środa, 24 maja 2017

XXVIII


       Na mojej twarzy pojawił się, choć musiałem przyznać – niechciany – uśmiech. A właściwie grymas, który można by było za niego uznać. Wyglądało na to, że kapłanka szybko zaczynała pojmować, w jakim miesjcu się znalazła i chociaż nie miała pojęcia, jakie niebezbieczeństwa tutaj na nią czekają i jakie okazje, które będzie mogła wykorzystać do osiągnięcia własnych celów, to uczyła się w zastraszającym tempie. Sam nie zatrzymywałem na niej już dłużej spojrzenia, chociaż od czasu do czasu przestawałem wodzić spojrzeniem po namiotach i ludziach znajdujących się dookoła tylko po to, żeby przyjrzeć się jej plecom. Wydawała się krucha. Stworzona do tego, żeby opływać w luksusy. Ale czy była taka naprawdę czy po prostu tak głęboko zakorzenił się we mnie wciskany przez społeczeństwo stereotyp?
        Rozplotłem palce zza pleców i założyłem ramiona na klatce piersowiej, wyjątkowo dzisiaj nie chronionej żadną zbroją. Wewnątrz obozu nie było czuć upału, który rozciągał się po jego południowej stronie, ale mimo wszystko było tutaj niewiele drzw i teraz cień rzucał na nas jedynie mur. Namioty nie były wystarczająco duże, żeby ukryć nas przed jego promieniami. Skinieniem głowy odpowiedziałem na znaczący gest dotknięcia czapki palcami jednego z moich ludzi. Obserwowali i mnie i ją, dokładnie taki rozkaz dostali. Mieli pilnować bezpieczeństwa kapłanki. Wolałem nawet nie myśleć, co stałoby się, gdyby pod moją opieką włos spadłby jej z głowy. Z pewnością byłaby to bardzo dobra okazja dla obozowych hien, ale nie zamierzałem do niej dopuścić.
        Dlatego też kapłanka nigdy naprawdę nie będzie sama w obozie. Nie, dopóki moi ludzie będą spoczywali na niej swoje czujne spojrzenie, obserwowali każdy krok. Nie czułem też konieczności, żeby ją o tym poinformować, bo z czasem pewnie zauważy, że zawsze ktoś za nią podąża w niedalekim odstępie.
        – Zatajanie prawdy w obliczu prawa naszego kraju w określonych okolicznościach także jest kłamstwem, pociąga dokładnie te same konsekwencje – odparłem od niechcenia, przeciągając sylaby. Chociaż temat rozmowy, który pociągnęła wydawał mi się być bardziej interesujący niż plotkowanie o tym, co dzieje się z jej siostrami, a raczej co się z nimi stanie. Oczekiwałem, że będzie chciała wiedzieć, że będzie pytać, zwłaszcza po tym, jak szybko opuściła namiot medyków. Podniosłem głowę, a w moich oczach błysnęło zainteresowanie. Dziewczyna nie mogła go zobaczyć. Słyszała przecież jedynie mój znudzony ton głosu, stała do mnie tyłem. – Choć z pewnością masz rację, kapłanko. Lepiej udawać, że jest się cegłą i nie wspominać o informacji zapisanej na jej spodzie, czekać na moment, w którym opłaci się ją wykorzystać. Problem nie leży jednak w tym, że cegły są do siebie podobne, że nie mają ukrytego przekazu, tajemnej karty na której leżą. Większość ludzi nie ma cierpliwości albo możliwości zwlekania. Większość planuje tylko następny dzień, następny krok i nie myśli o tym, co będzie przyszłą zimą.
        Uderzyła mnie własna szczerość i prawdziwość tych słów. Intryga, którą planuje się z dnia na dzień, kradzież, której plan układa się jedynie o krok naprzód – w końcu z pewnością zawiodą. A co z tymi planowanymi przez lata? Lata kłamstw i oszustw jedynie po to, żeby uzyskać swój cel?
        Szpołeczeństwo uważa kapłanki za święte i nieskalane. Kłamstwem, obłudą, nieczystymi zagrywkami. Mówi się, że w świątyniach panuje spokój i zgoda. Na szczęście nie byłem jak większość, nie wpasowywałem się w wierne śledzenie kościoła cielęcym wzrokiem. Wiedziałem, że gdzie jest władza, znajdą się też ludzie chętni ją wykorzystać. Ci ludzie rodzą więc ofiary kłamstw i niesprawiedliwości. A co ma większą władzę w naszym kraju niż kapłani? Uśmiechnąłem się. Sprytna metoda na ukrycie kłamstwa. Ta dziewczyna potrafi więcej, niż przypuszałem.
        Wolno podążyłem jej krokiem, wspinając się na schody prowadzące na wysoką fortyfikację. Z rozmysłem nie spieszyłem się. Nie było zagrożenia. Nie poczułem nawet zbytniego zmęczenia, pokonując przeszkodę, moje mięśnie przyzwyczajone były do większych wysiłków.
        Dwójka żołnierzy patrolująca tą część muru wzruszyła ramionami, kiedy usłyszała jej słowa. Właściwie nie musiałem nawet ich potwierdzać. Odeszli niespiesznym krokiem w stronę wieży strażniczej, gdzie znajdywało się więcej żołnierzy pilnujących bezpieczeństwa tej strony obozu. Chociaż trakt wychodzący z północnej bramy prowadził wgłąb naszego państwa, to lasy nas otaczające wcale nie były bezpieczne i obóz wymagał umocnień także z tej strony – choć te na południu były zdecydowanie bardziej spektakularne.
        Rozglądnąłem się, względnie leniwie. Patrol odwrócił się do nas plecami, a wieża była wystarczająco daleka, żeby stacjonujący tam ludzie mogli mieć wątpliwości. Bez praktycznie żadnego dźwięku pokonałem odległość od schodów do wyrwy w blance. Miałem świadomość, że jestem obserwowany, nie tylko przez swoich ludzi, ale cały obóz śledził moje poczynania. Esja nie patrzyła w moją stronę, najwyraźniej zafascynowana widokiem.
        Nie wiem, kiedy moje ciało i instynkty same przejęły nade mną kontrolę. Dziki głos wewnątrz mnie krzyczał, że to przydatna lekcja. Że należy jej udzielić. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dopadłem do blondynki. Nieuzbrojony, ale niebezpieczny. Niezrównoważony i nieprzewidywalny – może w tym tkwiła niechęć do mnie i mojego oddziału.
        Wyrwa w blance, w której siadła Esja była nierówna, bardziej wyłamana w stronę zewnętrznej części muru, opadała w tamtą stronę. Dlatego pchnięcie nie musiało być mocne, żeby blondynka straciła równowagę, żeby jej punkt został przeniesiony na przepaść poza blanką.
        Długie, jasne włosy zafalowały w powietrzu. Otoczyły mnie niczym złote nici, przez chwilę, która ciągnęła się w moim odczuciu minuty nie widziałem nic więcej, tylko kosmyki niczym pajęczyny zawieszone w powietrzu, niemal w bezruchu. Ktoś krzyknął. Czyjeś stalowe buty uderzyły o kamienną podłogę. Cały świat zamarł na niedługą chwilę. Biały materiał falował w powietrzu. Kto krzyczał? Ona? Żołnierze? Czy ktoś nas w ogóle zauważył? Nikt nie widział, że to ja ją popchnąłem. Tak mi się wydawało, a dokładnie oceniłem sytuację.
        Ułamki sekund trwały minuty.
        Pewnie i silnie złapałem ramiona Esji. Mięśnie na moich przedramionach napięły się pod białym materiałem lnianej koszuli. Wiedziałem, że ją utrzymam. Wiedziałem, że ją złapię. To wszystko było zaplanowane, wcale nie naraziłem jej życia.
        Prawda?
        – Gdybyś spadła, Esjo – wysyczałem, kiedy moje ciało napięło się z wysiłku. Opierałem łokcie o kamienną wyrwę w blance, zaciskając dłonie na jej przedramionach. Ona w odruchu złapała moje. Przechylony nad krawędzią muru patrzyłem prosto w jej oczy. Nie miałem pewności, co teraz malowało się w moich oczach, jaka emocja. – Co by się z tobą stało? – Mięśnie zaczynały powoli piec znajomym bólem. Euforia i adrenalina wypełniły moje ciało. Miałem wrażenie, że się uśmiecham, a może nawet śmieję. – Jeśli chcesz wiedzieć, jak się zachowywać, oto kolejna nauka: nie odwracaj się plecami do ludzi, którym nie powinnaś ufać. A jeżeli się odwracasz, miej pewność, że wiesz co robią kiedy nie śledzisz ich dłoni spojrzeniem, że masz ich pod swoją kontrolą, że zabezpiecza cię coś więcej niż tylko twoja pozycja. Bo z pewnością znajdą się ludzie, którzy bez względu tę pozycję będą próbowali zrobić ci krzywdę. – Zatrzymałem się na moment, żeby nabrać więcej powietrza w płuca. Powoli docierało do moich zmysłów więcej z tego, co działo się w otoczeniu. – Musisz wiedzieć o nich więcej, niż chcieliby ci powiedzieć. Używać informacje, żeby ich kontrolować. A czasami... działać nieprzewidywalnie – wyrzuciłem z siebie, zmuszając ramiona i nogi do wysiłku.
        Podniosłem ją z westchnieniem, pomogłem oprzeć stopy ubrane w pantofelki na blance, ale nie puszczałem jej ramion, nawet kiedy miała już odrobinę stałego gruntu pod stopami. Czułem, jak krew przyjemnie, szybko obiega całe moje ciało, jak dreszcz emocji spływa po plecach, a na czole perlą się pierwsze krople potu spowodowane wysiłkiem.
        – Jeśli się obudzą – podjąłem temat, czując, że nie mogę zostawić tego pytania bez odpowiedzi – dowódca zadecyduje, co z nimi będzie. Szukając u mnie obietnicy, że nie zostaną zdegradowane do Wygnanych, tracisz czas. Nie zapisano pode mną na tyle ważnej informacji, żebym mógł o tym zadecydować.
        Pomogłem jej przejść przez blankę i kiedy miałem pewność, że stoi na bezpiecznym gruncie, puściłem jej ramiona. Ktoś biegł w naszą stronę.
        – Słyszałem informację, która może cię zainteresować – dodałem, zanim otoczyli nas zaniepokojeni żołnierze. Miałem nadzieję, że potraktuje to jako dowód na to, że traktuję ą na równi ze sobą. Nie sprzedaje się informacji pierwszej lepszej osobie. – Zostaną wysłane z tobą razem do stolicy, o ile zdążą do czasu twojej poróży wydobrzeć do stanu, w którym ta nie zagrozi im życiu. Król ma sam ocenić, czy odesłać je do innej świątyni jako służące czy zadecydwać o innym ich losie – dokończyłem przyciszonym głosem. Dosłownie w pół minuty po całym zdarzeniu nie byliśmy już na murze sami.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/