Wyjrzałem
przez okno, z opóźnieniem zauważając, że lektyka porusza się zdecydowanie
wolniej, a później zupełnie się zatrzymuje. Było tu zdecydowanie więcej ludzi
niż w jakiejkolwiek części obozu, przez którą przeszliśmy. Wyglądało na to, że
orszak księcia był pokaźnych rozmiarów, jak zwykle z rozmachem i przede
wszystkim na pokaz. Potrząsnąłem lekko głową. Nie lubiłem tego typu spotkań, na
których należało elegancko wyglądać, pusto się uśmiechać i prawić nieszczere
komplementy. Wiedziałem przecież, że to wszystko czeka w głębo namiotu i byłem
skłonny przyznać, że lepiej czuję się tu, w tej lektyce.
Stłumiony przez inne dźwięki chichot
był przyjemny dla ucha, ale tak szybko, jak się skończył, zapomniałem jak
brzmiał. Jakby ktoś zabrał mi wspomnienie o nim. Szybko przywołałem się do
zdystansowanego porządku. Na zewnątrz rozpoczęły się wszystkie uroczystości.
Miałem ochotę znaleźć wymówkę, żeby nie wchodzić do środka, ale nic w tym
momencie nie mogło mnie wybawić przed koniecznością zrobienia tego.
Siedzieliśmy tak o jedną chwilę zbyt
długo. To dzięki temu zorientowałem się, że to jeszcze nie koniec, nawet zanim
dziewczyna otworzyła usta. Na szczęście teraz byłem lepiej przygotowany na
cokolwiek, co chciała powiedzieć.
Kiedy mówiła, wstrzymałem powietrze.
Czekając na atak, który nie nastąpił.
Esja opuściła pojazd z pomocą kogoś,
kto stał na zewnątrz, a ja przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę starałem
się opanować emocje, które mogłyby być widoczne na twarzy dla kogoś bardzo
spostrzegawczego. I tak będą mówili, nie należało dawać powodu, żeby mówili
jeszcze gorzej. Poprawiłem płaszcz, sprawdziłem klamry, rękawice i przeczesałem
palcami włosy. Dopiero później wyszedłem z wnętrza lektyki, odrzucając cheć
pomocy.
– Na bogów, nie jestem inwalidą –
warknąłem cicho do żołnierza, odtrącając ramieniem jego dłoń. Konieczność
podróży w tym pojeździe wystarczająco uwłaczała mojej dumie.
Rozglądnąłem się po twarzach ludzi,
kobiet i mężczyzn. Wyglądali jak strojna grupa, która nie ma niczego wspólnego
z wojną i byli tak różni od tego, co normalnie znajdywało się w obozie. Jak
kwiatek w rozjechanym gównie, tak sami by się określili. Ja wolałem
stwierdzenie, że są fikuśnym piórkiem przymocowanym do eleganckiego munduru; to
i to wygląda idiotycznie i źle świadczy o właścicielu.
Nie zrwóciwszy uwagi na szepty i
skierowane na nas spojrzenia wszedłem do namiotu, patrząc cały czas prosto
przed siebie. Miałem nadzieję, że moja mina była nieodgadniona i nikt nie
będzie w stanie doczytać się z niej zbyt wiele. Wewnątrz panował hałas i
niespotykany tu rozgardiasz. Było pełno ludzi, w większości mężczyzn, ale
kobiety też zajmowały kilka miejsc. To pierwsza niespotykana rzecz na tego typu
spotkaniu. Chyba, że książę po prostu planował rozkręcić tu ucztę i popijawę.
Taka nonszalancja po nim była wręcz spodziewana.
Skłoniłem się sztywno, słysząc swoje
nazwisko, a później przeszedłem głębiej w stronę swojego zwyczajowego miejsca.
Nie było dane mi tam usiąść, nie stłumiłem prychnięcia niezadowolenia. Książę
na szczęście nie posiadał takiej władzy, żeby czymkolwiek zarządzać, a
szacunek, który mu się okazywało, no cóż, pochodził tylko przez wzgląd na
nazwisko, jakie nosił. W obozie nikt nie lubił jego wizyt, jedynie najbardziej
leniwi z oficerów.
Same powitania trwały w nieskończoność.
Niespodziewanie jednak przerwał mi głos Esji, który sprawił, że myślami
powróciłem na ziemię. Moje oczy rozszerzyły się, słysząc to pytanie, po czym
skierowałem wzrok na nią i siedzącego obok księcia.
– Oczywiście, panie – rozmowy wokół
stołu były kontynuowane z zadziwiającą lekkością. – Z pewnością będzie to
zajmująca historia, choż obawiam się, że po dniu pełnym takich wrażeń, może być
nieco... Przekłamana emocjami – dodałem, pochylając się lekko do tyłu, żeby
oprzeć się wygodnie na krześle.
Do wnętrza wszedł wysoki, szczupły
mężczyzna z lutnią, a za nim kobieta z dziwnym instrumentem, którego nie
potrafiłem nazwać.
Jeden z oficerów wybuchnął w tym samym
momencie śmiechem, prowadząc rozmowę z innym, siedzącym obok. Nigdzie nie było
Trathira. Pewnie był bardziej spóźniony niż my. Na stole przez nami pojawiły
się puchary, bez wątpienia wypełnione winem. Służba wyszła, stawiając kielich
przed Esją. Wszyscy inni mieli naczynia już przed sobą. Czyli właśnie taka to
będzie narada. Pierdolona uczta, nie jakiekolwiek działanie wojenne.
Nieustannie irytowało mnie zapominanie dostojników ze Stolicy, że zachodnia
część kraju toczy wojnę, a faktu, że ta nie dotarła jeszcze do centralnego
miasta nie zawdzięczamy ucztom i świętowaniu.
– Z resztą, możemy jeszcze z tym
poczekać. Wygląda na to, że zaczyna się występ – książę rozsiadł się wygodnie w
swoim fotelu, który był pokazowo wyższy niż wszystkie inne przy stole. Poprawił
swoje szaty, bogato zrobione jedwabie i szale futra z rzadkich zwierząt, z
zadowoleniem wpatrując się w przeciwległą ścianę namiotu, gdzie usadowili się
grajkowie. – Podróżują ze mną ze stolicy. Najlepsza trupa w naszym kraju.
Powiedz, najświętsza, czym byłoby życie gdyby nie muzyka, dobre jedzenie i
wysoka kultura?
Nie miałem pewności, czy to pytanie
retoryczne, więc nie wtrąciłem się. Kiedy dwójka śpiewaków przygotowywała się
najwyraźniej do koncertu, który miał zabawić znajdujących się wewnątrz ludzi,
pochyliłem się w stronę kapłanki.
– To książę Azir – szepnąłem, choć nie
musiałem zbytnio zniżać głosu. Wewnątrz namiotu było i tak głośno. – Najmłodszy
syn króla, nie uczyli was takich rzeczy w świątyni?
Uniosłem brwi w wyrazie zdumienia.
Sądziłem, że kapłanki uczą się podstawowych, a nawet często zaawansowanych
nauk, zawsze uważano je za wykształcone. Czyżby ktoś tutaj nie słuchał, kiedy
była lekcja o rodzinie królewskiej i historii monarchii? Wyprostowałem się, nie
pozwalając sobie tym razem na uśmiech. Byłby to z pewnością ironiczny wyraz.
Zanim występ się zaczął, do wnętrza
długim sznurem weszli służący, niosąc srebrne półmiski z potrawami, stawiając
te najlepsze u szczytu stołu, ale nie oszczędzając żadnego z gości. Rozlano
dodatkowe wino, przyniesiono talerze i potrawy, które pachniały niecodziennie.
Najwyraźniej książę wziął też ze sobą królewskiego kucharza, bo w wojsku na
codzień nie jadało się takich potraw. Dopiero w tym momencie odkryłem, że głód
ściska mi żołądek, a jedzenie pachnie naprawdę dobrze. Może ten jeden raz uda
mi się przełknąć fakt robienia cyrku z obozu wojskowego, zwłaszcza z wizją
napełnionego wyśmienitym jedzeniem brzucha.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz