Patrzyłem na jej proste plecy przekryte
jasną tkaniną i czekałem na jakąś reakcję. Zorientowałem się też, że byłem
gotowy na łzy, panikę, zaprzeczenie. Gorączkową próbę odepchnięcia świadomości,
że te dwie dziewczyny, jedyna nić, jaka łączyła ją jeszcze z dawnym życiem – o
ironio, zakończonym zaledwie kilka dni temu – że one połową swojego ciała stoją
już w grobie. Garbią się nad trumną, przygotowaną specjalnie dla nich, z
wyrytym imieniem, który przy narodzinach nadali im rodzice. A może kapłankom w
ogóle nie nadawano normalnych, ludzkich imion? Nie wiem. Nie jestem pewien, czy
kiedykolwiek w życiu są traktowane normalnie, jak każdy z nas, jak śmiertelnik,
skórzany worek na krwi i kości.
Patrzyłem na nią, jasną dziewczynę,
która nawet w dobrze oświetlonym pomieszczeniu wydawała się być anielsko biała
i oczekiwałem reakcji. Ale nie nastąpiła. Być może udało jej się pogodzić tak
szybko z faktem, że przeszłość została napisana i że nie można jej skreślić.
A ja? Ja potrafiłem trzymać się jej
latami, rozpamiętywać, oglądać z każdej strony, żałować, że nie postąpiłem inaczej.
Cóż za zgubne podejście głupca! Poczułem złość jak dziecko, któremu czegoś się
odmówiło i nie rozumiało dlaczego.
Przestąpiłem z nogi na nogę, gotowy do
wyjścia z prowizorycznego pomieszczenia.
Zatrzymały mnie jej słowa. Oprócz
naszej dwójki nikogo nie było w pobliżu. Nikt nie słuchał, nikt nie patrzył.
Nikt nie mógł zobaczyć żałoby kapłanki, tylko ja, stojąc samotnie za jej
plecami, nie wiedząc co zrobić z dłońmi.
One jeszcze nie umarły, upomniałem się,
prostując plecy. Położyłem rękę na rękojeści miecza przytroczonego do paska. To
mnie uspokajało. Skinąłem głową, chociaż dziewczyna nie mogła tego teraz
zobaczyć. One jeszcze nie umarły.
Co właściwie się teraz zmieniło, po
przeprowadzeniu badań? Kapłanka czy nie, nie zasługiwała na mój szacunek, jeśli
sobie na niego nie zarobiła. Dlaczego czystość miała tak wielkie znaczenie? Ta
religia nie miała żadnego sensu, żadnego szacunku dla kobiet ani całych
społeczeństw, a mimo wszystko nadal dominowała silną ręką nad naszym krajem.
Zrozumiałem jej słowa znacznie później po tym, jak je wypowiedziała.
„Proszę”. Nie musiała tego wcale
dodawać. A później...
Złamało ją coś niewidzialnego, podcięło
nogi.
Zamarłem bez ruchu, wręcz z szacunkiem
dla tego, co musiała teraz przechodzić. Miałem wrażenie, że patrzę na coś
ulotnego i coś, czego nikt nie powinien być świadkiem. To było na moment
miejsce kultu, religii, której nigdy nie szanowałem. Moja obecność była z
pewnością świętokradzka i dobrze, że kapłanka nie zdawała sobie z tego sprawy.
Po prostu patrzyłem, z maską obojętności i spokoju na twarzy. Wszystko
zakończyło się tak nagle, jak zaczęło, Esja opuściła szybko prowizoryczny
pokój. Nie poszedłem od razu w jej ślady. Kiedy zniknęła, w środku pojawiła się
postać, dostrzegłem ją kątem oka. Medyk, pielęgniarki i podrzędni pracownicy
baliby się do mnie odezwać. Nie z szacunku, ze strachu. Nie przeszkadzało mi
to.
– Na razie ich stan jest stabilny,
oficerze, ale niewiele więcej mogę powiedzieć – pochylił się nad łóżkiem i
zamlaskał. – Niewiadomo, kiedy ani czy się obudzą.
– Dowódca obozu został już
poinformowany.
– Odbyło się spotkanie?
W jego ciemnych oczach pojawił się
błysk, zgasł szybko.
– Nie musisz już ukrywać ich obecności.
Nie wpuszczaj tutaj też nikogo, kto jest niższy rangą ode mnie. Może być
szczególnie niebezpiecznie – odparłem, zamyślając się. Faktycznie, teraz, kiedy
wszyscy wiedzieli... – Zostawię dodatkowych żołnierzy pod namiotem.
– Dziękuję, panie – skłonił się. Nie
był szczery ani w tym geście ani w całej któtkiej rozmowie. Z pewnością i on
mną gardził. Gdybym miał wyliczać tych ludzi...
Skinąłem dłonią, na której opinała się
skórzana rękawica i odchyliłem klapę wejścia do pomieszczenia. Skierowałem się
do wyjścia z namiotu. Skórzane pasy, skomplikowana konstrukcja materiału, miała
unieruchomić najbardziej jak to możliwe mój bark, jednocześnie nie ograniczając
zbytnio swobody ruchów. Chirurg, do którego udałem się z tym problemem,
jednocześnie najbardziej zaufany medyk w obozie, zaprojektował go dzisiaj rano.
Od razu został uszyty. W obozie, a przynajmniej w tej części, nad którą
panowałem, wszystko działo się bez zwlekania.
Po wyjściu z namiotu natrafiłem na
kapłankę. Zdziwiło mnie to, że czekała, zamiast odejść, ale skinąłem głową i
skierowałem kroki na lewo.
W tamtą stronę obóz zaczynał rozrastać
się, rozpływać wręcz nieregularnie, bez kontroli. Stało tutaj kilka kramów z
użytecznymi bardziej lub mniej przedmiotami. I co najważniejsze, nie pachniało
już ziołowymi naparami, które w namiocie medycznym nieprzyjemnie wbijały się do
nosa.
Wystarczyło jedno zdanie, kilka słów
przypominających o jej pozycji, żeby poczuła się pewnie. Może udawała. A może
naprawdę zauważyła, że może wydawać rozkazy. Nie zaskoczyło mnie to. Ludzie,
którzy odkryli, że mają jakąkolwiek moc, panowanie nad innymi zazwyczaj w ten
sposób go wykorzystywali. Nie byłem nawet sceptyczny. To było oczywiste, nie
mogłem nawet mieć o to pretensji.
Zanim się odezwałem, okazało się że nie
pytania były końcem jej wypowiedzi. Szła sztywno, wzrokiem wodziła po wszystkim
dookoła, ale na niczym się nie skupiała. Obserwowałem ją przez chwilę uważnie,
starając się ocenić, co znaczy ta postawa wyrażająca pewność i wszystkie inne
gesty, które świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. Ludzie schodzili nam z
drogi, byłem do tego przyzwyczajony. Teraz jednak, w obecności kapłanki, robili
to z większym szacunkiem, z bojaźnią. Nie posyłali pogardliwych spojrzeń, nie
koemntowali otwarcie za plecami. Wyprostowałem się, założyłem ręce za plecami
idąc przed siebie. Ta wojskowa postawa dodawała mi spokoju, stabilności.
– Twoje siostry zostaną pomszczone –
odpowiedziałem cicho. Na język pchało mi się niechciane pytanie, dlaczego prosi
o to mnie. Chyba nie byłem w jej oczach wzorem przykładnego obywatela,
oddającego kapłankom boską cześć, chwałę i uwielbiebie. Nie poszedłem w tą
stronę. W jej głosie zabrzmiało coś dziwnego, nieznajomego. Najwidoczniej
naprawdę nie zależało jej na pozycji, poza tym, czy to była skrucha? – Cały kraj
mógłby ci to obiecać, po co więc moje słowa? Jestem tylko cegłą w murze machiny
wojennej. – To nie była falszywa skromność. Ale coś w jej wypowiedzi mnie
zafascynwało. Może móglbym... Może umiałbym jej pomóc.
Przeszliśmy obok kuchni, z której nie
pachniało zbyt znakomicie. Tutaj było więcej ludzi, a większość z nich i tak na
nas patrzyła, powstrzymaliśmy się więc od rozmowy. Nie zostawałem w tyle.
Dotrzymywałem jej kroku, choć szła szybko. Skupiłem się na ludziach, na ich
twarzach i jak zawsze, starałem się dojrzeć coś niezgodnego z otoczeniem, zanim
to zdołałoby nas zaatakować. Musiałem polegać na refleksie i spostrzegawczości,
a jednocześnie znać się na obozowych inrtygach i docinkach słownych.
Niewiarygodne, jak wszechstronny musiał być żołnierz.
– W każdym razie masz rację, jeśli
podejrzewasz, że staniesz się kartą w grze. Wojna to nie tylko walka mieczem. –
Dlaczego właściwie postwnowiłem jej pomóc? – Masz też rację sądząc, że moje
słowa mają większą wartość niż większości ludzi w tym miejscu. Ale nie ucz za
bardzo się w nie wierzyć.
Wojownicy i wszyscy inni mieszkańcy
obozu patrzyli na nią, kiedy przechodziliśmy. W ten sposób plotki rozchodziły
się jeszcze szybciej, nawet jeśli uderzyły już w obóz zdecydowanie wcześniej.
Obserwowałem ich. W międzyczasie przeszliśmy już kilka przecznic, zostawiliśmy
za plecami małe stoiska targowe i powoli zbliżaliśmy się do muru otaczającego
obóz od północznej strony. Przełęcz z tej strony prowadziła w stronę głębi
królestwa.
– Umiesz kłamać? – zapytałem nagle,
przenosząc jedną dłoń na rękojeść miecza. Skinąłem głową w stronę patrolu
składającego się z dwóch ludzi i niosącego mój sztandar. – Zrób to, spróbuj
mnie okłamać. Spraw, żebym uwierzył w coś, co nie jest prawdą.
Przydatna umiejętność. Przekonwanie
innych do swoich racji, nawet jeśli nie były prawdziwe ani szczere. Z pewnością
przyda się na jej pozycji. Inni oficerowie nie będą jej oszczędzać, właściwie
podejrzewałem że użyją wszystkich możliwych środków, żeby nagiąć ją do swojej
woli. Ja też.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz