Do
tej pory nie zdawałem sobie sprawy… Ba, właściwie w ogóle nie myślałem, jak to
jest, kiedy nie jest się wolnym. Kiedy ktoś odebrał możliwość wyboru,
podstawowej wartości życia. I to w imię czego? Zmarszczyłem brwi, czując jak
potęguje się we mnie irytacja i niechęć zrozumienia ludzi, którzy jak owce
podążają za bogami. Za wytworami swojej wyobraźni. Najwidoczniej Esja też
poczuła podobny nastrój. Choć to jej słowa mnie w niego wprawiły, ale otoczył
nas niczym woal pogrzebowy. Przesunąłem znowu spojrzenie w przestrzeń, nie
zawieszając go na niczym konkretnym. Nic nie zainteresowało mnie teraz
bardziej, niż słowa kapłanki, wyrzucane wręcz z irytacją. I to nie skierowaną
na mnie, a to było niesamowicie dziwne i nowe doświadczenie.
Moje myśli zwolniły, stały się
ociężałe. To był wręcz przyjemny stan po tym, kiedy bez opamętania rzucały się
naprzód. Mogłem każdą przeanalizować, zastanowić się, rozważyć. Nauka
dziewczyny, a właściwie myśl, żeby to zrobić nie zniknęła, ale teraz
zdecydowanie zblakła. Jakby jej brak entuzjazmu zarażał i mnie – ale to było
niemożliwe. Inni ludzie nie mieli nigdy wpływu na mnie i na moje dzieło. A to,
które sobie tu zaplanowałem było naprawdę spektakularne. Ogromne.
Nie wiadomo, jak długo pozwolą jej
tutaj zostać. Może czekają, aż dwie pozostałem kapłanki przejdą na jedną bądź
drugą stronę. Zdawałem sobie doskonale sprawę z faktu, że czasu nie było wiele,
a ona też to podkreśliła. Kolejne słowa jednak brzmiały już jak skarga rzucona
w nikogo konkretnego i to sprawiło, że fuknąłem z frustracji. Nie zdążyłem zapanować
nad tym okazanie emocji. Poza tym alkohol sprawiał, że to stało się trudnym
zadaniem. Odepchnąłem się od balustrady i wyprostowałem. Teraz wokół nas było
chociaż tyle miejsca, żeby swobodnie oddychać.
– W takim razie już widzę, czego tak
naprawdę potrzebujesz – przechyliłem lekko głowę na bok. Ulotna nić irytacji
zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. – Najpierw cię nauczę, że bycie
symbolem, posiadanie pozycji i twojej rozpoznawalności otwiera wiele drzwi, z
czego sobie nie zdajesz jeszcze najwyraźniej sprawy. Żebyś mogła się przekonać,
że takiej władzy, jaką masz nad innymi nie odrzuca się jak jakiejś zarazy. Może
nawet zobaczysz, że to co jest wielkim przekleństwe jest też cennym darem,
którym ktoś – nacisk na to słowo był wypowiedziany z premedytacją – cię obdarował.
W mojej głowie powoli układał się plan.
Wiedziałem, co chcę osiągnąć, ale żeby to zrobić, potrzebowałem innych ludzi.
Odgarnąłem do tyłu włosy z grzywki, które opadały na moje spocone czoło i
kiwnąłem głową w kierunku, gdzie obóz rozlewał się w nieregularne kształty, a
namioty zostały postawione bardziej byle jak niż te dla mojego oddziału. Ruszyłem
przed siebie energicznym krokiem, mijając kapłankę i kierując się w stronę, do
której stała jeszcze przed chwilą plecami. Zerknąłem na nią przez ramię.
– A później zobaczymy, jak to będzie z
tą nauką. Myślę, że nie dla wszystkich twój status społeczny ma znaczenie, a
bardziej to, jak głębokie masz... – skrzywiłem się nieco, ale było to
skrzywienie kierowane do uśmiechu. – A raczej ja mam kieszenie. I ewentualnie
jak twoje ciało wygląda w innych ubraniach.
Kiedy Esja zrównała ze mną krok, z
pewnością mogła zobaczyć drapieżny uśmiech, który pojawił się na moich ustach.
Nie zwiastował niczego dobrego i nawet chyba ona już to wiedziała. Skłamałbym,
jeśli przyszłoby mi powiedzieć, że nie chciałbym sam zobaczyć tego widoku.
Miałem nadzieję, że poza pieniędzmi mam też dzisiaj wystarczająco dużo
szczęścia, bo urok osobisty nie dość, że u mnie jest nieco płytki, to w tym
wypadku na pewno nie pomoże.
Droga nie była długa, ale za to
zatłoczona. W międzyczasie, kiedy piliśmy piwo i spędzaliśmy czas wśró
szeregowych żołnierzy zrobiło się już późno, a na niebie jasno świeciły dwa
księżyce. Mogło być około północy. Uczta księcia na pewno jeszcze się nie
skończyła, a nasza długa nieobecność z pewnością będzie źle odebrana,
przyznałem więc sam przed sobą, że należy tam tej nocy wrócić. Teraz jednak
liczyło się coś innego, a we mnie rodziła się niezdrowa ekscytacja. To było jak
hazard. Nie miałem pewności, czy cokolwiek z tego, co zaplanowałem naprawdę się
powiedzie, ale skoro zrobiłem już pierwszy krok, nie mogłem się wycofać.
Chociażby przez wzgląd na to, jak odbierze to kapłanka. A co, zadziwiająco,
teraz mnie obchodziło. Wszystko to alkohol.
Kiedy po raz kolejny z kolei milęliśmy
krętą uliczkę i weszliśmy w taką, która była jeszcze węższa i wydawało się, że
nie może być gorzej, to okazywało się, że może. W jednej leżało dwóch
żołnierzy, zarzyganych najprawdopodobnie przez siebie nawzajem. Żeby przejść,
musieliśmy zrobić krok nad nimi. Obrzydliwy smród wciskał się do nosa.
– Mam nadzieję, że już niedaleko –
mruknąłem, pomagając Esji przejść bez brudzenia sukienki. Wyczułem też jej
ostrożne, nieufne spojrzenie. – Mam nadzieję, bo nie wiem dokładnie, gdzie to
jest. Już niedługo.
Nie pomyliłem się na szczęście wiele.
Namiot, do którego zmierzaliśmy był jasno oświetlony dookoła, miał też wokół
siebie znacznie więcej przestrzeni niż inne w tej okolicy. I był tym, którego nie
znałem, czyli którego normalnie tu nie było. To musiał być namiot należący do
tancerek. Przystanąłem na moment, oceniając gdzie jest wejście. Pewnie tam,
gdzie stali ochroniarze, ale kilku z nich wędrowało dookoła płóciennej
konstrukcji. Nieźle musiały płacić za tak dokładną ochronę, ale nic dziwnego po
tym, co widzieliśmy dzisiaj przed sceną.
Od razu skierowałem się do malutkiego
ganku, podwyższenia z którego wchodziło się do środka. Przybrałem poważny wyraz
twarzy i zanim zdążyłem dać Esji jakąś drogocenną wskazówkę na temat tego, żeby
nie śmiała się zbyt często, znaleźliśmy się twarzą w twarz z postawnymi
ochroniarzami. Nie wyglądali przyjaźnie, ale ja z pewnością też nie, z
oficerskim odznaczeniem na ramionach i eleganckim stroju, który odcinał się nie
tylko z otoczenia, ale i od nich samych. Na nagich klatkach piersiowych mieli
zarzucone kamizelki, których nie mogli dopiąć przez zbyt rozbudowane mięśnie
lub zbyt opasłe brzuchy. Na biodrach zaś oboje mieli szmaciane spodnie, napięte
do granic możliwości. Dobrze, że bez guzików.
– Czego tu – zaczął jeden. Jego ton
głosu był leniwy, jakby zadawał to pytanie setny raz tego wieczora. – Zamkniente
na biznesy, panowie... Eee, znaczy się pani i pan nie mogą wejść do środka.
Drugi nawet nie uraczył nas spojrzeniem.
Westchnąłem przeciągle, wręcz aktorsko, cofając się o krok. Tym sposobem na
pierwszej linii rażenia stała Esja.
– Co ty, nie słyszał? – zapytał ponownie
ten sam strażnik.
Uniosłem brwi. On też. Wzruszywszy
ramionami oparłem dłonie na biodrach. Aktorsko.
– Panowie wykształceni? – zapytałem,
ale nie rzykując obrazy któregoś z nich i tego, że zrozumieją sarkazm, zacząłem
od razu dalej, nie dając im dojść do słowa. – Stoi przed wami najświętsza,
poświęcona specjalnym przyrzeczeniem Artegora kapłanka, która uszła życiem za
jego wstawiennictwem, a wy się nie kłaniacie? – oburzenie wydawało mi się
sztuczne w moim wykonaniu, ale ochroniarz drgnął. W jego oczach pojawił się
blask strachu. – Najświętsza panna pragnie porozmawiać z tymi, które znajdują
się wewnątrz. Macie obowiązek ją przepuścić.
Nastało pełne napięcia milczenie. Drugi
mężczyzna wyprostował się i chyba chciał włączyć się do dyskusji. Nie zdążył
jednak, bo ten, który od początku mówił go ubiegł.
– Eee, nie wyglonda mi ona na kapłankę!
– zawyrokował, choć jego głos nie był ani tak wolny ani swobodny jak wcześniej.
– Mamy tutaj tysionce takich oszuścików, którzy chcą za panny tancerki się
brać. Nie ma przejścia.
– Stawiasz świętość na szali, szukając
u niej oszustwa? – zapytałem, teraz podchodząc naprzód i kładąc dłoń na pasku,
gdzie przymocowany miałem nóż. Nie zamierzałem go wykorzystywać, ale osiłki nie
musieli o tym wcale wiedzieć. – Jak śmiesz?!
Oboje się wyprostowali. Tego mój plan
nie przewidział. Nie przewidział też tego, że nagle ktoś szarpnął za kotarę
osłaniającą wejście do namiotu i na naszych oczach w progu stanęła tancerka z
wcześniej. Światło silnie sączące się z wnętrza podkreślało jej zgrabną
sylwetkę, nie pozwalało dokładnie dostrzec twarzy. Ale to była bez wątpienia
ona. Rozpoznałem ją od razu, po każdym najdrobniejszym ruchu.
– Co się tu dzieje? – miała donośny
głos, choć nie mówiła głośno. Brzmiała na zdenerwowaną.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz