Wszystko
wirowało. Ludzie, światła, cienie.
Dźwięku śpiewu i instrumentów wibrowały
w powietrzu.
To wszystko połączone razem, tak
niecodzienne w tym miejscu tworzyło kolorową, radosną mozaikę ludzi, którzy
mogli pozwolić sobie zapomnieć na moment o trudzie życia. O trudzie wyruszania
na wojnę, walki, umierania, życia i patrzenia na śmierć innych. Innych, często
bliskich ludzi, z którymi żołnierze dzielą obozowe troski i małe radości. Cały
ten kolorowy jarmark sprawiał, że udało mi się w nim zatracić.
Z pewnością właśnie to na celu miała
kolorowa trupa, zbieranina tancerzy, aktorów i śpiewaków. Dla księcia byli
codziennością, ale tu, w wojsku, byli podmuchem normalności i świeżości. Czyli
czymś, co świadomie odrzuciłem wiele lat temu. Dlaczego teraz tak przyjemnie
było się więc zanurzyć w anonimowym tłumie, który nie patrzył dokładnie na moje
dłonie i poznać to, co dobrowolnie oddałem? Ta wolność, radość, swoboda ruchów
i śmiechu była w tym momencie dla mnie niezwykle upajająca. Działała mocniej
niż serwowane w namiocie wino. Krążyłem powoli między ludźmi, przyglądając się
skąpym strojom młodych dziewczyn.
Czy Leilah teraz była w ich wieku? Jak
wyglądała, jak odbierała rzeczywistość, jak bardzo zmieniła się od czasu, kiedy
byłem po raz ostatni w Stolicy?
Bardzo rzadko pozwalałem sobie na
wspominki o przeszłości i rodzinie. Powszechnie uznawałem je za słabość, która
odsłaniała mnie przed innymi. Teraz jednak nie sposób było odpuścić myśl o
młodszej siostrzyczce, o willi wybudowanej w centrum miasta, o
charakterystycznym wyglądzie budowli uginającymi się pod tonami śniegu. W tym
korowodzie radości i swobodności moje myśli krążyły uwolnione ze smyczy.
Ocknąłem się dopiero, kiedy poczułem
obok siebie czyjąś obecność. A raczej w momencie kiedy ktoś zaczął do mnie,
wyraźnie do mnie mówić. Zamrugałem, spoglądając w dół i trafiając spojrzeniem
na Esję.
Krótką chwilę zajęło mi zorientowanie,
kim jest ta dziewczyna i co tutaj robię. Mój mózg wyparł świadomość i zamienił
ją na rzeczywistość rodzinnego domu. Trathir, książę, uczta, niebezpieczeństwo.
Zamrugałem ponownie, starając sie skupić na sensie tych słów. Zajęło to kilka
chwil.
– Może to była część szkolenia –
rzuciłem głośno, starając się przekrzyknąć harmider. – Sprawdzająca, jak
poradzisz sobie w gnieździe wilków? – uniosłem lekko brew, wbijając w nią
ponownie spojrzenie. – Ale nie, to nie było szkolenie. Miałem dość dupowłazów i
pochlebców, chciałem odpocząć – rzuciłem zupełnie szczerze, pozwalając sobie
podobnie jak ona nie dbać o słownictwo. Muszę przyznać, że moje pofolgowanie
sobie było zupełnie jednak inne niż jej, bo bardziej wulgarne.
Moje zmysły powoli przyzwyczajały się
do pędzącego donikąd otoczenia. Ludzie trącali mnie łokciami, co wyjątkowo nie
wprawiało mnie w stan irytacji. Na moment zawiesiłem spojrzenie na dekolcie i
odsłoniętym brzuchu przechodzącej obok dziewczyny. Nosiła tylko wąską przepaskę
na piersiach i mnóstwo brzęczącej biżuterii. Zdawała się bardziej wyniosła niż
reszta kobiet, które podążały za nią. Było w niej coś wulgarnie królewskiego. I
najwyraźniej nie przyciągała jedynie mojego spojrzenia, bo kiedy zauważyłem
grupkę żołnierzy gwiżdżących mocno w palce, skrzywiłem się nieco.
– Maleńka, chcesz może żeby sprawny
język pozbawił cię tych obroży? – rzucił jeden, śmiejąc się i szukając w
kompanach poparcia swoich słów.
– I resztki ubrań? Panowie, który
pierwszy chętny?
Podniosła się mała wrzawa w miejscu, z
którego dochodziły komentarze. Kobieta, zapewne w wieku Esji, przechodziła
dalej, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. To popchnęło ich dalej.
– Wymacał ci ktoś kiedyś te krągłe
cycuszki?! – zarżał jeden, śmiejąc się sprośnie.
Uniosłem brwi i uśmiechnąłem się w
wyrazie politowania. Koledzy odważnego żołnierza wybuchnęli gromkim śmiechem,
jakby to był najlepszy żąrt stulecia. Prychnąłem cichym śmiechem. Bawiła mnie
cała ta sytuacja. Wróciłem spojrzeniem na Esję, rozkładając ręce na boki. Na
tyle, na ile pozwalał panujący tu ścisk. Ludzie nie odsuwali się nawet widząc,
że koło nich stoi zapewne sławna już w całym obozie kapłanka.
Nie mogłem powstrzymać nieco złoślikwego
uśmieszku, który wcisnął się na moje usta, kiedy wyłapywałem spojrzenie Esji.
Ktoś obok przepchnął się, rozlał odrobinę piwa na nasze buty, ale nawet się nie
odwrócił, bo tego nie zauważył. Co zaskakujące, ta dzicz i prymitywna
zbieranina sprawiała, że czułem się swobodnie, otwarcie. Ci ludzie przynajmniej
mówili, co myśleli, choć myśli te były zdecydowanie bardzo niskie.
– Jesteś pewna, że to miejsce dla
ciebie? – zapytałem, ale tylko po to, żeby nieco ją rozdrażnić. Wyglądała na
zadowoloną z siebie bardziej niż wystraszoną, jak w prztpadku spotkania z
oficerami i dostojnikami w namiocie. – Przecież ci nie zabronię, nie jestem
twoim ojcem – rzuciłem półżartem. Mój nastrój był wyjątkowo dobry, czułem się
nieznajomo lekki i swobodny. Udzielał mi się nastrój większości. Skinąłem głową
w stronę flagi wbitej nieco poza okręgiem pochodni i skierowałem się w tamtą
stronę, łapiąc Esję za ramię i tym samym zmuszając, żeby przepychała się przez
tłum razem ze mną.
Przy wbitej w ziemię fladze na długim
drzewcu stała prowizoryczna, lekko chybocząca się lada, a za nią stała para:
rosły mężczyzna z licznymi tatuażami, pozbawiony koszulki i niemal równie rosła
jemu kobieta. Ta druga była kompletnie ubrana.
– Co wam podać, dzieciaczki? – rzuciła,
kiedy podeszliśmy do lady. A raczej kiedy dopchnąłem się do niej łokciami i
siłą. Wyglądała na maksymalnie czterdzieści lat, a swobodny ton wypowiedzi
nieco mnie zaskoczył. – No dalej, nie ma co decydować w wieczność. Mamy piwo
jasne i ciemne, nie taki to trudny wybór.
Jej akcent był silny, ale nie
potrafiłem zlokalizować regionu, z jakiego pochodził. Najwidoczniej przyjechała
tu banda dziwaków. W tym wypadku dziwaków szukających zarobków. Wsunąłem dłoń
do kieszeni, w której trzymałem kilka strebrnych, okrągłych monet. Były warte
pewnie połowę wartości całego tego straganu, ale nie miałem drobnych
miedziaków.
– Dwa jasne – położyłem monetę na
lepkiej ladzie. – I bądź miła, umyj kufle przed nalaniem, to nie pierwsza
lepsza chołota – mruknąłem, pochylając się nad blatem i skinieniem głowy
pokazując na kapłankę.
Kobieta zaśmiała się donośnie, a
później zabrała za pracę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz