wtorek, 20 czerwca 2017

LVIII



        Wszystko wirowało. Ludzie, światła, cienie.
        Dźwięku śpiewu i instrumentów wibrowały w powietrzu.
        To wszystko połączone razem, tak niecodzienne w tym miejscu tworzyło kolorową, radosną mozaikę ludzi, którzy mogli pozwolić sobie zapomnieć na moment o trudzie życia. O trudzie wyruszania na wojnę, walki, umierania, życia i patrzenia na śmierć innych. Innych, często bliskich ludzi, z którymi żołnierze dzielą obozowe troski i małe radości. Cały ten kolorowy jarmark sprawiał, że udało mi się w nim zatracić.
        Z pewnością właśnie to na celu miała kolorowa trupa, zbieranina tancerzy, aktorów i śpiewaków. Dla księcia byli codziennością, ale tu, w wojsku, byli podmuchem normalności i świeżości. Czyli czymś, co świadomie odrzuciłem wiele lat temu. Dlaczego teraz tak przyjemnie było się więc zanurzyć w anonimowym tłumie, który nie patrzył dokładnie na moje dłonie i poznać to, co dobrowolnie oddałem? Ta wolność, radość, swoboda ruchów i śmiechu była w tym momencie dla mnie niezwykle upajająca. Działała mocniej niż serwowane w namiocie wino. Krążyłem powoli między ludźmi, przyglądając się skąpym strojom młodych dziewczyn.
        Czy Leilah teraz była w ich wieku? Jak wyglądała, jak odbierała rzeczywistość, jak bardzo zmieniła się od czasu, kiedy byłem po raz ostatni w Stolicy?
        Bardzo rzadko pozwalałem sobie na wspominki o przeszłości i rodzinie. Powszechnie uznawałem je za słabość, która odsłaniała mnie przed innymi. Teraz jednak nie sposób było odpuścić myśl o młodszej siostrzyczce, o willi wybudowanej w centrum miasta, o charakterystycznym wyglądzie budowli uginającymi się pod tonami śniegu. W tym korowodzie radości i swobodności moje myśli krążyły uwolnione ze smyczy.
        Ocknąłem się dopiero, kiedy poczułem obok siebie czyjąś obecność. A raczej w momencie kiedy ktoś zaczął do mnie, wyraźnie do mnie mówić. Zamrugałem, spoglądając w dół i trafiając spojrzeniem na Esję.
        Krótką chwilę zajęło mi zorientowanie, kim jest ta dziewczyna i co tutaj robię. Mój mózg wyparł świadomość i zamienił ją na rzeczywistość rodzinnego domu. Trathir, książę, uczta, niebezpieczeństwo. Zamrugałem ponownie, starając sie skupić na sensie tych słów. Zajęło to kilka chwil.
        – Może to była część szkolenia – rzuciłem głośno, starając się przekrzyknąć harmider. – Sprawdzająca, jak poradzisz sobie w gnieździe wilków? – uniosłem lekko brew, wbijając w nią ponownie spojrzenie. – Ale nie, to nie było szkolenie. Miałem dość dupowłazów i pochlebców, chciałem odpocząć – rzuciłem zupełnie szczerze, pozwalając sobie podobnie jak ona nie dbać o słownictwo. Muszę przyznać, że moje pofolgowanie sobie było zupełnie jednak inne niż jej, bo bardziej wulgarne.
        Moje zmysły powoli przyzwyczajały się do pędzącego donikąd otoczenia. Ludzie trącali mnie łokciami, co wyjątkowo nie wprawiało mnie w stan irytacji. Na moment zawiesiłem spojrzenie na dekolcie i odsłoniętym brzuchu przechodzącej obok dziewczyny. Nosiła tylko wąską przepaskę na piersiach i mnóstwo brzęczącej biżuterii. Zdawała się bardziej wyniosła niż reszta kobiet, które podążały za nią. Było w niej coś wulgarnie królewskiego. I najwyraźniej nie przyciągała jedynie mojego spojrzenia, bo kiedy zauważyłem grupkę żołnierzy gwiżdżących mocno w palce, skrzywiłem się nieco.
        – Maleńka, chcesz może żeby sprawny język pozbawił cię tych obroży? – rzucił jeden, śmiejąc się i szukając w kompanach poparcia swoich słów.
        – I resztki ubrań? Panowie, który pierwszy chętny?
        Podniosła się mała wrzawa w miejscu, z którego dochodziły komentarze. Kobieta, zapewne w wieku Esji, przechodziła dalej, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. To popchnęło ich dalej.
        – Wymacał ci ktoś kiedyś te krągłe cycuszki?! – zarżał jeden, śmiejąc się sprośnie.
        Uniosłem brwi i uśmiechnąłem się w wyrazie politowania. Koledzy odważnego żołnierza wybuchnęli gromkim śmiechem, jakby to był najlepszy żąrt stulecia. Prychnąłem cichym śmiechem. Bawiła mnie cała ta sytuacja. Wróciłem spojrzeniem na Esję, rozkładając ręce na boki. Na tyle, na ile pozwalał panujący tu ścisk. Ludzie nie odsuwali się nawet widząc, że koło nich stoi zapewne sławna już w całym obozie kapłanka.
        Nie mogłem powstrzymać nieco złoślikwego uśmieszku, który wcisnął się na moje usta, kiedy wyłapywałem spojrzenie Esji. Ktoś obok przepchnął się, rozlał odrobinę piwa na nasze buty, ale nawet się nie odwrócił, bo tego nie zauważył. Co zaskakujące, ta dzicz i prymitywna zbieranina sprawiała, że czułem się swobodnie, otwarcie. Ci ludzie przynajmniej mówili, co myśleli, choć myśli te były zdecydowanie bardzo niskie.
        – Jesteś pewna, że to miejsce dla ciebie? – zapytałem, ale tylko po to, żeby nieco ją rozdrażnić. Wyglądała na zadowoloną z siebie bardziej niż wystraszoną, jak w prztpadku spotkania z oficerami i dostojnikami w namiocie. – Przecież ci nie zabronię, nie jestem twoim ojcem – rzuciłem półżartem. Mój nastrój był wyjątkowo dobry, czułem się nieznajomo lekki i swobodny. Udzielał mi się nastrój większości. Skinąłem głową w stronę flagi wbitej nieco poza okręgiem pochodni i skierowałem się w tamtą stronę, łapiąc Esję za ramię i tym samym zmuszając, żeby przepychała się przez tłum razem ze mną.
        Przy wbitej w ziemię fladze na długim drzewcu stała prowizoryczna, lekko chybocząca się lada, a za nią stała para: rosły mężczyzna z licznymi tatuażami, pozbawiony koszulki i niemal równie rosła jemu kobieta. Ta druga była kompletnie ubrana.
        – Co wam podać, dzieciaczki? – rzuciła, kiedy podeszliśmy do lady. A raczej kiedy dopchnąłem się do niej łokciami i siłą. Wyglądała na maksymalnie czterdzieści lat, a swobodny ton wypowiedzi nieco mnie zaskoczył. – No dalej, nie ma co decydować w wieczność. Mamy piwo jasne i ciemne, nie taki to trudny wybór.
        Jej akcent był silny, ale nie potrafiłem zlokalizować regionu, z jakiego pochodził. Najwidoczniej przyjechała tu banda dziwaków. W tym wypadku dziwaków szukających zarobków. Wsunąłem dłoń do kieszeni, w której trzymałem kilka strebrnych, okrągłych monet. Były warte pewnie połowę wartości całego tego straganu, ale nie miałem drobnych miedziaków.
        – Dwa jasne – położyłem monetę na lepkiej ladzie. – I bądź miła, umyj kufle przed nalaniem, to nie pierwsza lepsza chołota – mruknąłem, pochylając się nad blatem i skinieniem głowy pokazując na kapłankę.
        Kobieta zaśmiała się donośnie, a później zabrała za pracę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/