wtorek, 20 czerwca 2017

LVI



        Prychnąłem cicho, wbijając spojrzenie w przeciwną stronę stołu. Wyjątkowo na tą okazję meble ustawione były tak, by tworzyć literę U, gdzie u szczytu mógłby zasiadać najważniejszy gość, dla podkreślenia własnej rangi. Nie można było w ten sposób jednoznacznie ocenić, czy rozmawiam z kapłanką prywatnie czy nie. Ale najwyraźniej przejęła się swoją rolą, bo zaczęła zwracać się do mnie oficjalnie. To też w sumie mnie rozbawiło, zwracając uwagę na aspekt naszej niedawnej podróży we wspólnej lektyce.
        Ogólna wrzawa przycichła, grono pochlebców księcia też na moment zamilkło, kiedy rozległy się pierwsze nuty muzyki. Skupiłem się na jedzeniu, które postawiono na srebrzonych półmiskach. Obok mnie posadzono kogoś, kogo nie znałem, a włączanie się w romowę – a raczej coś, co powinno ją przypominać – pary po mojej lewej stronie uznałem za nie tyle niestosowne, ale i nieciekawe. Nigdy nie nalważałem do ludzi dobrych w zabawianiu rozmową i podtrzymywaniu nudnych, pustych konwersacji. Za to kolacja była dobra, więc mój żołądek napełniał się być może odrobinę za szybko.
        Nie umknęło moim oczom pojawienie się oficera sąsiedniego oddziału. Widocznie i on wyszukał mnie wzrokiem, ale na starej, przeoranej bliznami i zmarszczkami, zmęczonej twarzy nie potrafiłem dostrzec żadnego przyjaznego grymasu.
        W końcu jednak usłyszałem swoje nazwisko, co zmusiło mnie do przysłuchania się rozmowie prowadzonej obok.
        – Ależ nie widzę przeszkód. Może lepiej, jeśli ludzie z wyśmienitej Stolicy, najlepsi w swoim fachu zajmą się ważnym gościem – odparłem z nutą udawanej sympatii, skinąwszy głową. – Wolę, żeby moi żołnierze skupili się na wojnie, która za granicami obozu wcale nie ustaje. Ale nie chcę was, książe Azirze, zanudzać nowinkami z frontu – dodałem wręcz pochlebnie. Była to bardzo fałszywa pochlebność, której młodzieniec raczej nie dostrzegł. Najwyraźniej zbyt bardzo był do niej przyzwyczajony.
        Odchyliłem się do tyłu. Do głowy wpadł mi niegłupi i bardzo odważny pomysł. Uśmiechnąłem się niewesoło, raczej złowieszczo, po czym uniosłem lekko brwi.
        – Proszę wybaczyć niestosowność, ale czy wasza wysokość nie jest mistrzem jazdy konnej? – zadając z pozoru jedynie niewinne pytanie oparłem się o stół łokciem, nie dbając w tym momencie o żadną etykietę ani nic z tego rodzaju bzdur.
        Nie zdążyłem przyjrzeć się reakcji księcia na moją jawną prowokację, bo w drugiej części stołu nagle zrobiło się zdecydowanie o wiele głośniej. Powoli podniosłem się z miejsca. Śmiechy i rozmowy przybierały na sile wraz z wnoszonymi dzbanami wina do namiotu. Podniosłem swój i skierowałem w stronę siedzącej obok pary, a później odszedłem, uprzedzając to sztywnym, płytkim ukłonem.
        Wino miało cierpki smak, który zostawał na języku znacznie dłużej niż tylko przy jego połknięciu. Czułem, że muszę coś zrobić, choć nie wiedziałem co. Szukałem zemsty na Trathirze i zmuszałem się do cieprliwości, co było nie lada wyczynem. Zanim jednak zdołałem dojść do tej części stołu, gdzie zebrało się kilku oficerów wraz z tym jednym, na którego nadal szukałem pułapki, powstrzymał mnie natłok ludzi. W namiocie zrobiło się bardziej gwarnie niż na początku, dostrzegłem kilka twarzy żon oficerów. Wszyscy popijali wino, prowadzili rozmowy, kilku z nich co jakiś czas podchodziło do księcia prawiąc puste komplementy i próbując wcisnąć się w jego łaski.
        Odwróciłem się i skierowałem do wyjścia z namiotu. W tym zgiełku nikt nie zauważy mojej chwilowej nieobecności, a ja potrzebowałem przewietrzyć głowę. Pusty puchar zostawiłem na stole znajdującym się przed namiotem.
        W pierwszej chwili dostrzegłem tylko ludzi. Dużo kotłujących się, kolorowych, wesołych ludzi. Byli wszędzie, zalewali główną ulicę obozu, nosili pochodnie i kwiaty. Powietrze pachniało niespotykanie – ogniem, winem i dobrym humorem, jakiego na codzień raczej brakowało w jednostce wojskowej. Nikt nie zajmował się czyszczeniem broni, w okolicy znajdowało się jedynie kilka mundurowych partoli. Poza tym wszyscy świętowali.
        To nieco poprawiło mi humor. Po tym, co działo się w namiocie miałem ochotę na odrobinę czegoś bardziej szalonego, mniej sztucznego. Żywego i naturalnego. Poprawiłem płaszcz i błyszczące na ramionach odznaczenia wojskowe znaczące o moim stopniu.
        Odznaczenia dawały też informację na temat objętości mojej kieszeni, bo wydawało mi się, że dziwki częściej się do mnie uśmiechały, a kilka z nich podchodziło, pytając o towarzystwo na wieczór. Każdą zbywałem. Im dalej szedłem, tym ciężej było przedostać się przez tłum pijanych ludzi. To tłumaczyło, ze zbliżam się powoli do centrum całego zamieszania.
        Na niewielkim placu, używanym normalnie przez zbrojownię i magazyn drzewa ustawiono dwa razy więcej pochodni niż zwykle. Okrągły placyk który zazwyczaj pokrywała gruba warstwa trocin teraz został zamieciony, otoczony przez pochodnie rozlewające na wszystko ruchome światło i tworzące falujące cienie. Na środku stało podwyższenie, a kiedy przeszedłem przez zbitą grupkę kilku żołnierzy z kuflami piwa w rękach zauważyłem, że to scena. Scena, na której tańczyło kilka par. Chociaż zastanawiałem się, czy szalone obroty, niekontrolowane podskoki, tupanie o drewniane deski unoszące w powietrze tumany kurzu i piasku można było nazwać tańcem. Ale żołnierze i kobiety najprawdopodobniej pochodzące z trupy księcia śmiali się w głos, krzyczeli i dobrze się bawili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/