wtorek, 20 czerwca 2017

LVII





     Miałam ochotę pokazać w jakiś sposób Nevanowi, że oto właśnie ziścił moje obawy, jedną swoją wypowiedzią. Nie wiem na co liczyłam, może przeceniałam jednak zdolności empatyczne oficera, albo po prostu wmawiałam sobie, że przywiązuje do tej kwestii tyle samo wagi, co ja. Tak czy inaczej się myliłam i teraz wizje nauk, w towarzystwie na przykład Eliaha wydawały się przejść do sfery nierealnych marzeń.
     - Muszę ci powiedzieć, kapłanko, że oficer Tealvash ma rację. Jeśli będziesz miała ochotę, chętnie ci potowarzyszę - powiedział zaraz książę, jakby nawet nie zauważył, że sam oficer wstał i wyszedł. Młody monarcha machnął jedynie dłonią, a podczaszy nalał wina do jego kielicha, a po chwili, pod gestem swojego pana, również do mojego. Podziękowałam, tłamsząc w sobie przeciw, jak i słowa, że trunek ten nie przypadł moim gustom. Widocznie powinnam się była do niego przyzwyczaić. Nie mniej jednak spędzanie w namiocie czasu bez koła ratunkowego, jakim w mojej głowie był Nevan nie należało do prostych. Kiedy zniknął, książę chętnie wprowadzał mnie w rozmowy z ludźmi, których nie znałam. Konwersacje te, często żywe, naprawdę mnie przytłaczały. Poza tym ogrom dostojników nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Wszyscy tutaj grali i każdy na tą grę pozwalał. Poczułam się, jakbym była pośrodku pożaru, ponownie w stojącej w ogniu świątyni. Brakowało mi oddechu, siedziałam i stałam się częścią przedstawienia, nie wiem nawet kiedy dokładnie.
     - Pani, wypij jeszcze więcej - zaśmiał się książę, mając dobry humor po dopiero co usłyszanym dowcipie.
     - Dziękuję, ale zasadniczo, będę już opuszczać towarzystwo - uśmiechnęłam się i wstałam. Może zrobiłam to zbyt szybko? Niekoniecznie dbałam teraz o takie szczegóły.
     - Już? Czy towarzystwo nasze, jest dla ciebie dłużące, najświętsza? - zapytał, jakby szczerze zmartwionym tonem głosu.
     - Ależ skąd. Po prostu dzisiejszy dzień był męczący. Państwo wybaczą - nie chciałam tego ciągnąć. Skinęłam im głową i oddaliłam się, mając wrażenie, że nie miałam w płucach świeżego powietrza od lat. Wyszłam może zbyt szybko przed namiot, zachłannie napełniając nozdrza. W powietrzu unosił się ciekawy zapach, ale nim się ruszyłam, poczułam czyjś dotyk na ramieniu. Podskoczyłam, obracając się zaraz. Pełna zmarszczek męska twarz była mi znajoma, chociaż nigdy nie mieliśmy możliwości toczenia prawdziwej rozmowy.
     - Źle się czujesz, pani? - zapytał Trathir. - Chętnie odprowadzę ciebie do twej kwatery - zaoferował się grzecznie, niczym złym nie zasługując sobie na moją nieufność. A jednak poczułam się, jak mały zając, zagoniony przez lisa w zaułek. Zmierzyłam go wzrokiem, wołając do niego w myślach, że powinnam przyjąć spokojniejszą postawę.
     - To nie będzie konieczne  - odpowiedziałam, sądząc, że to wystarczy. Myliłam się.
     - Wolisz wracać sama, niż pod opieką? - w jego głosie było coś dziwnego, jakby chęć demaskacji. - Oficer Tealvash już wyszedł, wolałbym mieć pewność, że nic ci nie grozi, kiedy go nie ma w pobliżu - dodał, ponownie sympatycznym tonem, a jednak teraz już poczułam w sobie samej pewną zmianę. Ściągnęłam brwi.
     - Oficer świetnie wywiązuje się z swoich obowiązków, a ja sama nie jestem dzieckiem. Potrafię znaleźć drogę do kwatery. Przedtem jednak mam ochotę na samotny spacer, proszę więc o wybaczenie - wyrzuciłam z siebie, skinęłam mu głową i odeszłam. Nie wiedziałam gdzie dokładnie się kieruję, ale po prostu szłam, czując, że muszę się nieco uspokoić. Czemu ten bogu ducha winny człowiek tak na mnie zadziałał? Może było ze mną coś nie tak?
     Zbyt często odpływałam myślami i tym razem było tak samo. Niby widziałam kilku pijanych żołnierzy, słyszałam muzykę, śmiechy i czułam nasilający się ciekawy zapach, ale byłam na to ślepa. Szłam dalej, mijając kobiety w dziwnie fikuśnych i podkreślających biust strojach. Wtedy już coś powoli zaczynało w mojej głowie kiełkować. Myśl o tym, gdzie tak właściwie zmierzam. Nim zdążyłam zawrócić, dotarłam do samego centrum. Musiałam wpaść w sam środek zabawy, która miała miejsce w obozie, gdy dostojnicy dowcipkowali z księciem. Tutaj śmiechy wydawały się bardziej szczere.
     - Najświętsza! - obróciłam się w stronę czarnowłosego mężczyzny z czerwoną twarzą. Pierwszy raz go widziałam, ale on podszedł do mnie pewnie. - Co ciebie tutaj sprowadza jaśnie pani? Pozwól, że otoczę ciebie swoją opieką... - wydukał, wyraźnie podchmielony. Jego wypowiedzi zawtórowały śmiechy innych mężczyzn. Na kolanach jednego siedziała kobieta w fikuśnej sukni i nawet mi ich towarzystwo nie przeszkadzało, do czasu, gdy nie dotarło do mnie, jak odsłonięta jest kobieta i jak bezwstydny był trzymający ją żołnierz.
     - Przykro mi, ale to niemożliwe - odsunęłam się nieco, ale naparł na mnie.
     - Najświętsza, ależ to mój święty obowiązek! Przy mnie nie zginiesz! - zawołał głośno, czekając chyba na oklaski. Wyraźnie przesadził z alkoholem, ale ja na całe szczęście wzrok miałam dobry i wielka była ma ulga, gdy dostrzegłam gdzieś między pochodniami Nevana. Szok szybko minął, przeszłam do działania. Bez pożegnania czmychnęłam między ludźmi.
     - Ejjjj! Wracaaaaj!!! - słyszałam za sobą, ale wypadłam z tłumu dopiero przy znanym mi oficerze. On musiał być zaskoczony moim nagłym pojawieniem, chyba, że widział mnie już wcześniej. W każdym razie ja byłam gotowa na to, że go zobaczę, więc jedynie odetchnęłam z ulgą, zatrzymując się przy nim.
     W pierwszej chwili nic nawet nie powiedziałam, zajęta uspokajaniem oddechu po nagłym wysiłku. Mimo wszystko nieczęsto miałam okazję do biegania, więc moja drobna zadyszka była zrozumiała. Uznałam jednak, że moje zachowanie nie przystoi. Nie można tak na kogoś wpadać bez słowa wyjaśnienia. Poza tym teraz sobie uświadomiłam, że może moja osoba wcale nie powinna tutaj być. Głównie przez to, że mogę mu się naprzykrzać swoim towarzystwem, od którego przecież sam uciekł z namiotu dowództwa. Co ciekawe dopiero teraz ta wizja stała się dla mnie taka oczywista, może przez to skrzywiłam się nieco.
     - Zostawiłeś mnie tam samą - rzuciłam, zapominając o formalnych zwrotach, które podczas wieczerzy wydawały mi się bardziej odpowiednie. - Widziałam dziś wieczorem więcej ludzi, niż w całym swoim życiu. Nade wszystko ten cały Trathir chciał mnie odprowadzać do namiotu i jeszcze jacyś pijaniu żołnierze chcieli się mną opiekować... - wylałam z siebie na jednym wdechu, patrząc cały czas na jego oczy. Dopiero potem pozwoliłam sobie na oddech i poczułam się nieco głupio. - Nie zostawiaj mnie tak bez słowa, proszę... Sam mówiłeś, że obóz sam w sobie jest niebezpieczny, więc taka kolacja na pewni również - wyjaśniłam, skąd się wzięła ta moje prośba. Nie chcąc jednak wprowadzać atmosfery ponurej, szczególnie w sam środek zabawy, rozejrzałam się, a od natłoku kolorów, nie mogłam się nie uśmiechnąć. Podobało mi się tu znacznie bardziej, niż na sztywnym przyjęciu, którego celu nie rozumiałam.
     - Co to za okazja? - zapytałam, a nim odpowiedział na jakiekolwiek moje słowa, zaraz dodałam kontrolne, drugie pytanie. - Mogę zostać? - lubiłam wiedzieć na czym stoję. W świątyni zawsze wszystko było wiadome, a tutaj... tutaj tak wielu kwestii należało się domyslać. Nie mogłam już tego zliczyć, a jak nie zapytam wprost, to przecież nikt mi nie powie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/