poniedziałek, 19 czerwca 2017
LV
Byłam ciekawa słów, jakie mogłyby paść z ust Nevana. Mimo, że dzisiejszy dzień spędziliśmy w tych samych okolicznościach, to jednak ta sama historia w ustach innych osób zawsze wygląda nieco inaczej. Uniosłam nieco brwi, kiedy sam uznał, że mógłby przekłamać bieg dzisiejszych wydarzeń. Wydawało mi się, że raczej nie jest typem człowieka, który pozwala swoim słowom przybierać wydźwięk emocji, jakie mu towarzyszą. Generalnie Tealvash nie był osobą, która wyraża wiele uczuć, rzadko kiedy z jego twarzy dało się coś odczytać. Może przez to nadal czułam ekscytację po tym, że udało mi się zobaczyć jego uśmiech, nawet jak nie trwał specjalnie długo. Przez to czułam, że siedzi koło mnie żywy człowiek i mimo, że było tutaj naprawdę dużo obcych osób, to nie byłam tak przerażona, jak na pierwszym spotkaniu, jakie odbywało się w tym namiocie z udziałem mojej osoby.
Ogrom gości nie był jedyną różnicą, jaką zauważałam między dzisiejszą "naradą", a tą, która miała już miejsce. Prawdę mówiąc nie wiem nawet, czy mogłam to spotkanie nazwać naradą. W takim razie była to moja pierwsza prawdziwa uczta i to jeszcze w towarzystwie księcia, a to już nie byle co. Nigdy wcześniej nie spodziewałam się, że dane mi będzie go poznać. Może nawet byłam na siebie zła, że nie uważałam na lekcjach historii rodów szlacheckich. Prawdę mówiąc były to dla mnie jedne z bardziej nużących zajęć, a dodatkowo tłumaczyłam sobie, że i tak nigdy niedane będzie mi wykorzystać tej wiedzy. Jeśli zaś kogoś będę miała poznać, to przyszły mąż na pewno mi wytłumaczy kim ten ktoś jest i jak winnam się do niego zwracać.
Skinęłam grzecznie głowa, gdy postawiono przede mną kielich. Byłam bez wątpienia najmłodszą osobą przy stole, ale miałam wrażenie, że tylko ja to zauważyłam. Nie ukrywam, kiełkowała we mnie swoista duma, poczułam się doceniona, więc idąc w ślady innych gości, upiłam duży łyk, jak się okazuje wina. Było mocne, paliło w gardło. Zwykle pijałam wodę, tylko do rytuałów podawano nam rozcieńczony alkohol. Tłumaczono to tym, że dobra żona stroni od używek. Teraz nikt mnie nie pilnował i mimo, że smak nie był najlepszym, jakiego mogłam się spodziewać, to świadoma swoich przywilejów powstrzymałam skrzywienie i wypiłam kolejne, nieduże porcje trunku.
- Mieszkając w świątyni, panie, muzyka, kultura i jedzenie faktycznie były istotnymi elementami mojego życia, aczkolwiek nie można zapominać o innych, równie istotnych aspektach - powiedziałam grzecznie, nie wyczuwając, czy czeka na moją odpowiedź, czy może się jej nie spodziewa. Poza tym widok instrumentów boleśnie przypomniał mi chwilę ze świątyni, tą kiedy jeden z żołnierzy Nevana rzucił resztkami harfy. Niekoniecznie było to przyjemne, dlatego z pewną ulgą przyjęłam słowa Tealvasha.Nieważne co miałby powiedzieć, liczyło się to, że jego głos zajął mnie na moment, a tego było mi trzeba bez wątpienia.
Pokiwałam głową, chcąc podziękować, ale nim to zrobiłam dodał już kolejne słowa. Czułam, jak się rumienię, kiedy on patrzył w takim zdumieniu. Zupełnie, jakby chwile temu czytał mi w myślach.
- Zastanawia mnie, czy ty, panie pamiętasz wszystkie nauki z dzieciństwa - mruknęłam, chcąc się jakoś wybielić, ale chyba tylko bardziej się pogrążyłam, przyznając się do braków we własnej pamięci. Cóż, lepiej przed nim, niż przed samym księciem. Nic więcej nie dodałam, szczególnie, że teraz każdy skupiał się na wnoszonym jedzeniu. Pachniało ono apetycznie, chyba wszyscy podzielali tą opinię. Dotarło do mnie, może nieco zbyt późno, ale ważne, że dotarło, iż nie ma co liczyć na rozmowy strategiczne, bo te spotkanie, to nic innego, jak przyjecie powitalne.
Mężczyźni rozmawiali głośno, donośnie, gdzieś w kącie spierali się gestykulując przy tym żywo. Ja sama patrzyłam i powolutku czułam, że chyba ta obserwacja mnie przerasta. Kiedy tak machali dłońmi, nie byłam pewna, czy żadna zaraz mnie nie dosięgnie, a przecież fizycznie było to niemożliwe.
- Nie smakuje ci, najświętsza? - znów usłyszałam głos księcia i niemalże podskoczyłam na krześle. Zaraz spojrzałam na kawałek pieczeni, zdobiącej mój talerz i dotarlo do mnie, że faktycznie niewiele z niej zdążyłam zjeść.
- Nie, nie, ależ skąd, po prostu... zasłuchałam się w dźwięk pieśni - skłamałam, nie chcąc tłumaczyć się zbyt długo, a sądziłam, że taka odpowiedź mu się spodoba. Faktycznie, sądząc po tym, jak rozszerzyły mu się oczy, moje słowa przypadły mu do gustu.
- Piękna, prawda? Jesteś zapewne prawdziwą znawczynią, w końcu jedną z kochanek Arethora jest muzyka - powiedział wynioślej, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie. Dawno tego nie słyszałam. Każdy bóg miał przypisaną kochankę, muzykę, taniec, rysunek, poezję, wszędzie więc przykładano wagę do zajęć odpowiadających kochance patrona świątyni. Przynajmniej tak nam mówiono, a książę Azir teraz to potwierdził.
- Znawczynią bym siebie nie nazwała, panie - odpowiedziałam równie grzecznie, co wcześniej.
- Może zaszczycić nas swym śpiewem? Na pewno znasz pieśni piękniejsze, niż niejeden bard? - zapytał, a oczy mu rozbłysły jeszcze bardziej.
- Wątpię, aby były to pieśni odpowiednie na tak wesołe spotkanie - odmówiłam w najmniej konfliktowy sposób, jaki przyszedł mi do głowy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam zapewne, że księciu bardzo trudno odmówić, a ludzie, niezależnie od tego, czy podzielają jego entuzjazm, czy nie, będą udawać, że chcąc dokładnie tego samego, czego chce ich monarcha. Wtedy też boleśnie przypomniały mi się slowa zwierzchnika, o roli, jaką mamy nosić. O zabawianiu gości, o utrzymywaniu na ich twarzach uśmiechów. Stojąc na prowizorycznym podwyższeniu, nie byłam już częścią zgromadzenia, a osobnym jego elementem, a chociaż uwielbiałam śpiewać, to jednak śpiew wymuszony nie sprawiał przyjemności. Taka jednak była moja powinność. Stałam tam, uśmiechałam się delikatnie i próbowałam nie wspominać, wraz z każdym wylewającym się z moich ust słowem. Udawałam, że nie widzę twarzy dziewcząt, których już nie ma, że nie słyszę śmiechów małych adeptek, które niekiedy usypiałam kołysankami. Musiało mi się udać, sądząc po żywym i autentycznym zachwycie księcia. Na pozostałe twarze nie patrzyłam, bo spojrzenie monarchy szczerze mnie zajmowało. Może nawet budziło pewien niepokój, ale minęło to tak szybko, jak poderwał się z miejsca i zaczął klaskać, a za nim inni.
- Wspaniale! Jestem urzeczony twym talentem, pani! - zawołał, kiedy ja siadałam z powrotem na swoje miejsce. Zaschło mi w gardle i o niczym tak nie marzyłam, jak o czymkolwiek do picia.
- Dziękuję - odpowiedziałam pospiesznie. Teraz dopiero zauważyłam, że do towarzystwa dołączył jeszcze jeden jegomość. Ten, który zaproponował mi, a raczej podsunął aluzję, jakobym miała zrezygnować z opieki oddziału Nevana. Jeśli się nie myliłam, na imię mu było Trathir. Na moment zawiesiłam na nim spojrzenie, a kiedy to wyłapał, skinął mi głową. Zrobiłam to samo.
- Oficerze Tealvash, mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, jeśli podczas mojego pobytu porwę najświętszą czasami na przechadzkę. Szalenie fascynuje mnie tematyka boga Arethora - zwrócił się do Nevana, czym mnie zaskoczył. Zaraz jednak na moment zerknął i na mnie - postaram się dostarczyć ci pani nieco rozrywki, wszak obóz do najciekawszych nie należy.
- Ależ skąd! - zaprzeczyłam może nazbyt szybko, wiec zaraz się zreflektowałam. - Nie narzekam na brak zajęć. Prawdę mówiąc jestem zafascynowana obozem. Oprowadzono mnie po nim, poznałam wiele ciekawych osobistości, a nawet pozwolono mi uczyć się jazdy konnej - tym ostatnim pochwaliłam się chyba z własnej dumy. Może było to śmieszne, ale chciałam, żeby świat wiedział o moim małym osiągnięciu.
- Jazdy konnej? Kim jest twój nauczyciel? Musisz wiedzieć, że wśród moich ludzi są sami wybitni jeźdźcy - czy dobrze rozumiałam, że to była propozycja? Zawstydził mnie i odruchowo pochyliłam się nieco bardziej w kierunku Tealvasha. Książę był naprawdę sympatyczny, ale jego całe dostojeństwo mnie przytłaczało. Było go dużo i miałam wrażenie, że chciał być wszędzie.
- Planowałam poprosić kogoś z oddziału oficera Tealvasha - odpowiedziałam niepewnie i chyba oboje w tej chwili wlepiliśmy wzrok w Nevana. Co ciekawe każdy z nas miał chyba podobnie oczekujące spojrzenie.
- Czy to nie problem dla twoich ludzi? Jeśli brak im czasu, chętnie użyczę nauczyciela naszej boskiej kapłance - nie wytrzymał napięcia i wtrącił jeszcze swoje słowa. Nie lubiłam obcych i nie wiedziałam, jak mu grzecznie powiedzieć, że nie chcę przyjmować jego lekcji. Bałam się jednak, że zrobi to za mnie Nevan, uznając, że warto skorzystać z oferty, którą ktoś sam z siebie proponuje.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/
https://pietno-bogow.blogspot.com/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz