Esja
była czymś wyraźnie przejęta. Nie bardzo rozumiałem, co takiego wprowadziło ją
w stan nie zwracania uwagi na otoczenie, ale nigdy wcześniej jeszcze nie
wykazała się tak pobieżną obserwacją otoczenia.
Gdyby teraz zdecydowała się z bliska
przyjrzeć mojej twarzy, znalazłaby na niej bezbrzeżne zdumienie, może nawet
swojego rodzaju dezorientację. Byłem niemal pewny, że będzie chciała pójść
pieszo, już na samym początku pobytu w obozie jasno dała znać, ze nie chce być
noszona. Teraz jednak po prostu tak bez słowa protestu wpakowała się na górę i
usadziła obok mnie, a wyraz zmartwienia – cokolwiek zaprzątało jej myśli – nie zmywał
się z jej twarzy. Chrząknąłem cicho, starając się wrócićdo stanu równowagi.
Niesamowite, naprawdę weszła na górę. A myślałem, że wiem już jak ją odczytać.
Najwidoczniej pod tym względem nie odstawała od innych kobiet; każdą równie
trudno przychodziło mi zrozumieć.
Odsunąłem się nieco i odwróciłem w
swoją lewą stronę, opierając na balustradzie. Wcześniej była zupełnie
niepotrzebna, ale teraz miałem wrażenie, że jeden nieodpowiedni ruch mógł
sprawić, że któreś z nas zjedzie z pojazdu i wyląduje na ziemi, która bądź co
bądź po podniesieniu lektyki blisko się nie znajdywała.
Nie byłem przyzwyczajony do tego
rodzaju bliskości, sprawiała, że czułem się niekomfortowo. A już zwłaszcza,
kiedy obok siedziała kapłanka, na której nigdy wcześniej nie starałem się
zrobić dobrego wrażenia. Obecna sytuacja wydawała się po prostu nie na miejscu.
Odsunąłbym się jeszcze kawałek, ale nie było gdzie. Za dosłownie ułamek sekundy
cała drewniana konstrukcja zakołysała się nieprzyjemnie, a ja zakląłem cicho
pod nosem. Nie cierpie lektyk. Jak jakiś spaślak, który nie może poruszać się
na własnych siłach, w dodatku całkiem bezbronny podczas ataku. Wolałem
zdecydowanie być zdany na własne nogi. Całkiem możliwe, że w Esji lektyka
wzbudzała takie same uczucia jak we mnie, choć nie była wojownikiem i z
pewnością nie umiała walczyć.
Przekleństwo jakoś tak zlało się w
czasie z jej wątpliwościami o zbyt dużym ciężarze. Nie pofatygowałem się, żeby
naprostować.
Mruknąłem w wyrazie potwierdzenia na
wzmiankę o ubraniu. Nadal bez ochoty komentowania, dlaczego to wszystko tak
wygląda. Dopiero później skierowałem na nią spojrzenie, kiedy wypowiedziała
kolejne słowa, stawiając mnie przed faktem dokonanym.
Obietnice i przyrzeczenia? To nie było
coś, co lubiłem wypowiadać. Tylko w ewentualnym wypadku konieczności.
Przechyliłem się lekko wraz z całą lektyką, kiedy skręcaliśmy. Naprawdę bałem
się o stateczność tej mizernej konstrukcji.
W jej pytaniach jednak było coś... Coś,
czego nie znajduje się w wojsku. Rozczulającego? Sformułowała je w taki sposób,
w jaki nie zrobiłby nikt z tego środowiska. Uderzyło mnie to w pierwszej
chwili, być może dlatego nie zirytowała mnie personalna bliskość tej prośby.
Skierowałem na nią spojrzenie, ale nie odwracała swojego. Na moich ustach nie
zatańczył teraz uśmiech, pojawiał się nich rzadko. Pasowałby jednak do słów, które
zamierzałem wypowiedzieć.
– Mówiliśmy już coś o zaufaniu, prawda?
– zmrużyłem lekko oczy. W tej prośbie było coś bardzo autentycznego. Wcześniej
wydawało mi się, że to uderzająca szczerość, ale teraz wydawało mi się, że
raczej strach. Co napawało ją tak silną emocją? Myśl o opuszczeniu obozu? Nie,
to idiotycznie założenie. – Nie powinnaś mi ufać. Pamiętasz, kiedy pytałaś o
szacunek i strach? Dzisiaj po południu, w jeziorze – odwróciłem spojrzenie.
Patrzyłem prosto przed siebie, obserwując zapadający zmrok i festiwal rodzących
się świateł, które powoli mijaliśmy. Falowały w powietrzu. Albo to my
falowaliśmy, unosząc się pomiędzy nimi. – Wolę, kiedy ludzie się mnie boją.
Przez to trzymają się z daleka, a kiedy przychodzi co do czego, nie mam
wyrzutów sumienia, że zamierzam ich zdradzić.
To też było szczere. I może też podbite
odrobiną strachu. Przed tym, że ludzie zbliżą się do mnie za bardzo, że
odkryją, że pod pancerzem skrywa się ktoś inny, niż ten, którego widzą na
codzień. Ktoś o wiele gorszy i bardziej zniszczony. To dałoby im władzę, żeby
mną gardzić. Do tego nie mogłem dopuścić.
– Kilka szaleńców wybrało szacunek –
powiedziałem, nie zdając sobie sprawy z tego, że jeden kącik ust na wzmiankę o
tym uniósł się ku górze. Moja Gwardia, ludzie, którzy nie mają już nic do
stracenia. – Ale nie wiem, gdzie w tym wszystkim jest zaufanie. Chyba tam,
gdzie muszę innym pozwolić bronić moich pleców, kiedy od przodu jestem pod
naciskiem ataku.
Minęliśmy grupkę ludzi, mężczyzn i
kobiet. Mieli na sobie kuse ubrania, przekrzykiwali się i śmiali w głos.
Dopiero, kiedy odeszliśmy dobre kilkadziesiąt kroków ich głosy ucichły.
Dlaczego właściwie mówiłem jej to wszystko? Może pomagał fakt, że niedługo jej
już tu nie będzie, że nasze drogi rozejdą się na zawsze. I faktycznie, możliwe,
że dzisiejsze spotkanie przyspieszy taką dezycję. Teraz, kiedy sprawdziliśmy
już świątynię.
– Jeśli po tym nadal chcesz usłyszeć
obietnicę, rozumiem. – zacząłem znowu, tym razem przyciszonym głosem. – I obiecuję,
że nie jedziemy na spotkanie twojemu narzeczonemu. Do obozu przyjechał
najmłodszy książę, podobno stacjonował gdzieś w okolicy, a kiedy usłyszał o
świątyni, postanowił to sprawdzić osobiście – wyjaśniłem od niechcenia. Mój
stosunek do osoby królewskiej może był zbyt oczywisty, mógł napytać mi biedy.
Poprawiłem się, siadając lepiej. Nie był to najlepszy wybór, bo zmieniony
środek ciężkości sprawił, że oboje zachybotaliśmy się niebezpiecznie.
Westchnąłem. Tak czułem, druga część
obietniczy przyszła mi znacznie trudniej, bo nie dotyczyła czegoś, co już się
wydarzyło ani było pewne. Wymagała ode mnie zaangażowania emocjonalnego, co
zawsze sprawiało, że czułem się tak niepewny jak cała ta lektyka z dwójką ludzi
wewnątrz
– Nie pozwolę cię stąd wykopać bez
zapowiedzi, że nadchodzi kopniak, może być? – zapytałem przy użyciu
głośniejszego tonu głosu, odwracając głowę w stronę dziewczyny. Na mojej twarzy
pojawił sę szczery, całkiem szeroki uśmiech rozbawienia, w którym zabłyszczały
moje zęby, lekko zaostrzone kły.
Świadomość, że nie tylko ja czuję się
niepewnie w tej sytuacji sprawiła, że ten dziecinny żart sam opuścił moje usta,
podobnie jak uśmiech, który pojawił sie bez ingerencji mojej świadomości. Przez
chwilę znowu poczułem się jak ten nastolatek, którym byłem w posesji swojego
ojca, pewny o sprawiedliwości świata i misji, którą jest posługa wojenna. O
zbawieniu narodu, zabiciu niewiernych. Wtedy nie przypuszczałem nawet, że
ścieżka jest usłana trupami przyjaciół. I teraz, za sprawą jednej zestresowanej
kapłanki znowu poczułem to samo, zapominając o tych realiach.
Szybko przywołałem się do porządku,
odchrząkując po raz kolejny, przyłożyłem dłoń ułożoną w pięść do ust, starając
się zmazać ten wyraz z twarzy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz