wtorek, 6 czerwca 2017

XXX


        Patrzyłem jak odchodzi w eskorcie kilku wyznaczonych żołnieży. Obchodzili się z nią jak z jajkiem. Jak z czymś świętym. Dla mnie jednak była czymś zupełnie innym. Może sama nie zdawała sobie z tego sprawy, ale była dla ludzi symbolem wybawienia, symbolem nadziei, że bóg wcale ich nie opuścił. A takich ludzi najlepiej wykorzystywać jako atut. Bardzo znaczącą przewagę. Uśmiechałem się jeszcze chwilę po tym, jak cała eskorta zniknęła w drzwiach prowadzących do wieży i serszymi nieco schowami w wieży strażniczej poprowadziła ją na dół, w kierunku zajmowanego przez nią namiotu.
        Gdyby spadła, z pewnością byłoby szkoda takiego naturalnego talentu do kłamstwa.
        Czy może, jak ona to ujęła; zatajania prawdy. Dla mnie obie te rzeczy były tym samym, nie ważne jaką filozofią zostałyby poparte.
        Nie potrafiłem znaleźć głębszej odpowiedzi na jej pytanie i nawet się na to nie siliłem. Ona w końcu nie odpowiedziała na moje. Oboje nigdy nie będziemy mieć okazji poznać odpowiedzi. Założyłem dłonie za plecami, jeszcze przez chwilę słuchając raportu moich ludzi. Nikt nie widział, co naprawdę się stało. Upewniłem się, że to wyglądało na przypadek, po czym odesłałem ich na swoje miejsca.
        Gdybym oczekiwał awantury i burzy złości, pewnie byłbym teraz zawiedziony, że wcale tak nie zareagowała. Z jakiegoś powodu jedyne, co czułem głęboko w środku to chora satysfakcja. Opuściłem mur, nie oglądając się na piękny widok górski rozciągający się za moimi plecami.

        Wbrew wszystkiemu, co myślałem o wojsku jako dziecko i co wyobrażałem sobie wtedy, duża część z działań wojennych była po prostu nużąca. Nudziły mnie wieczne narady, niekończące się spotkania, które nie prowadziły ku żadnemu konkretnemu rozwiązaniu. Jako dzieciak zapalony do walki z pewnością nie zdawałem sobie sprawy, ile biurokracji czeka mnie w obozie. I jak trudno czasem wyruszyć do jakiejkolwiek walki. Mały Nevan byłby zażenowany tym, jak niejednokrotnie opuszczam ćwiczenia ze swoimi ludźmi na rzecz godzin spędzonych w towarzystwie Aelnei. Ta jednak zapewniała mi ćwiczenia umysłowe, starając się zaciągnąć w swoje pułapki słowne i sidła intryg.
        Przygotowania do penetracji świątyni ciągnęły się więc nie tylko dniem, ale i nocą. Inni oficerowie szukali na wszelkie możliwe sposoby metod wglądu w plany i zebrania koniecznych infomacji. Od czasu, kiedy Esja zaprezentowała się przed dowództwem nie rozmawiałem nawet z Trathirem.
        Problem polegał na tym, że nie wiedziałem jeszcze, jak odpłacić mu za jego czyny. Wolałem przygotować się do walki, zanim wyruszałem w pole. Sprawdzić popręgi i upewnić się, że zbroja jest odpowiednio zapięta. Podobnie było na polu dyplomacji i pertraktacji z innymi oficerami. Należało być przygotowanym. Poza tym wolałem wyglądać na pokonanego, na razie teraz.
        Świt dopiero roztoczył się nad obozem, kiedy opuściłem swój namiot po nieprzespanej nocy. Zaledwie dwie godziny przerywanego snu musiały wystarczyć. Poprawiłem hełm trzymany pod pachą. Metal przyjemnie zgrzytał o siebie, wydając charakterystyczne dźwięki. Poza jednak przyłbicą ocierającą się o naramienniki i napierśnik, żadne inne elementy nie wydawały z siebie dźwięków. Nawet skórzane, solidne buty obite z wierzchu metalem stąpały cicho po ziemi.
        – Oficzerze – jeden z ludzi zasalutował. Reszta także czekała już przy stajni. Nie wyglądali na sennych. Jak zwykle byli solidnie przygotowani do zadania.
        Także zasalutowałem.
        – Przygotujcie zwierzęta – rozkazałem, obchodząc wejście do drewnianych, prowizorycznych boksów z koniami czytej krwi. Moja klacz rżała niecierpliwie. – Dziewczyna zaraz tu będzie. Eliah na pewno będzie na czas. Chcę być do tej pory gotowy.
        Nie trzeba było powtarzać ponownie. Każdy człowiek z precyzją godną mechanizmu wozów zaprzęgowych zabrał się za przydzieloną sobie pracę. O ile od części obozu należącej do kilku wysokich rangą oficerów czuć było swobodę i brak zaangażowania, moi ludzie zazwyczaj pracowali skrupulatnie w pełnej napięcia ciszy. Czułem niemal pod skórą ich skupienie i gotowość do działania. Każdy wiedział, że niesubordynacja jest karana. I to często nie przeze mnie, a przez samych bogów śmierci. Każdy pamiętał Xię. Wiedzieli, że była dobrym żołnierzem i wiedzieli też, że czasem bycie dobrym nie wystarcza.
        Nie widziałem kapłanki od czasu rozstania się na murze. Patrzyłem kątem oka, jak podchodzi prowadzona przez blondyna, ubrana w sprzęt do jazdy konnej. Skinąłem im na powitanie, powtarzając ich gest nieco niedbale.
        – Jeździsz konno? – zapytałem, łapiąc wodze jednego z przygotowanych zwierząt i skinąłem na niego głową.
        Wszystkie stały jeszcze w boksach, kilka z nich tupało i prychało, domagając się wypuszczenia. Większość z nich nie zostawała wypuszczana na pastwiska z prostej przyczyny: nie było tyle miejsca, żeby pomieścić je wszystkie. Wystawianie ich na pastwiska poza granicami obozu było zbyt ryzykowne. Te zwierzęta były zbyt cenne, żeby pozwolić sobie na ich kradzieź przez dzikusów. A konie, które za długo stoją w bezruchu robią się niecierpliwe.
        Nie odpowiedziałem na jej podziękowanie, nie z nieuprzejmości. Po prostu uważałem to za coś naturalnego. Rannymi się zajmować, zmarłych grzebać w miarę możliwości.
        – Zależy mi na szybkim dostaniu się do świątyni. W lasach jest niebezpiecznie przed południem i po zmroku, wolałbym w tych porach nie być w drodze. Jeśli jednak zechcesz, przygotujemy ci specjalny, lekki wóz przeznaczony do transportu... – po raz pierwszy od dawna ochyliłem lekko głowę do tyłu i uśmiechnąłem się. Jednym kącikiem ust i odrobinę ironicznie, ale był to mimo wszystko uśmiech. Na który nie pozwalałem sobie często. – Kosztowności.
        Moi ludzie zajęli swoje miejsca, Eliah przygotował w międzyczasie swojego wierzchowca. W przeciągu kilku minut byliśmy gotowi do wymarszu. O tej godzinie obóz jeszcze spał, była to więc dodatkowa korzyść. Mniej szpiegów wtykających nos w nieswoje sprawy.
        – To ważne, żeby nie opóźniać podróży – zaznaczyłem, unosząc lekko brwi.
        Poza tym była to też mało subtelna inynuacja do tego, że jeśli dziewczyna nie potrafi płynnie poruszać się w galopie, będzie nas zwalniać. W razie ataku stanie się łatwym celem. Miałem nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy grać bohatera, którego koniec końców będzie trzeba i tak wyciągać z opresji.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/