piątek, 30 czerwca 2017

LXIV



        Zatrzymałem się dopiero kilka kroków przed namiotem, bez słowa odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Ona chyba i tak nie czekała na moją reakcję, więc po prostu założyłem dłonie za plecami, obserwując jej namiot chwilę po tym, jak w nim zniknęła. Straż zajęła swoje miejsce przed wejściem i dopiero po długiej chwili uznałem, że należy się zbierać. Zaiste, dziwna to była noc i z pewnością obfita we wrażenia. Ja jednak nie mogłem beztrosko iść spać, jeszcze nie. Przyjęcie w namiocie dowództwa jeszcze się nie skończyło, sądząc po światłach, które emanowały z tamtej części obozu. Skierowałem tam swoje kroki żeby przeżyć kolejnych kilkanaście długich minut na uczcie, na której nie zależało mi w żadnym stopniu.
        Wewnątrz czekały mnie rozmowy i wyjaśnienia nieobecności, na które ostatecznie i tak nie odpowiedziałem jasno. Noc ciągnęła się w nieskończoność, kiedy starałem się przejść bez szwanku przez kolejne gierki. Tym razem nie udało mi się łatwo opuścić namiotu, nie jak wcześniej.
        Wystawna kolacja skończyła się późno w nocy. Wracając przez pustoszejący obóz po raz kolejny odtwarzałem w myślach plan dotyczący Esji, zastanawiając się, czy na pewno nie jest zbyt idiotyczny. Niestety, ale zdolność logicznego myślenia najwyraźniej też mi odjął alkohol, bo wciąż powtarzałem w myślach tą samą strategię. Aż do samego namiotu. Być może dlatego nie zauważyłem, że w jego cieniu stoi nieznajoma sylwetka. Dopiero, kiedy kobieta wyszła do lichego światła pochodni zszedłem na ziemię.
        Pomimo barier, jakie stawiał mi otępiały mózg dostrzegłem kilka ważnych sygnałów. Kobieta, z pewnością jedna z tancerek – miała płynne ruchy nie przypominające wojowniczek, wytworne ubrania i twarz, której nie potrafiłem skojarzyć. Podstęp? Zmrużyłem lekko oczy.
        – Prezent od twojej nauczycielki?
        W moim głosie odbijał się sceptycyzm. Nie miałem siły, żeby go ukrywać.
        – Nie, panie. Przyszłam sama.
        Nie potrafiłem wyczuć, czy to kłamstwo. Zarumieniła się, spuściła wzrok, a na jej twarzy błądził uśmiech. A nawet jeśli to pułapka, czy ma to jakieś znaczenie? Zrobiłem krok w jej kierunku. Nie cofnęła się.
        – Chciałam bliżej cię poznać… Panie – dodała, unosząc spojrzenie. Była młodziutka. Nawet w tym świetle potrafiłem dostrzec zawstydzenie na jej twarzy. Nawet, jeśli to gierka… Znaczenie? Logika? Odepchnąłem te słowa i wagę, którą niosły. – Widziałam cię w namiocie, z kapłanką – dodała z nagłą siłą. I to być może ta nagła energia sprawiła, że bariera znikła. A może kształty zgrabnego ciała, które kryła pod szatą?
        Uśmiechnąłem się, trochę wbrew sobie. I odsłoniłem kurtynę namiotu, przepuszczając tancerkę przodem.

        Do namiotu wszedł posłaniec, dokładnie tak, jak zasugerowałem wcześniejszego wieczora. Miał ze sobą długi list napisany starannie na grubym pergaminie. Przejrzałem go powierzchownie, ale w zagłębieniu się w cenę ostateczną przerwał mi ktoś z zewnątrz.
        – Oficerze Tealvash.
        Nie odwróciłem się w stronę wejścia. Schowałem list do jednej z kieszeni munduru, który miałem na sobie i który zapinał się rzędem guzików.
        – Posłaniec od najświętszej Esji. Żołnierz Eliah zgłasza, że nie jest z nią dobrze. Konieczna interwencja – wyrecytował ktoś, nie wchodząc do namiotu.
        – Zjawię się tam niezwłocznie.
        Krótka odpowiedź najwyraźniej wystarczyła, bo po niej nikt już się nie odezwał. Do moich uszu dotarł jedynie tupot kilku par butów na utwardzonej nawierzchni za namiotem. Ktoś się spieszył. Myślami wróciłem do pergaminu trzymanego blisko siebie. Dobrze, że tancerka, której nie zdążyłem zapytać o imię zniknęła, zanim w obozie na dobre obudziło się życie. Nie zależało mi na rozgłosie. Poza tym uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym opuściłem namiot i natychmiast skierowałem kroki w stronę namiotu kapłanki.
        Przeczucia, że wiem co się z nią stało najprawdopodobniej były trafne. Sam rano obudziłem się z lekkim bólem głowy, a nie był to bynajmniej pierwszy raz, kiedy piłem alkohol.
        Po drodze nikt mnie nie zatrzymywał, ale w całym obozie dało się wyczuć obecność gościa specjalnego. I to niekoniecznie pozytywne – w miejsca, gdzie wcześniej rządziła wytrawna dyscyplina dostał się chaos i pośpiech; obaj nie należeli do dobrych doradców. Obserwowałem, jak ludzie z zacięciem szorują swoje napierśniki i inne części zbroi, ale bardzo powierzchownie, nie dbając o prawdziwy efekt. Wszystko było robione na pokaz dla księcia. Irytował mnie ten fakt.
        Pod namiotem kapłanki stało dwój ludzi z halabardami w dłoniach. Skinęli głową, zapowiadając moje wejście do namiotu. Odczekałem stosowną chwilę, po czym wszedłem do środka. Przywitał mnie widok Eliaha pochylającego się nad łóżkiem, gdzie niewątpliwie znajdowała się kapłanka.
        – Dotarły do mnie wieści, że Esja nie czuje się najlepiej – rzuciłem, pobieżnie przyglądając się wnętrzu pomieszczenia. Proste i surowe, jak każde inne.
        Być może blondyna zaskoczyła otwartość, z jaką zwracałem się do kapłanki, ale ten wyraz zniknął z jego twarzy, zmącony rozbawionym uśmieszkiem. To wystarczyło na potwierdzenie moich przypuszczeń. Uniosłem jedną brew ku górze.
        – Myślę, że wczoraj przynajmniej dobrze się bawiła, poznając uroki życia w obozie. Nie wiem gdzie, ale nabawiła się najzwyklejszego kaca. Kazałem posłać także po środki przeciwbólowe na złagodzenie efektów, ale… Najlepiej pomoże czas i woda – zauważył mężczyzna. Cóż, nie mógł wiedzieć, że była ze mną. I może lepiej dla wszystkich, żeby tak zostało.
        – Nie jestem pewien, czy mamy czas – odparłem chłodno, prostując się. Starałem się, żeby na mojej twarzy nie odmalowała się żadna emocja. To by było wysoce niestosowne. – Esjo, kiedy poczujesz się lepiej, czekają na nas lekcje jeździectwa i wprowadzenie do walki jednoręcznym mieczem – powiedziałem, dbając o paradoksalnie niedbały ton.
        Od rana nie próżnowałem. I uznałem, że nie można polegać na księciu, jeśli mowa o tym pierwszym. On może zająć się mydleniem oczu i zabawą w stępowaniu przez bezpieczne lasy. Nauką zajmie się ktoś, kto lepiej się na tym zna i ma odpowiednie kompetencje. Rzecz jasna, to wszystko było już załatwione. Teraz pozostawało jedynie czekać, aż ból głowy zelżeje na tyle, żeby umożliwić ćwiczenia.
        Na twarzy Eliaha malowało się zdziwienie i niezadowolenie. Widocznie się tego nie spodziewał, ale ja nie spieszyłem z wyjaśnieniami. Jak zwykle z resztą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/