poniedziałek, 19 czerwca 2017

LIV



        Wyjrzałem przez okno, z opóźnieniem zauważając, że lektyka porusza się zdecydowanie wolniej, a później zupełnie się zatrzymuje. Było tu zdecydowanie więcej ludzi niż w jakiejkolwiek części obozu, przez którą przeszliśmy. Wyglądało na to, że orszak księcia był pokaźnych rozmiarów, jak zwykle z rozmachem i przede wszystkim na pokaz. Potrząsnąłem lekko głową. Nie lubiłem tego typu spotkań, na których należało elegancko wyglądać, pusto się uśmiechać i prawić nieszczere komplementy. Wiedziałem przecież, że to wszystko czeka w głębo namiotu i byłem skłonny przyznać, że lepiej czuję się tu, w tej lektyce.
        Stłumiony przez inne dźwięki chichot był przyjemny dla ucha, ale tak szybko, jak się skończył, zapomniałem jak brzmiał. Jakby ktoś zabrał mi wspomnienie o nim. Szybko przywołałem się do zdystansowanego porządku. Na zewnątrz rozpoczęły się wszystkie uroczystości. Miałem ochotę znaleźć wymówkę, żeby nie wchodzić do środka, ale nic w tym momencie nie mogło mnie wybawić przed koniecznością zrobienia tego.
        Siedzieliśmy tak o jedną chwilę zbyt długo. To dzięki temu zorientowałem się, że to jeszcze nie koniec, nawet zanim dziewczyna otworzyła usta. Na szczęście teraz byłem lepiej przygotowany na cokolwiek, co chciała powiedzieć.
        Kiedy mówiła, wstrzymałem powietrze. Czekając na atak, który nie nastąpił.
        Esja opuściła pojazd z pomocą kogoś, kto stał na zewnątrz, a ja przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę starałem się opanować emocje, które mogłyby być widoczne na twarzy dla kogoś bardzo spostrzegawczego. I tak będą mówili, nie należało dawać powodu, żeby mówili jeszcze gorzej. Poprawiłem płaszcz, sprawdziłem klamry, rękawice i przeczesałem palcami włosy. Dopiero później wyszedłem z wnętrza lektyki, odrzucając cheć pomocy.
        – Na bogów, nie jestem inwalidą – warknąłem cicho do żołnierza, odtrącając ramieniem jego dłoń. Konieczność podróży w tym pojeździe wystarczająco uwłaczała mojej dumie.
        Rozglądnąłem się po twarzach ludzi, kobiet i mężczyzn. Wyglądali jak strojna grupa, która nie ma niczego wspólnego z wojną i byli tak różni od tego, co normalnie znajdywało się w obozie. Jak kwiatek w rozjechanym gównie, tak sami by się określili. Ja wolałem stwierdzenie, że są fikuśnym piórkiem przymocowanym do eleganckiego munduru; to i to wygląda idiotycznie i źle świadczy o właścicielu.
        Nie zrwóciwszy uwagi na szepty i skierowane na nas spojrzenia wszedłem do namiotu, patrząc cały czas prosto przed siebie. Miałem nadzieję, że moja mina była nieodgadniona i nikt nie będzie w stanie doczytać się z niej zbyt wiele. Wewnątrz panował hałas i niespotykany tu rozgardiasz. Było pełno ludzi, w większości mężczyzn, ale kobiety też zajmowały kilka miejsc. To pierwsza niespotykana rzecz na tego typu spotkaniu. Chyba, że książę po prostu planował rozkręcić tu ucztę i popijawę. Taka nonszalancja po nim była wręcz spodziewana.
        Skłoniłem się sztywno, słysząc swoje nazwisko, a później przeszedłem głębiej w stronę swojego zwyczajowego miejsca. Nie było dane mi tam usiąść, nie stłumiłem prychnięcia niezadowolenia. Książę na szczęście nie posiadał takiej władzy, żeby czymkolwiek zarządzać, a szacunek, który mu się okazywało, no cóż, pochodził tylko przez wzgląd na nazwisko, jakie nosił. W obozie nikt nie lubił jego wizyt, jedynie najbardziej leniwi z oficerów.
        Same powitania trwały w nieskończoność. Niespodziewanie jednak przerwał mi głos Esji, który sprawił, że myślami powróciłem na ziemię. Moje oczy rozszerzyły się, słysząc to pytanie, po czym skierowałem wzrok na nią i siedzącego obok księcia.
        – Oczywiście, panie – rozmowy wokół stołu były kontynuowane z zadziwiającą lekkością. – Z pewnością będzie to zajmująca historia, choż obawiam się, że po dniu pełnym takich wrażeń, może być nieco... Przekłamana emocjami – dodałem, pochylając się lekko do tyłu, żeby oprzeć się wygodnie na krześle.
        Do wnętrza wszedł wysoki, szczupły mężczyzna z lutnią, a za nim kobieta z dziwnym instrumentem, którego nie potrafiłem nazwać.
        Jeden z oficerów wybuchnął w tym samym momencie śmiechem, prowadząc rozmowę z innym, siedzącym obok. Nigdzie nie było Trathira. Pewnie był bardziej spóźniony niż my. Na stole przez nami pojawiły się puchary, bez wątpienia wypełnione winem. Służba wyszła, stawiając kielich przed Esją. Wszyscy inni mieli naczynia już przed sobą. Czyli właśnie taka to będzie narada. Pierdolona uczta, nie jakiekolwiek działanie wojenne. Nieustannie irytowało mnie zapominanie dostojników ze Stolicy, że zachodnia część kraju toczy wojnę, a faktu, że ta nie dotarła jeszcze do centralnego miasta nie zawdzięczamy ucztom i świętowaniu.
        – Z resztą, możemy jeszcze z tym poczekać. Wygląda na to, że zaczyna się występ – książę rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu, który był pokazowo wyższy niż wszystkie inne przy stole. Poprawił swoje szaty, bogato zrobione jedwabie i szale futra z rzadkich zwierząt, z zadowoleniem wpatrując się w przeciwległą ścianę namiotu, gdzie usadowili się grajkowie. – Podróżują ze mną ze stolicy. Najlepsza trupa w naszym kraju. Powiedz, najświętsza, czym byłoby życie gdyby nie muzyka, dobre jedzenie i wysoka kultura?
        Nie miałem pewności, czy to pytanie retoryczne, więc nie wtrąciłem się. Kiedy dwójka śpiewaków przygotowywała się najwyraźniej do koncertu, który miał zabawić znajdujących się wewnątrz ludzi, pochyliłem się w stronę kapłanki.
        – To książę Azir – szepnąłem, choć nie musiałem zbytnio zniżać głosu. Wewnątrz namiotu było i tak głośno. – Najmłodszy syn króla, nie uczyli was takich rzeczy w świątyni?
        Uniosłem brwi w wyrazie zdumienia. Sądziłem, że kapłanki uczą się podstawowych, a nawet często zaawansowanych nauk, zawsze uważano je za wykształcone. Czyżby ktoś tutaj nie słuchał, kiedy była lekcja o rodzinie królewskiej i historii monarchii? Wyprostowałem się, nie pozwalając sobie tym razem na uśmiech. Byłby to z pewnością ironiczny wyraz.
        Zanim występ się zaczął, do wnętrza długim sznurem weszli służący, niosąc srebrne półmiski z potrawami, stawiając te najlepsze u szczytu stołu, ale nie oszczędzając żadnego z gości. Rozlano dodatkowe wino, przyniesiono talerze i potrawy, które pachniały niecodziennie. Najwyraźniej książę wziął też ze sobą królewskiego kucharza, bo w wojsku na codzień nie jadało się takich potraw. Dopiero w tym momencie odkryłem, że głód ściska mi żołądek, a jedzenie pachnie naprawdę dobrze. Może ten jeden raz uda mi się przełknąć fakt robienia cyrku z obozu wojskowego, zwłaszcza z wizją napełnionego wyśmienitym jedzeniem brzucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/