Prychnąłem
cicho, wbijając spojrzenie w przeciwną stronę stołu. Wyjątkowo na tą okazję
meble ustawione były tak, by tworzyć literę U, gdzie u szczytu mógłby zasiadać
najważniejszy gość, dla podkreślenia własnej rangi. Nie można było w ten sposób
jednoznacznie ocenić, czy rozmawiam z kapłanką prywatnie czy nie. Ale
najwyraźniej przejęła się swoją rolą, bo zaczęła zwracać się do mnie oficjalnie.
To też w sumie mnie rozbawiło, zwracając uwagę na aspekt naszej niedawnej
podróży we wspólnej lektyce.
Ogólna wrzawa przycichła, grono
pochlebców księcia też na moment zamilkło, kiedy rozległy się pierwsze nuty
muzyki. Skupiłem się na jedzeniu, które postawiono na srebrzonych półmiskach.
Obok mnie posadzono kogoś, kogo nie znałem, a włączanie się w romowę – a raczej
coś, co powinno ją przypominać – pary po mojej lewej stronie uznałem za nie
tyle niestosowne, ale i nieciekawe. Nigdy nie nalważałem do ludzi dobrych w
zabawianiu rozmową i podtrzymywaniu nudnych, pustych konwersacji. Za to kolacja
była dobra, więc mój żołądek napełniał się być może odrobinę za szybko.
Nie umknęło moim oczom pojawienie się oficera
sąsiedniego oddziału. Widocznie i on wyszukał mnie wzrokiem, ale na starej,
przeoranej bliznami i zmarszczkami, zmęczonej twarzy nie potrafiłem dostrzec
żadnego przyjaznego grymasu.
W końcu jednak usłyszałem swoje
nazwisko, co zmusiło mnie do przysłuchania się rozmowie prowadzonej obok.
– Ależ nie widzę przeszkód. Może
lepiej, jeśli ludzie z wyśmienitej Stolicy, najlepsi w swoim fachu zajmą się ważnym
gościem – odparłem z nutą udawanej sympatii, skinąwszy głową. – Wolę, żeby moi
żołnierze skupili się na wojnie, która za granicami obozu wcale nie ustaje. Ale
nie chcę was, książe Azirze, zanudzać nowinkami z frontu – dodałem wręcz
pochlebnie. Była to bardzo fałszywa pochlebność, której młodzieniec raczej nie
dostrzegł. Najwyraźniej zbyt bardzo był do niej przyzwyczajony.
Odchyliłem się do tyłu. Do głowy wpadł
mi niegłupi i bardzo odważny pomysł. Uśmiechnąłem się niewesoło, raczej
złowieszczo, po czym uniosłem lekko brwi.
– Proszę wybaczyć niestosowność, ale
czy wasza wysokość nie jest mistrzem jazdy konnej? – zadając z pozoru jedynie
niewinne pytanie oparłem się o stół łokciem, nie dbając w tym momencie o żadną
etykietę ani nic z tego rodzaju bzdur.
Nie zdążyłem przyjrzeć się reakcji
księcia na moją jawną prowokację, bo w drugiej części stołu nagle zrobiło się
zdecydowanie o wiele głośniej. Powoli podniosłem się z miejsca. Śmiechy i
rozmowy przybierały na sile wraz z wnoszonymi dzbanami wina do namiotu.
Podniosłem swój i skierowałem w stronę siedzącej obok pary, a później
odszedłem, uprzedzając to sztywnym, płytkim ukłonem.
Wino miało cierpki smak, który zostawał
na języku znacznie dłużej niż tylko przy jego połknięciu. Czułem, że muszę coś
zrobić, choć nie wiedziałem co. Szukałem zemsty na Trathirze i zmuszałem się do
cieprliwości, co było nie lada wyczynem. Zanim jednak zdołałem dojść do tej
części stołu, gdzie zebrało się kilku oficerów wraz z tym jednym, na którego
nadal szukałem pułapki, powstrzymał mnie natłok ludzi. W namiocie zrobiło się
bardziej gwarnie niż na początku, dostrzegłem kilka twarzy żon oficerów.
Wszyscy popijali wino, prowadzili rozmowy, kilku z nich co jakiś czas
podchodziło do księcia prawiąc puste komplementy i próbując wcisnąć się w jego
łaski.
Odwróciłem się i skierowałem do wyjścia
z namiotu. W tym zgiełku nikt nie zauważy mojej chwilowej nieobecności, a ja
potrzebowałem przewietrzyć głowę. Pusty puchar zostawiłem na stole znajdującym
się przed namiotem.
W pierwszej chwili dostrzegłem tylko
ludzi. Dużo kotłujących się, kolorowych, wesołych ludzi. Byli wszędzie,
zalewali główną ulicę obozu, nosili pochodnie i kwiaty. Powietrze pachniało
niespotykanie – ogniem, winem i dobrym humorem, jakiego na codzień raczej
brakowało w jednostce wojskowej. Nikt nie zajmował się czyszczeniem broni, w
okolicy znajdowało się jedynie kilka mundurowych partoli. Poza tym wszyscy
świętowali.
To nieco poprawiło mi humor. Po tym, co
działo się w namiocie miałem ochotę na odrobinę czegoś bardziej szalonego,
mniej sztucznego. Żywego i naturalnego. Poprawiłem płaszcz i błyszczące na
ramionach odznaczenia wojskowe znaczące o moim stopniu.
Odznaczenia dawały też informację na
temat objętości mojej kieszeni, bo wydawało mi się, że dziwki częściej się do
mnie uśmiechały, a kilka z nich podchodziło, pytając o towarzystwo na wieczór.
Każdą zbywałem. Im dalej szedłem, tym ciężej było przedostać się przez tłum
pijanych ludzi. To tłumaczyło, ze zbliżam się powoli do centrum całego zamieszania.
Na niewielkim placu, używanym normalnie
przez zbrojownię i magazyn drzewa ustawiono dwa razy więcej pochodni niż
zwykle. Okrągły placyk który zazwyczaj pokrywała gruba warstwa trocin teraz
został zamieciony, otoczony przez pochodnie rozlewające na wszystko ruchome
światło i tworzące falujące cienie. Na środku stało podwyższenie, a kiedy
przeszedłem przez zbitą grupkę kilku żołnierzy z kuflami piwa w rękach
zauważyłem, że to scena. Scena, na której tańczyło kilka par. Chociaż
zastanawiałem się, czy szalone obroty, niekontrolowane podskoki, tupanie o
drewniane deski unoszące w powietrze tumany kurzu i piasku można było nazwać tańcem.
Ale żołnierze i kobiety najprawdopodobniej pochodzące z trupy księcia śmiali
się w głos, krzyczeli i dobrze się bawili.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz