Ktoś
potrząsnął pochodnią stojącą za sceną. Nie udało mi się ocenić, czy był to
celowy zabieg, ale tancerkę na scenie w jednej chwili obsypała fala tańczących
w powietrzu iskier. Widok elektryzującego tańca i muzyka, która teraz
zdecydowanie zwolniła budowały w tłumie napięcie. Znowu przez chwilę udało mi
się być kimś innym gdzieś indziej. Nie sobą w obozie, wysłanym na wojnę i
śmierć. Miałem wrażenie, że jestem ponad tym tłumem i przyglądam się
niespotykanemu zjawisku, które niemal nie występowało w naturze. Możliwe, że to
wypity alkohol sprawił, że wszystko wyglądało lepiej. Nie zastanawiałem się nad
tym. Obserwowałem uważnie, jakby to było ostatnie piękno, jakie dane było mi widzieć
w życiu.
Chociaż przybyłem tu po śmierć, to
zadziwiająco uparcie udało trzymać mi się życia. Od kurczowego zaciskania na
nim palców te zaczynały drętwieć. Po prostu zapomniałem jak to jest, kiedy nie
żyje się z dnia na dzień, kiedy ma się czas na świętowanie i czerpanie
przyjemności z prostych czynności i rzeczy. Jak kobiety, piwo, muzyka, taniec i
seks. Potrząsnąłem lekko głową. Występ skończył się, zanim zdążyłem się
zorientować.
Odruchowo obejrzałem się w stronę
kapłanki, sprawdzając, czy nic jej się nie stało, bo wcześniej zupełnie
zapomniałem o tym, że nadal jestem odpowiedzialny za jej zdrowie i życie.
Wydawało mi się, że pomimo ciemności, która panowała w tłumie dostrzegłem
zaszklone, błyszczące łzami oczy. Odwróciłem wzrok bez komentarza. Tancerka
zniknęła za dwójką osiłków i tłum naparł w tamtą stronę. Zmusiłem mięśnie do
wysiłku i powstrzymania fali, żeby zostać w miejscu, w który staliśmy cały
czas. Powoli zaczęły docierać do mnie inne impulsy. Zrobiło się w moich uszach
głośno, choć może cały czas tak było?
Esja zaczęła się śmiać, trudno
stwierdzić, czy ze swoich słów, sytuacji czy może czegoś, co stało się gdzieś
niedaleko. Śmiała się w głos, a ja po prostu patrzyłem na jej wybuchy radości.
Patrzyłem jak łapie powietrze w płuca i śmieje się zupełnie bez przyczyny. Skąd
pochodziła taka swoboda, takie nieograniczenie? Ludzie mijali nas, muzyka
przycichła, a później zupełnie zniknęła, wszystko płynęło, ale mi wydawało się,
że czas znacznie zwolnił.
W końcu otrząsnąłem się i lekko
uniosłem jeden kącik ust. Oparłem dłoń na biodrze, drugą opierając się o
drewnianą prowizoryczną balustradę sceny.
Skinąłem głową w odpowiedzi na
podziękowanie.
Później skierowałem wzrok w miejsce, z
którego dochodził niski, chrapliwy głos. Wzruszyłem ramionami, kiedy spojrzenie
mężczyzny spoczęło na mnie, ale on nawet tego nie dostrzegł, odchodząc w
przeciwnym kierunku. Długo patrzyłem na jego plecy znikające w tłumie.
– Wziął cię za kogoś, kim nie jesteś –
dokończyłem, chociaż Esja wydawała się nie chcieć kończyć zdania. – Nauczyć się
tak tańczyć? – powtórzyłem nagle, wracając tym samym do wcześniejszego tematu,
który skończył się zanim zdążył się zacząć.
Oparłem się dwoma łokciami o
balustradę, przez co musiałęm pochylić się do przodu. Chociaż kobieta dawno
zniknłęa ze sceny, oczami wyobraźni nadal ją na niej widziałem. Wodziłem
wzrokiem w pustce, którą za moment mieli wypełnić znowu tańczące pary. Na
placyku robiło się teraz trochę luźniej, kobiety musiały stąc najpewniej
zniknąć.
– Właściwie co stoi na przeszkodzie,
żebyś to umiała? – zapytałem w powietrze, nadal nie skupiając spojrzenie na
niczym konkretnym. – Pewnie różni się nieco od tego, czego uczyli cię w
świątyni. Ale świątyni ani jej nauk już nie ma, możesz sama ustalać to, kim
jesteś i kim chcesz być. Wiąże cię podpis na umowie z jakąś rodziną w Stolicy,
ale zanim tam dojdziesz, możesz stać się kimś więcej, niż tylko przykładną bożą
służebnicą.
Szybko przeniosłem na nią spojrzenie.
Oceniłem wszystko. Wzrost, postawę, jaką przybrała, gabaryty ciała – choć w
sukience nie było zbyt dobrze ich widać, musiałem powołać się na pamieć z
dzisiejszej wyprawy, kiedy miała na sobie bardziej męskie ubrania. Nie umiała
jeździć konno, nie umiała walczyć ani wyłapywać politycznych zagrywek. Ktoś,
kto ją wychowywał chciał, żeby była ładna, nie rozumiała i nie umiała za wiele,
żeby jakiś szlachcić mógł prezentować ją przy stole jako ozdobę. Co właściwie
stało mi na przeszkodzie, żeby zamienić ją w zdecydowanie bardziej
niebezpieczną, choć ukrytą broń? Miała być w obozie jeszcze conajmniej jakiś
czas. Nie przyszły rozkazy z wytycznymi, kiedy ma wracać.
Pozostawała też kwestia jednego
pytania: dlaczego miałbym dbać o to, co stanie się z nią po tym jak ją odeślą?
I dlaczego zależałoby mi na czymkolwiek, co jest z nią związane? Może to ilość
wypitego wcześniej mocnego wina sprawiała, że nie myślałem zbyt jasno.
Zmarszczyłem brwi, intensywnie przypatrując się kapłance i nawet nie ruszając o
cal z miejsca. Starałem się określić, co i dlaczego chcę zrobić. A jednocześnie
w myślach już oceniałem, jak łatwo przyjdzie jej utrzymać miecz lub łuk i
jakich rozmiarów musiałaby to być broń.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz