Musiałam go zaskoczyć, ale z radością zauważyłam, że nie planuje mnie wyśmiać, a przynajmniej nie zamierza zrobić tego wprost. Ulżyło mi odrobinę, ale nie na tyle, żebym zapomniała o stresie, który nadal ściskał moje wnętrzności w bardzo silnym uścisku. Niekoniecznie podobało mi się wracanie tematem do dzisiejszego dnia, a dokładniej do naszej rozmowy, jeśli można to tak nazwać, przy jeziorze. Nie byłam zadowolona z jej przebiegu, a nieco przymrużone spojrzenie mężczyzny, nie świadczyło wcale dobrze o jego zamiarach. Przełknęłam ślinę, nie będąc w stanie zapanować nad tym gestem, ale nie odwróciłam spojrzenia. Słuchałam, a moment w którym zrozumiałam, że zamierza odpowiedzieć na pytanie, które padło z moich ust kilka godzin temu był zadziwiająco upajający. Nie wiem, czy to dobre słowo, zaskoczył mnie z pozytywnym wydźwiękiem, mimo, że jego wypowiedź do pozytywnych nie należała. Z czasem jednak, z każdym kolejnym słowem moje brwi unosiły się coraz bardziej i może to śmieszne, ale poczułam, pierwszy raz zapewne, że jest mi tego człowieka żal. Wydawałoby się, że jest panem swojego losu, mogłam mu tego jedynie zazdrościć, a tym czasem sam mówił o sobie tak, jakby nie widział w sobie żadnych wartości. Może nawet wygodniej mu było, kiedy i inni ich w nim nie dostrzegali.
Zwilżyłam lekko usta, chociaż to on mówił. Trzeba tutaj zaznaczyć, że nieczęsto sam się do mnie odzywał w takiej ilości, a już chyba nigdy nie mówił tyle sam z siebie. Pewnie dlatego tak dbałam, aby żadne z jego słów mi nie umknęło. Poczułam jednak lekkie dotknięcie. Kiedy tak mówił, z lekko uniesionym kącikiem ust - wyrazem tak niepodobnym do tego, co dane mi było poznać, każdy chyba zapragnąłby znaleźć się w gronie ów szaleńców. Tylko co ja mogłam, skoro w namiocie uświadomił mi, jak gruba jest linia między mną, a jego ludźmi. Jestem po prostu zadaniem i powinnam znać swoje miejsce. Może miałam z tej rozmowy wynieść prostą lekcję, aby się nie przywiązywać? To byłoby całkiem logiczne, ale tylko wówczas, gdyby temat się zakończył. Gdyby między nami zapadło wymowne milczenie. Sam Tealvash do niego nie dopuścił, a to już było naprawdę niesamowite.
Pierwsza fala spokoju uderzyła we mnie, gdy obiecał, że na końcu drogi nie czeka na mnie mój przyszły mąż. Może powinnam się wstydzić takiej reakcji? Czy świadczyło to o mnie źle? Wychodziłam na niewdzięczną dziewuchę, której żaden świadomy mężczyzna nie chciałby wziąć za żonę? W tej chwili nieszczególnie o tym myślałam i może to właśnie świadczyło o tym, jak niedojrzała jeszcze jestem. Wzmianka o księciu została za to przyjęta przeze mnie ze spokojem. Poza tym Nevan nie wyglądał na zadowolonego tym spotkaniem i spodobało mi się, że pozwolił mi doszukać się w wydźwięku jego słów, prywatnej niechęci.
Wciąż milczałam. Westchnął. Zamrugałam dwa razy. Obiecał.
Patrzyłam na niego, jak rażona piorunem. Uśmiechał się i nie wyglądał, jak stary potwór, czego raczej na głos nie wypadało mówić. Przez chwilę nie byłam nawet w stanie drgnąć, przyglądając się uśmiechowi, który dotychczas był mi nieznany. A kiedy już z chłodną rezerwą przywołał się do porządku, nie mogąc się powstrzymać, usłyszałam, jak z moich ust wydobywa się swobodny, niczym niepohamowany chichot. W przeciwieństwie do niego, ja nie zamierzałam powstrzymywać uśmiechu, ale powstrzymałam w sobie chęć zarzucenia mu rąk na szyję, w obawie, że wylądowałabym zaraz w błocie, poza lektyką. Mimo wszystko myślałam więc trzeźwo.
- Może być - zgodziłam się, czując, jak opuszcza mnie strach. Pierwszy raz odkąd wsiadłam do lektyki czułam się swobodnie, co może było po mnie widać. Chciałam nawet coś powiedzieć, ale zauważyłam przed nami rozświetlony duży namiot. Wyglądał o wiele atrakcyjniej, niż cała reszta, czyli tutaj nasza podróż dobiegała końca. O dziwo było mi nawet przykro z tego powodu.
Patrzyłam, jak jakiś mężczyzna podchodzi do tego człowieka, który przyglądał mi się przed namiotem oficera, potem skinął głową, a do mnie dotarł jego głos:
- Przybył oficer Tealvash, wraz z kapłanką ze świątyni Arethora! - zawołał do przybyłych, a ja miałam wrażenie, że ich rozmowy nieco ucichły. Ani drgnęłam.
- Duży rozmach, jak na warunki obozowe - wyszeptałam cichutko, nie dbając o tym, jak liche jest moje pojęcie odnośnie tego, jak wyglądają tutaj uroczystości. Chyba wypadało wyjść, ale nadal tego nie zrobiłam. Nie chciałam znów urywać naszej rozmowy, nie teraz, kiedy pierwszy raz zaczęła się ona i skończyła, jak powinna. Odwróciłam się do Nevana ostatni raz. Wahałam się jedynie chwilę, chcąc dobrze sformułować słowa, jako, że na ich poprawę nie było czasu.
- Możesz przez to uważać mnie za lekkomyślną, ale chcę ci ufać mimo wszystko, bo obiecałeś, że nie zginę pod twoją opieką i słowa dotrzymałeś, bo po mnie wróciłeś. Nawet jeśli zrobiłeś to jedynie przez to, że twoim zadaniem jest trzymanie mnie przy życiu... skoro czuję się przy tobie bezpiecznie, to nie mogę się ciebie bać. Pozostał mi jedynie szacunek, panie oficerze - dokończyłam, uśmiechnęłam się po raz ostatni, a potem przybrałam obojętny wyraz twarzy i z pomocą stojącego na zewnątrz mężczyzny opuściłam lektykę. Po mnie zrobił to Tealvash, a ja widziałam, jak ludzie coś sobie szepcą na uszy. Nie przejmowałam się tym, bo nie miałam sobie nic do zarzucenia. Weszliśmy wgłąb namiotu, a tam nietrudno było zauważyć, kto dokładnie jest gościem honorowym. Planowałam się skłonić i udawać, że jestem cieniem oficera, nawet jeśli jemu nie było to na rękę. Niestety plan się nie powiódł, bo w chwili, w której zatrzymaliśmy się przed stołem, książę wstał, a wszyscy ucichli, jak makiem zasiał. Zaskoczyła mnie aż taka dyscyplina... ciekawe, czy kierowana strachem, czy szacunkiem... miałam ochotę zapytać o to następnym razem Tealvasha, bo wydawało mi się, że nie było w nim ani tego, ani tego, względem księcia.
- Martwiliśmy się, gdy zawiadomiono nas, że lektyka posłana, po najświętszego z gości stoi pusta. Wielce więc jestem rad, oficerze Tealvash, że zadbałeś o transport kapłanki. Cieszę się, że dane mi jest ciebie poznać, pani i ślę wyrazy współczucia - powiedział oficjalnie, rozkładając ręce w powietrzu. Sądziłam, że będzie jakimś złym człowiekiem, ale wydawał się całkiem przyjemny w obyciu. Mimo to wolałam zbyt pochopnie nie wydawać opinii. Teraz mogłam się skłonić.
- Dziękuję panie - zdałam sobie sprawę z tego, że nie wiem, jak książę ma na imię. Raczej nie wypadało zapytać. - Pragnę też przeprosić za spóźnienie. Nie spodziewałam się czekającej lektyki, dopiero oficer Tealvash uświadomił mnie o moim błędzie - wyjaśniłam, a mężczyzna klasnął w dłonie. Uśmiechnął się i zaprosił nas do stołu. Na moje szczęście miałam możliwość zajęcia miejsca obok oficera, jednak nim usiedliśmy książę powstał ponownie. Szepnął coś komuś na ucho i nie wiem, jak do końca się to stało, ale zarówno ja, jak i Nevan siedzieliśmy naraz obok głównego gościa. Ja dosłownie obok księcia, Nevan przy moim ramieniu.
Były jakieś przemowy, zapowiedzi, słowa uprzejmości, ale nikt... podkreślam NIKT nie wypowiedział imienia księcia. Myślałam, że zaraz rozboli mnie z tego wszystkiego głowa, aż w końcu nie wytrzymałam i pochyliłam się nad oficerem.
- Jak on właściwie ma na imię - zapytałam cichutko, tak, żeby tylko on usłyszał. Udało się, jednak widok tego, jak szepczę był ogólnie dostępny.
- Coś nie tak, pani? - o dziwo znów książę zwrócił się do mnie bezpośrednio. Miałam prawo być w szoku, sądziłam, że będę powietrzem, a tu taka niespodzianka.
- Nie, ależ skąd. Pytałam właśnie mego opiekuna, oficera Tealvasha, czym jest manewr Ladweński, o którym panowie mówili - skłamałam z uśmiechem na twarzy. Książę uniósł brwi w zdumieniu.
- Interesujesz się pani wojskiem? Oficerze, musisz mi zatem opowiedzieć, jak najświętsza radziła sobie na dzisiejszej wyprawie. Pewnie wszyscy chcemy usłyszeć o jej owocach, prawda? - zapytał ogółu, ale spojrzenie zawiesił na Tealvashu. Przynajmniej jakoś udało mi się odwrócić jego uwagę, liczyłam też na to, że Nevan nie będzie mi miał tego za złe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz