: nie było tyle
miejsca, żeby pomieścić je wszystkie. Wystawianie ich na pastwiska poza
granicami obozu było zbyt ryzykowne. Te zwierzęta były zbyt cenne, żeby
pozwolić sobie na ich kradzieź przez dzikusów. A konie, które za długo stoją w
bezruchu robią się niecierpliwe.
Nie odpowiedziałem na jej podziękowanie,
nie z nieuprzejmości. Po prostu uważałem to za coś naturalnego. Rannymi się
zajmować, zmarłych grzebać w miarę możliwości.
– Zależy mi na szybkim dostaniu się do
świątyni. W lasach jest niebezpiecznie przed południem i po zmroku, wolałbym w
tych porach nie być w drodze. Jeśli jednak zechcesz, przygotujemy ci specjalny,
lekki wóz przeznaczony do transportu... – po raz pierwszy od dawna ochyliłem
lekko głowę do tyłu i uśmiechnąłem się. Jednym kącikiem ust i odrobinę
ironicznie, ale był to mimo wszystko uśmiech. Na który nie pozwalałem sobie
często. – Kosztowności.
Moi ludzie zajęli swoje miejsca, Eliah
przygotował w międzyczasie swojego wierzchowca. W przeciągu kilku minut byliśmy
gotowi do wymarszu. O tej godzinie obóz jeszcze spał, była to więc dodatkowa
korzyść. Mniej szpiegów wtykających nos w nieswoje sprawy.
– To ważne, żeby nie opóźniać podróży –
zaznaczyłem, unosząc lekko brwi.
Poza tym była to też mało subtelna
inynuacja do tego, że jeśli dziewczyna nie potrafi płynnie poruszać się w
galopie, będzie nas zwalniać. W razie ataku stanie się łatwym celem. Miałem
nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy grać bohatera, którego koniec końców
będzie trzeba i tak wyciągać z opresji.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz