Plusem tego poranka mogło być poznanie, ale to bardzo naciągana teoria. Mimo to wiedziałam już czym jest kac, a Eliah wydawał się być tym faktem szczerze rozbawiony, co siłą rzeczy i mnie polepszało nieco humor. Miło było być powodem, przez który na ustach innych rodzi się uśmiech, nawet jeśli nieco prześmiewczy. Przynajmniej miałam pewność, że na nic nie zachorowałam i w tej chwili przeklinałam tego, kto wymyślił piwo. Dlaczego tak dobry napój musi nieść za sobą takie okropne skutki?
- Spokojnie, to twój pierwszy raz, jeszcze się nieco wzmocnisz, ale do tego czasu nie mieszaj różnych alkoholi - polecił mężczyzna, a ja odnotowałam w pamięci te słowa, niczym bardzo istotną lekcję życia. Poza tym czułam się nieco dojrzalej, niż zwykle. Picie było wcześniej czymś, co bardziej kojarzyło mi się z mężczyznami, a teraz ja, drobna kapłanka, mogłam zakosztować takiego szaleńczego życia i mimo zapłaty w postaci złego samopoczucia, byłam z siebie całkiem dumna.
Do namiotu wszedł inny żołnierz, który zapowiedział nadejście Nevana. Liczyłam na to, że wejdzie zaraz człowiek w stanie zbliżonym do mojego i przyznaję, zaskoczyła mnie prezencja oficera. Nie umierał z suchoty, jak ja, stał prosto i bynajmniej nie jęczał. Przetarłam nawet oczy dłonią, biorąc pod uwagę to, że mogło mi się przewidzieć. No, ale on stał nadal, niewzruszony. Czy to co mnie teraz ukuło, to jakaś dziwna chęć rywalizacji? Nawet w świątyni pojawiało się to uczucie. Zaraz przypomniałam sobie słowa Eliaha, skojarzyłam fakty. Nevan na pewno miał wprawę w piciu. Przypomniałam sobie wczorajszy dzień i zdobyłam się na to, aby usiąść prosto. Skoro on ma w sobie siłę, aby normalnie funkcjonować, to czemu we mnie jej miałoby nie być? Tym bardziej do walki z "chorobą" podburzały mnie jego wczorajsze słowa, a właściwie ukryte między nimi przesłanie. Wierzył we mnie, więc głupio byłoby już następnego dnia pokazać się ze złej strony. Tym bardziej, że oczy mi się szerzej otworzyły, gdy usłyszałam o jego planach. Nie kłamał! Naprawdę zaplanował dla mnie trening.
- W takim razie zaraz będę gotowa - powiedziałam z mocą, dopiero teraz spoglądając na Eliaha, którego wyraz twarzy nie świadczył o podekscytowaniu, jakie panowało u mnie. Byłam tym nieco zaskoczona, widziałam bowiem też coś negatywnego, jakby niezadowolenie.
- Przed chwilą nie umiałaś siedzieć, a teraz zamierzasz iść trenować? - zapytał głosem całkiem innym, niż ten, którego używał Nevan. Nie był on chłodny, ale równie twardy, jednak zabarwiony czymś miłym, co przyjemnie otulało uszy. Pewnego rodzaju opiekuńczość, z którą zawsze byłam przez niego traktowana i pewnie dlatego, tak dobrze czułam się w jego towarzystwie.
- Sam mówiłeś, że to nic poważnego. Słyszałam, że w stolicy niektóre damy umierają od byle kłótni, nie mogę więc pozwolić sobie na takie pobłażanie samej sobie, bo osłabnę, zamiast przybierać na sile - powiedziałam przytaczając argument, jaki mi przyszedł do głowy. Swoją drogą to straszne, jak słabe są niektóre kobiety. Pewnie dlatego byłam taka zdziwiona, kiedy zobaczyłam w obozie wojowniczki. To dało mi nadzieję, że i ja wcale nie muszę skończyć, jako wątła panna, a nadzieja ta przybrała na sile w trakcie wczorajszego wieczora, gdy Tealvash zmienił nastawienie względem mnie. Wciąż nie wiem, co dokładnie było tego powodem, ale nie zamierzałam sie tym przyjmować bardziej, niż to potrzebne.
Blondyn westchnął, akurat w chwili, w której do namiotu weszła asystentka Fabiasza, niosąc mały pakunek, w którym najpewniej były lekarstwa od medyka. Chyba speszyła się nieco, widząc towarzystwo, jakie mi tutaj zesłał los. Zaraz zmalała znacznie, szczególnie mijając oficera, któremu niezdarnie dygnęła. Przechyliłam lekko głowę, ciesząc się, jak źle to nie zabrzmi, że nie tylko dla mnie Tealvash był przerażający. Dobrze, że teraz się to zmieniło.
- Przyniosłam leki - oznajmiła, podając mi je, a Eliah zaraz w drugą dłoń wręczył mi kubek z wodą. Zanim jednak połknęłam medykament, spojrzałam na kobietę w uśmiechem.
- Umiesz wiązać gorset, pani? - zapytałam wprost, co ją chyba speszyło. Nie zastanawiałam się dlaczego. Nawet nie odpowiedziała, a jedynie skinęła głowa. - Cudownie. Poczekasz chwilę przed moim namiotem? Obawiam się, że niestosownie byłoby prosić moich obecnych gości, o pomoc w tym temacie, a niebawem będę musiała go ubrać - powiedziałam, nie kryjąc zadowolenia. Kobieta odeszła, a ja połknęłam, co miałam połknąć i skrzywiłam się, po chwili wychodząc z łóżka. To sprawiło, że siedzący na jego fragmencie Eliah podniósł się do pionu.
- Najpierw śniadanie Esjo - pouczył mnie, wskazując na talerz, który ze sobą przyniósł. Wciąż nie potrafił zapanować nad niezadowoleniem, jakie gdzieś się w nim czaiło. Poza tym śmieszne było zestawienie ze sobą tych dwóch mężczyzn. Mimo wszystko czułam, że są ze sobą blisko, ufają sobie, a jednak wydawali się różnić w każdym możliwym aspekcie. Przewróciłam oczami, ale sięgnęłam po bułkę, by następnie kompletując już ubranie, pochłaniać ją po niewielkim kawałeczku. W tym czasie blondyn zajął miejsce prze Nevanie.
- Wolno mi spytać, jak Esja ciebie przekonała? - do moich uszu dotarło jego pytanie. Chyba zauważył, że słyszałam, bo zaraz odchrząknął. - Może wyjdziemy na zewnątrz, oficerze? Słyszeliśmy już, że nasza pomoc przy przebieraniu jest zbędna - zażartował, ale miałam wrażenie, że jego żart nie był swobodny. Jakby próbował coś zamaskować. Tak czy inaczej po chwili zostałam sama. Wypiłam sporą dawkę wody i pomału zaczęłam ubierać się w ten sam strój, który wczoraj miałam na wyprawie, z tą różnicą, że ktoś dostarczył mi nową koszulę, bez podartych rękawów. Kiedy miałam już na sobie wszystko z wyjątkiem gorsetu, zawołałam medyczkę.
- Może byłoby ci łatwiej, pani, gdybym zaplotła ci warkocz? - zaproponowała.
- A jak chodzą wojowniczki? - zapytałam, pozwalając sobie na otwarte podekscytowanie. To ją chyba nieco rozbawiło.
- Większość ma krótkie włosy, a te z dłuższymi mają je mocno spięte - odpowiedziała, a tym samym dostała pozwolenie na zaplecenie moich, przez co czas oczekiwania na mnie się nieco przedłużył. Wzięłam już tylko bukłak z wodą i wyszłam przed namiot. Zarówno Nevan, jak i Eliah jeszcze tam stali.
- Jestem gotowa - oznajmiłam, chociaż było to widać, jak na dłoni. Faktycznie mój okropny stan nieco osłabł w otoczeniu planów na dzisiejszy dzień. - To od czego zaczynamy? Gdzie idziemy? - zadałam na raz dwa pytania, nie mogąc się powstrzymać. Chyba mój entuzjazm nieco rozjaśnił twarz blondyna, bo nawet pojawił się na niej delikatny uśmiech. Teraz jednak bardziej skupiałam swoją uwagę na Tealvashu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz