piątek, 23 czerwca 2017

LXX



        Światem panowała jedna, bardzo powszechna zasada. Zawsze należało mieć odpowiednie argumenty w dłoni, kiedy planowało się coś osiągnąć. Wypadało też posiadać w rękawie coś na wypadek ostateczny. Każdego dało się choć częściowo nagiąć do własnej woli, jeśli wiedziało się, co robić. Pieniądze, ambicje, przekonania. Każdy miał coś lub kogoś, co sprawiało, że stawał się podatny, płynny w dłoniach innych. Głównie przez tą świadomość trzymałem ludzi zawsze na bezpieczny dystans, a nawet śmierć czy zagrożenie dla najbliższych w armii ludzi nie mogłoby na mnie znacznie wpłynąć. To była moja święta zasada, kierowanie się którą nigdy jeszcze mnie nie zawiodło.
        Rzecz jasna, nie zawiodło mnie też teraz. Choć to było wynikiem ogromu szczęścia czy zbiegu okoliczności, to kierując się do wyjścia czekałem na słowo, które nas zatrzyma. I nastąpiło szybciej, niż się tego spodziewałem. Powoli obróciłem głowę w stronę tancerki. Na mojej twarzy nie malował się już żaden grymas. Alkohol wypity wcześniej zupełnie stracił już efekt, choć mogło być to tylko złudne poczucie trzeźwości. Nadstawiłem uszu, nie do końca wiedząc, czego spodziewać się teraz po Freyi.
        I w końcu wydawało mi się, że poczułem ukłucie czegoś irytującego. Czegoś na kształt dumy. Niespodziewanie Esja naprawdę wzięła sprawy w swoje ręce i nie mogłem stwierdzić, czy to zasługa piwa czy też czegoś innego, ale to było nieistotne. Sprawiła, że Freya cofnęła się o krok, znowu wpuszczając nas do małej przestrzeni swojego pokoju, w którym teraz zaczynało się robić nieco duszno. Ktoś śpiewał, jakaś kobieta śmiała się cicho. Nie obok, gdzieś dalej. Czy słyszały wszystko, co tutaj się działo? Mogło ich to w ogóle nie obchodzić.
       – W takim razie powinniśmy się dogadać – odpowiedziałem z błyskiem w oku, tym razem zajmując wskazane przez kobietę miejsce. – Też lubię wiedzieć, na czym stoję.
        Zaskoczyło mnie, że teraz tancerka nie wzbudzała już we mnie jedynie erotycznego zainteresowania, ale też coś pokroju szacunku. Miała twardy charakter, chociaż jej ciało wcale o nim nie świadczyło. Wzbudzała zainteresowanie nawet, kiedy się odzywała. Jej postać w moich oczach przybrała nowy kształt. Była mądra, nie była tylko głupiutką tancerką, która niczym podlotek cieszy się z ilości adorujących ją mężczyzn. A to samo w sobie było już godne podziwu.
        Oparłem się wygodniej, obserwując Esję, kiedy Freya zabrała się do stawiania pierwszych kroków na „jej gruncie”. Z rozbawieniem nawet zauważyłem reakcję dziewczyny. Przez chwilę obserwowałem tę dwójkę, a później zerknąłem na kilka pergaminów leżących na blacie, przy którym zostałem posadzony. Listy. Nie zdążyłem im się lepiej przyjrzeć.
        – Mogę cię zapewnić, że posiada potencjał, po prostu sama jeszcze nie wie, jak go wykorzystać i gdzie skierować. Okaż więcej cierpliwości – odparłem od razu, pochylając się nieco nad stołem i nie odrywając spojrzenie z hipnotyzujących oczu Freyi. – Kwestia ceny. Ile normalnie te dziewczyny płacą na bycie twoimi uczennicami? Jako mentorka musisz cały czas mieć na nie oko – zauważyłem, cofając się odrobinę.
        – Ta sytuacja nie przypomina żadnej, w której wcześniej byłam – odparła, również lekko się odchylając. – To nie kwestia ceny, a czasu.
      – Tego faktycznie nie ma wiele. Kiedy opuszczacie obóz?
      Uniosłem brew. Ona wzruszyła ramionami. Nawet w tym z pozoru prostym geście była wyczuwalna gracja.
      – Kiedy książę rozkaże nam jechać. Podlegam jego rozkazom, bo wbrew temu, co sądzą o nas ludzie, nie jesteśmy kurtyzanami i nie płaci się nam za chędożenie. Książe Azir lubi otaczać się pięknem i to przez wzgląd na piękno nas trzyma przy sobie – fuknęła, jakby ktoś co najmniej ją przed chwilą uraził. Nie dziwiło mnie to, pewnie wielu ludzi traktowało tancerki bardzo przedmiotowo. Bez męża, bez „odpowiedniej” pracy ciągle były na czyjejś łasce. Te na łasce rodziny królewskiej mogły prowadzić królewskie życie.
        Kobieta wstała i przeszła przez całą długość pokoju. Uniosła dłoń, zatrzymując się przy skrzyni, po czym kucnęła przy niej. W jej dłoni znikąd znalazł się mały złocony kluczyk, którym otworzyła wieko drewnianego mebla. Spojrzałem na siedzącą obok kapłankę. Zachowywała powagę, ale niczym nie zdradzała, o czym teraz myśli ani jak się z tym wszystkim czuje.
        – Chyba moje towarzystwo nieco cię psuje – szepnąłem w jej stronę, patrząc koso na dłonie, które złożyła na kolanach. Pewnie przeciętny człowiek uznałby to za pole do przeprosin, ale mi ani trochę nie było to w głowie. Teraz wręcz czułem się dumny z tego powodu, czego i tak nie zamierzałem po sobie pokazywać. Dopóki cała ta sytuacja się nie skończy, nie będę potrafił ocenić swoich zamierzeń. Czy robiłem dobrze? Nie miałem pojęcia.
      Tancerka powróciła do nas. Nadal miała misternie spięte włosy, zastanawiałem się czy właściwie zmienia tę fryzurę na noc. Na stole oprócz listów panował niezły bałagan, podobnie z resztą jak w każdym zakątku pokoju.
        – Rozpiszę rachunek na pergaminie, który ktoś dostarczy ci jutro z samego rana. Na razie uznajmy to spotkanie za próbkę możliwości każdej ze stron – mówiąc to zmierzyła blondynkę spojrzeniem. – Jesteś wyższa ode mnie, ale na szczęście znalazłam coś odpowiedniego, co powinno pasować.
      Skinąłem głową, choć nie czekała wcale na moje potwierdzenie. Dłonią wskazała na coś, co pojawiło się na skrzyni. Dużo materiałów o różnej fakturze, z takiej odległości ciężko było mi stwierdzić, co to właściwie jest. Poza tym nie znałem się na modzie. Przeważała biel, w którą wplecione zostały ciemne akcenty imitujące stal zbroi. Nie ukrywałem zainteresowania, które odmalowało się na mojej twarzy. Czyli przygotowała dla kapłanki terapię szokową? Może miała nadzieje, że to zmusi ją do rezygnacji. Ja wiedziałem, że do rezygnacji i tak nie dojdzie.
        – Pomogę ci to założyć. Ma wiązania na biodrach i talii aż pod biust, więc sama sobie nie poradzisz – zwróciła się w stronę Esji. Co zaskakujące, wydawało mi się, że chłód powoli zaczął znikać z jej głosu, a na jego miejsce pojawiła się ekscytacja. Czyli nie tylko ja byłem ciekawy, jak to będzie wyglądało. – Oficerze, proszę poczekać na zewnątrz.
        Odchrząknęła, machnąwszy dłonią w powietrzu, wskazując na kotarę pełniącą rolę drzwi. Westchnąłem przeciągle, ale nie sprzeciwiłem się ostatecznie. Wyszedłem z pomieszczenia, w międzyczasie obserwując wszystko, co znajdywało się w zasięgu mojego wzroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/