- Boże służebnica... nigdy nie podobało mi się to określenie - powiedziałam mimochodem, niewiedząc nawet czy kieruję te słowa bardziej do siebie, czy do niego. Niby nie mówił nic, co można by uznać za wyjątkowo odkrywcze, a jednak mnie zaskoczył. Miał rację? Nie wiem, nigdy o tym tak nie myślałam. Nic nie mogłam sama ustalić, nigdy, a teraz, kiedy nie było zwierzchnika, czy mogłam wziąć to za przyzwolenie? Może nie było świątyni, ale Arethor wciąż był, tak jak jego znak na moich plecach, niczym duży, misterny tatuaż, a jednak nigdy nie wtłoczony w moją skórę igłą zanurzoną w atramencie.
Drgnęłam nieco, czując na sobie jego spojrzenie. Takie nagłe i przenikliwe, niemalże czułam, jak ocenia mnie samą, ale też moje ciało. Wzrok ten był tak silny, że gdyby nie ciągłe rumieńce, zarumieniłabym się na nowo. Zawstydził mnie. Uśmiech na moment zelżał, akomodacja oczu przychodziła z trudem. Chciałam coś powiedzieć, przerwać krępującą ciszę, ale zakończyłam swoje próby na zwilżeniu warg. Miałam wrażenie, że w mojej głowie panowała istna pustka i bardzo chciałam jakąś ją zapewnić. Dopiero jednak w chwili, w której spojrzenie Nevana przybrało mniej oceniający wyraz, mogłam zaczerpnąć na spokojnie oddech. Uspokoiłam się, a uśmiech powrócił, ale nieco mniej głupkowaty, chociaż wciąż podsycany procentami, jakie miałam we krwi.
Poprawiłam kosmyk włosów, który na wietrze wyrwał się z tyłu pleców. W świątyni znacznie łatwiej było zachować długą fryzurę w porządku. Poza tym jedną z form rozrywek było ich wspólne zaplatanie, tutaj nikt się nimi nie zachwycał, były raczej kłopotem.
Oparłam się tak samo, jak Tealvash o drewnianą barierkę. Było tutaj znacznie więcej dostępu do powietrza, niż w ścisłym tłumie. Przygryzłam na moment dolną wargę, patrząc, jak gdzieś między namiotami zatacza się jakiś żołnierz, podśpiewując coś pod nosem.
- Sama z siebie niczego się nie nauczę - powiedziałam po dłuższej chwili milczenia, a po kilku słowach język rozwiązał się na nowo. Gotowy wylewać z ust kolejne, niczym nie skrępowane zdania. - To znaczy... mogłabym nauczyć się czegoś sama, ale w tak krótkim czasie będzie to trudne, a potem, gdy trafię do męża, nie wiem nawet co mnie czeka. Marzy mi się, że będzie to człowiek dużo podróżujący, chętny pokazać mi świat, ale to tylko marzenia. Równie dobrze mogę być zamknięta w pięknym domu, który będzie takim samym odosobnieniem, jak świątynia w której spędziłam dwadzieścia lat życia - na moment przerwałam, zauważając, że wprowadzam nieco ponurą atmosferę, jednakże ta sama się nasuwała, a ja poddawałam się temu ze znaczną lekkością.
Zaśmiałam się cicho, pod nosem, a potem poderwałam głowę do góry, przymykając oczy na moment. Alkohol był cudowny, chyba tego wieczora pokochałam piwo, a może bardziej stan, jaki ten trunek wprowadza. Miałam wrażenie, że faktycznie nic mnie w tej chwili nie trzyma. Nawet obręcz na szyi wydawała się lżejsza, niż zwykle. Złudna, ale jakże upajająca wolność.To musiało być to uczucie.
- Widzisz, przyszłam dziś do ciebie i sam szybko ukróciłeś moje prośby odnośnie mej aplikacji na bycie częścią twojego oddziału - zadziwiające było to, że mimo upojenia, powiedziałam to zdanie całkiem płynnie. - To gdzie mam iść? Znajdź kogoś, kto spojrzy na mnie jak na chętnego nauk adepta, kto zapyta o moje imię, zanim zacznie wychwalać moją świętość... kogo zainteresuje mój charakter, nie cnota i boski znak na ciele... takich ludzi nie ma. Bo jestem symbolem i każdy chce widzieć we mnie tylko ten symbol - zakończyłam, może nawet oskarżycielsko. Oczywiście oskarżenia te nie były pod adresem Tealvasha, rzucałam je tak po prostu, dając upust swoim frustracją, co wcale nie było dla mnie częstym zachowaniem. Przyrównałam się do porządku. - Wybacz. nie panuję nad tym, co mówię - zaśmiałam sobie, wracając z uśmiechem na twarz. Już nie tak lekkim, ale nadal w towarzystwie pijackich rumieńców.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz