niedziela, 18 czerwca 2017

L



        Przewrócenie oczami w moim wykonaniu zawsze wydawało mi się dziecinnym gestem. I było tym, czego teraz nie udało mi się powstrzymać, słysząc jej słowa. Upartość tej dziewczyny, żeby do każdej rozmowy wpychać te nieszczęsne badania zaczynała mnie powoli męczyć, jakby to był jedyny argument, niepodważalny i odpowiadający na wszystko.
        – Możesz przyjąć, że przed tymi cholernymi badaniami nie miałaś żadnych praw, jeśli chcesz. Poza tym to nie jest żaden argument – zmrużyłem oczy, nie cofając się przez po raz kolejny podjętym przez nią tonem głosu. – Sprawiedliwość – prychnąłem, rozprostowując materiał płaszcza z pokaźną peleryną w dłoniach. – Szukaj jej gdzie chcesz, ale nie w wojsku. Jeśli koniecznie chcesz być poddana karze, idź do dowodzącego, mówiąc mu o swoich przewinieniach. Ja nie zamierzam ściągać na siebie giewu przełożonych, skazując cię na cokolwiek.
        Jak myślisz, komu by się oberwało, gdyby zobaczyli kapłankę przy ciężkiej pracy fizycznej, karze która często była udzielana niesubordynowanym żołnierzom? Albo na chłoście? Te pytania ugrzęzły w mojej głowie i nie miały ujrzeć tlącego się małym płomieniem światła wnętrza namiotu. Po części dlatego, że na tym nie kończyła się wypowiedź blondynki. Kolejne jej słowa sprawiły, że na mojej twarzy wymalowało się niezrozumienie i zdziwienie, jakby nagle przeszła na obcy język. Członkiem oddziału? To nie było możliwe. Brakowało jej dosłownie wszystkiego, żeby nim zostać, poczynając od posłuszeństwa. Ktoś, kto tak swobodnie podważa zdanie kogoś, kogo chce uważać w kolejnej chwili za dowódcę nie był materiałem na żołnierza. Wydąłem lekko wargi, zapinając klamrami płaszcz na swoich ramionach. Zdobiło go lekkie futro, doszyte ze względów jedynie estetycznych. Chociaż nocami potrafiło się tu robić zimno, a ja nie miałem pojęcia, kiedy będzie mi dane tu wrócić.
        – Chcesz udawać? Udawać że jesteś pod moim zwierzchnictwem, ale kiedy przyjdzie ci dostosować się do moich słów, które nie będą ci się podobały wyjść nagle spod zwierzchnictwa? Nie, to nie jest możliwe. Nie można udawać poddanego – uciąłem ostro. Nawet nie mogłem sobie wyobrażać, na jakich zasadach to udawanie, ten teatrzyk mógłby działać. – Nie zachowasz autonomii będąc pod czyimś rozkazem, a mam wrażenie, że zależy ci na swobodzie. Można nauczyć się podejmować decyzje – dodałem po chwili namysłu – jeśli o to chodzi.
        Odwróciłem się, zauważając dopiero w jaśniejszym świetle na środku pomieszczenia, że jedna z zapinek używanych przy rękawicach nie trzyma zbyt dobrze. Musiał rozluźnić się zastosowany wewnątrz niej mechanizm, ale na takie wypadki trzymałem zapasowe pary w szufladzie. Podszedłem do mebla, jednocześnie słuchając słów kapłanki. Z cichym szmerem odsunąłem półeczkę, w której powinny znajdować się szukane akcesoria.
        Chwilę błądziłem wzrokiem po małej przestrzeni. Są, tuż obok zapasowej pary rękawic i pasków. Sens rozmowy na moment gdzieś utknął, kiedy pod błyszczącą stalą zobaczyłem kawałek materiału, który z pewnością nie należał do mnie. Poczułem znajome ukłucie w okolicach serca. Adrenalina.
        „Nie zwariowałam, prawda?”
        To wyrwało mnie z zaskoczenia. Zganiłem się za brak uważnego słuchania w temacie, który powinien być dla mnie priorytetem. Odwróciłem się powoli, zaciskając palce na przedeniej ściance szuflady. Wszystko trzeba skontrolować, nad wszystkim trzymać pieczę. Co właściwie oznaczały jej słowa i jak powinienem się do nich odnieść? Z całą pewnością to, o czym mówiła nie było ani normalne ani znane mi wcześniej. Nigdy nie znałem żadnej kapłanki osobiście. Żaden z ludzi dokładnie nie wiedział, czego dotyczą te moce, były bardzo prywatną sprawą, o której nie rozmawiało się z przedstawicielami innych kast niż błogosławiona albo bliskiej rodziny.
        – Nie wiem – odpowiedziałem powoli, boleśnie szczerze. Czy ktoś, kto widział takie rzeczy był naznaczony już symbolem obłędu? Trudno było mi to teraz ocenić. Zwłaszcza, że zawisła nad nami dodatkowa wizja spotkania się z księciem. I to niedługo. – Nie mam pojęcia, co to znaczy. Nie istnieje teraz nawet nikt, kogo moglibyśmy zapytać, a przynajmniej nie przychodzi mi na myśl.
        Wszyscy kapłani ze świątyni Arethora, którzy strzegli tajemnic swojej świętej twierdzy nie żyją. Razem z nimi więc wiedza o rytuałach i zapiski odnośnie przyrzeczonych szlacheckim rodzinom kobiet.
          – Ostatnią nadzieją jest to, co znaleźliśmy w świątyni. Może zapiski na starych pergaminach są czegoś warte. Powinniśmy dowiedzieć się, jakiej rodzinie w Stolicy jesteś obiecana.
        Wyciągnąłem zawiniątko z szuflady, powoli, jakby okazało się cenne. W jego wnętrzu nie wyczuwałem niczego twardego. Zasunąłem szufladę i niepewnie rozwinąłem małą tkaninę. Nie była większa, niż moja dłoń. Przysunąłem ją bliżej do światła, odczytując zapisane na niej informacje. Najmłodszy książę, Azir. Jego siostra Ayrie. Przybyli razem, dzisiejszym popołudniem, wraz z orszakiem i sztabem niewolników. Informacji było niewiele, ale były zapisane konkretnie i skrótowo. Cel wizyty, obecne miejsce w kolejce do tronu, pozycja polityczna, nawet przekonania co do tradycji. Aelnea zapisała wszystko skrupulatnie na małym kawałku materiału pochylonym pismem. Zacisnąłem dłoń. Przydatne.
        – Wszystko w porządku, nie przeszkodziłaś – powiedziałem, chowając zawiniątko w głębokiej kieszeni wewnątrz płaszcza. Poprawiłem zapinkę. Oczy błyszczały entuzjazmem. Nie miałem pojęcia, co tutaj robi książę, ale czymkolwiek umotywowana była jego wizyta jest podłożem do wielu okazji, których szkoda byłoby nie wykorzystać. – Powinniśmy iść. Ci, którzy zbiorą się na spotkaniu nie lubią, jak każe im się czekać – wyjaśniłem, zarzucając pelerynę do tyłu. Załopotała w powietrzu, a później opadła wolno na moje plecy.
        Przed namiotem stała przygotowana lektyka. Poprawiłem mały, myśliwski nóż, który miałem doczepiony do pasa i spojrzałem na stojącego obok mężczyznę. Był wojownikiem, ale nie należał do mojego oddziału. W ogóle nie rozpoznawałem jego twarzy.
        – Przysłano powóz, panie – rzucił.
        Zmierzył zimnym spojrzeniem Esję. Najprawdopodobniej nie spodziewał się jej obecności w moim namiocie. Wzruszył jedynie ramionami, odwracając się do stojącego obok mężczyzny i szepcząc coś do niego.
        Uniosłem brwi, spoglądając na tragarzy. Droga nie była daleka, ale w niektórych sprawach książę, bo to bez wątpienia on za tym stał, bywał zbyt tradycjonalistyczny. Podobne wozy z pewnością wysyłał do wszystkich, którzy mieli stawić się na spotkaniu. Ucieszyła mnie nieco myśl, że któraś z lektyk będzie stała pod namiotem Esji i czekała na kapłankę, nie śmiąc jej się pospieszyć. Uśmiechnąłem się leniwie i przekroczyłem dwa małe stopnie, które z niewielkiego podestu stanowiącego ganek namiotu prowadziły na ubitą drogę.
        Westchnąłem, wchodząc do powozu. Zgodnie z zasadami, nie mogłem mieć przy sobie żadnej długiej broni, jaką był miecz. Na zewnątrz zapanowała chwila milczenia i niecierpliwości. Co prawda lektyka była na tyle duża, żeby pomieścić dwie osoby, ale nie byłem pewny, czy pojawienie się naszej dwójki pod namiotem dowódcy w ten sposób byłoby dobrze przyjęte.
        – Możesz iść na piechotę albo poczekać na drugą lektykę – powiedziałem, przechylając się w stronę kapłanki i zajmując wygodne miejsce na miękkim materacu. Po jednej stronie pojazd chroniony był małą balustradą. – Możesz też jechać ze mną. Tylko trochę będzie nam ciasno – dokończyłem, przybierając na twarz uśmiech. Nieco podstępny, ale niezbyt groźny. Myśl, że wybierze ostatnią opcję była zabawna. I może nawet był to swojego rodzaju test.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/