Przewrócenie
oczami w moim wykonaniu zawsze wydawało mi się dziecinnym gestem. I było tym,
czego teraz nie udało mi się powstrzymać, słysząc jej słowa. Upartość tej
dziewczyny, żeby do każdej rozmowy wpychać te nieszczęsne badania zaczynała
mnie powoli męczyć, jakby to był jedyny argument, niepodważalny i odpowiadający
na wszystko.
– Możesz przyjąć, że przed tymi
cholernymi badaniami nie miałaś żadnych praw, jeśli chcesz. Poza tym to nie
jest żaden argument – zmrużyłem oczy, nie cofając się przez po raz kolejny
podjętym przez nią tonem głosu. – Sprawiedliwość – prychnąłem, rozprostowując
materiał płaszcza z pokaźną peleryną w dłoniach. – Szukaj jej gdzie chcesz, ale
nie w wojsku. Jeśli koniecznie chcesz być poddana karze, idź do dowodzącego,
mówiąc mu o swoich przewinieniach. Ja nie zamierzam ściągać na siebie giewu
przełożonych, skazując cię na cokolwiek.
Jak myślisz, komu by się oberwało,
gdyby zobaczyli kapłankę przy ciężkiej pracy fizycznej, karze która często była
udzielana niesubordynowanym żołnierzom? Albo na chłoście? Te pytania ugrzęzły w
mojej głowie i nie miały ujrzeć tlącego się małym płomieniem światła wnętrza
namiotu. Po części dlatego, że na tym nie kończyła się wypowiedź blondynki.
Kolejne jej słowa sprawiły, że na mojej twarzy wymalowało się niezrozumienie i
zdziwienie, jakby nagle przeszła na obcy język. Członkiem oddziału? To nie było
możliwe. Brakowało jej dosłownie wszystkiego, żeby nim zostać, poczynając od
posłuszeństwa. Ktoś, kto tak swobodnie podważa zdanie kogoś, kogo chce uważać w
kolejnej chwili za dowódcę nie był materiałem na żołnierza. Wydąłem lekko
wargi, zapinając klamrami płaszcz na swoich ramionach. Zdobiło go lekkie futro,
doszyte ze względów jedynie estetycznych. Chociaż nocami potrafiło się tu robić
zimno, a ja nie miałem pojęcia, kiedy będzie mi dane tu wrócić.
– Chcesz udawać? Udawać że jesteś pod
moim zwierzchnictwem, ale kiedy przyjdzie ci dostosować się do moich słów,
które nie będą ci się podobały wyjść nagle spod zwierzchnictwa? Nie, to nie
jest możliwe. Nie można udawać poddanego – uciąłem ostro. Nawet nie mogłem
sobie wyobrażać, na jakich zasadach to udawanie, ten teatrzyk mógłby działać. –
Nie zachowasz autonomii będąc pod czyimś rozkazem, a mam wrażenie, że zależy ci
na swobodzie. Można nauczyć się podejmować decyzje – dodałem po chwili namysłu –
jeśli o to chodzi.
Odwróciłem się, zauważając dopiero w
jaśniejszym świetle na środku pomieszczenia, że jedna z zapinek używanych przy
rękawicach nie trzyma zbyt dobrze. Musiał rozluźnić się zastosowany wewnątrz
niej mechanizm, ale na takie wypadki trzymałem zapasowe pary w szufladzie.
Podszedłem do mebla, jednocześnie słuchając słów kapłanki. Z cichym szmerem
odsunąłem półeczkę, w której powinny znajdować się szukane akcesoria.
Chwilę błądziłem wzrokiem po małej
przestrzeni. Są, tuż obok zapasowej pary rękawic i pasków. Sens rozmowy na
moment gdzieś utknął, kiedy pod błyszczącą stalą zobaczyłem kawałek materiału,
który z pewnością nie należał do mnie. Poczułem znajome ukłucie w okolicach
serca. Adrenalina.
„Nie zwariowałam, prawda?”
To wyrwało mnie z zaskoczenia. Zganiłem
się za brak uważnego słuchania w temacie, który powinien być dla mnie
priorytetem. Odwróciłem się powoli, zaciskając palce na przedeniej ściance
szuflady. Wszystko trzeba skontrolować, nad wszystkim trzymać pieczę. Co
właściwie oznaczały jej słowa i jak powinienem się do nich odnieść? Z całą
pewnością to, o czym mówiła nie było ani normalne ani znane mi wcześniej. Nigdy
nie znałem żadnej kapłanki osobiście. Żaden z ludzi dokładnie nie wiedział,
czego dotyczą te moce, były bardzo prywatną sprawą, o której nie rozmawiało się
z przedstawicielami innych kast niż błogosławiona albo bliskiej rodziny.
– Nie wiem – odpowiedziałem powoli,
boleśnie szczerze. Czy ktoś, kto widział takie rzeczy był naznaczony już
symbolem obłędu? Trudno było mi to teraz ocenić. Zwłaszcza, że zawisła nad nami
dodatkowa wizja spotkania się z księciem. I to niedługo. – Nie mam pojęcia, co
to znaczy. Nie istnieje teraz nawet nikt, kogo moglibyśmy zapytać, a przynajmniej
nie przychodzi mi na myśl.
Wszyscy kapłani ze świątyni Arethora,
którzy strzegli tajemnic swojej świętej twierdzy nie żyją. Razem z nimi więc
wiedza o rytuałach i zapiski odnośnie przyrzeczonych szlacheckim rodzinom
kobiet.
– Ostatnią nadzieją jest to, co
znaleźliśmy w świątyni. Może zapiski na starych pergaminach są czegoś warte.
Powinniśmy dowiedzieć się, jakiej rodzinie w Stolicy jesteś obiecana.
Wyciągnąłem zawiniątko z szuflady,
powoli, jakby okazało się cenne. W jego wnętrzu nie wyczuwałem niczego
twardego. Zasunąłem szufladę i niepewnie rozwinąłem małą tkaninę. Nie była
większa, niż moja dłoń. Przysunąłem ją bliżej do światła, odczytując zapisane
na niej informacje. Najmłodszy książę, Azir. Jego siostra Ayrie. Przybyli
razem, dzisiejszym popołudniem, wraz z orszakiem i sztabem niewolników.
Informacji było niewiele, ale były zapisane konkretnie i skrótowo. Cel wizyty,
obecne miejsce w kolejce do tronu, pozycja polityczna, nawet przekonania co do
tradycji. Aelnea zapisała wszystko skrupulatnie na małym kawałku materiału
pochylonym pismem. Zacisnąłem dłoń. Przydatne.
– Wszystko w porządku, nie
przeszkodziłaś – powiedziałem, chowając zawiniątko w głębokiej kieszeni
wewnątrz płaszcza. Poprawiłem zapinkę. Oczy błyszczały entuzjazmem. Nie miałem
pojęcia, co tutaj robi książę, ale czymkolwiek umotywowana była jego wizyta
jest podłożem do wielu okazji, których szkoda byłoby nie wykorzystać. – Powinniśmy
iść. Ci, którzy zbiorą się na spotkaniu nie lubią, jak każe im się czekać –
wyjaśniłem, zarzucając pelerynę do tyłu. Załopotała w powietrzu, a później
opadła wolno na moje plecy.
Przed namiotem stała przygotowana
lektyka. Poprawiłem mały, myśliwski nóż, który miałem doczepiony do pasa i
spojrzałem na stojącego obok mężczyznę. Był wojownikiem, ale nie należał do
mojego oddziału. W ogóle nie rozpoznawałem jego twarzy.
– Przysłano powóz, panie – rzucił.
Zmierzył zimnym spojrzeniem Esję.
Najprawdopodobniej nie spodziewał się jej obecności w moim namiocie. Wzruszył jedynie
ramionami, odwracając się do stojącego obok mężczyzny i szepcząc coś do niego.
Uniosłem brwi, spoglądając na tragarzy.
Droga nie była daleka, ale w niektórych sprawach książę, bo to bez wątpienia on
za tym stał, bywał zbyt tradycjonalistyczny. Podobne wozy z pewnością wysyłał
do wszystkich, którzy mieli stawić się na spotkaniu. Ucieszyła mnie nieco myśl,
że któraś z lektyk będzie stała pod namiotem Esji i czekała na kapłankę, nie
śmiąc jej się pospieszyć. Uśmiechnąłem się leniwie i przekroczyłem dwa małe
stopnie, które z niewielkiego podestu stanowiącego ganek namiotu prowadziły na
ubitą drogę.
Westchnąłem, wchodząc do powozu.
Zgodnie z zasadami, nie mogłem mieć przy sobie żadnej długiej broni, jaką był
miecz. Na zewnątrz zapanowała chwila milczenia i niecierpliwości. Co prawda
lektyka była na tyle duża, żeby pomieścić dwie osoby, ale nie byłem pewny, czy
pojawienie się naszej dwójki pod namiotem dowódcy w ten sposób byłoby dobrze
przyjęte.
– Możesz iść na piechotę albo poczekać
na drugą lektykę – powiedziałem, przechylając się w stronę kapłanki i zajmując
wygodne miejsce na miękkim materacu. Po jednej stronie pojazd chroniony był
małą balustradą. – Możesz też jechać ze mną. Tylko trochę będzie nam ciasno –
dokończyłem, przybierając na twarz uśmiech. Nieco podstępny, ale niezbyt
groźny. Myśl, że wybierze ostatnią opcję była zabawna. I może nawet był to
swojego rodzaju test.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz