Skorzystałem
z okazji, że nie pilnowało mnie żadne czujne spojrzenie – albo przynajmniej
wydawało mi się, że tak jest. Nikogo nie było w tym dziwnie rozmieszczonym
wnętrzu, ale koło harfy stało kilka szkatułek, a po przeciwległej stronie nieco
większe meble. Słyszałem śmiech i przyciszone głosy. I miałem wyraźnie znajome
wrażenie tego, że nie jestem na swoim terenie, że jestem intruzem, zupełnie jak
poza granicami obozu czy miasta. Mimo tego przemierzyłem wolno wnętrze. Ciężkie
buty stukały o drewno, ale nie skupiałem się na ukrywaniu swojej obecności.
Któraś z nich zaśmiała się głośniej, a
ten dźwięk zamarł tak samo nagle, jak się rozpoczął. Wydawało mi się, że ktoś
patrzy. Mimo wszystko coś – może spożyty alkohol – popchnęło mnie do otworzenia
jednej ze skrzynek. Przykucnąłem przy niej, podnosząc zaskakująco lekkie wieko.
Wewnątrz leżał zawinięte niedbale pasy
materiału i nuty. Papier szeleścił pod dłoniami, kiedy go podnosiłem.
Ciekawość. Podniosłem się wolno, patrząc na partytury trzymane w dłoniach. Ktoś
odchrząknął. Niemal podskoczyłem na ten niespodziewany dźwięk, odwróciłem się w
kierunku jego źródła.
– Znów ty?
Rudowłosa potrząsnęła głową, rude pasma
zafalowały w powietrzu.
–
Nikt pana nie uczył, że to nieładnie grzebać w cudzych rzeczach? – zapytała, po
czym na jej twarzy pojawił wyraz zamyślenia się. Jakby o czymś zapomniała. – …Panie?
Prychnąłem cicho, przewracając oczami i
odkładając nuty do skrzyni. Może normalnie zdenerwowałaby mnie taka uwaga z ust
jakiegokolwiek innego gówniarza, ale nie dzisiaj, nie teraz, kiedy moją głowę
przepełniały wspaniałe, wielkie plany.
– Zwiedzam.
– Pozwala pan innym oglądać szafki w
swoim domu?
W jej głosie nie było złośliwości.
Tylko bezbrzeżna ciekawość. Mogła mieć już piętnaście lat. Albo więcej?
Zaplotła dłonie za plecami, przyglądając się otwarcie mojej twarzy. Peszyła
mnie taka otwartość, z którą nie spotykałem się często. Głupia dziewucha, czy nie
wiedziała, do kogo się zwraca?
W obozie nie było ani dzieci ani
nastolatków. Zapomniałem o bezpośredniości niektórych z nich. Irytującej
bezpośredniości.
– Nie masz czym się zająć? – odwarknąłem,
zatrzaskując wieko.
– Mam czas wolny. Pani nie pozwoliła
być z wami w pokoju.
Mówiła, jakby odpowiedź była oczywista.
Czułem się traktowany przez moment jako ktoś, kto nie pojmuje podstawowych
rzeczy. Ale to tylko dziecko. Nie wydawało mi się, żeby robiła to specjalne.
– To jest prawdziwa kapłanka? –
zapytała, wskazując dłonią w stronę pokoju. – Najprawdziwsza?
Nie pozwoliłem sobie na ukłucie paniki,
ale to uczucie wślizgnęło się do mojej świadomości. Mówienie temu dziecku zbyt
wiele… Na litość wszystkich księżyców, to, co robiliśmy było naprawdę
niebezpieczne. Jak właściwie dałem się w to wplątać?
– Nie – rzuciłem pretensjonalnie.
Okazywałem irytację. Odbijałem te uczucia na dziecku. Ale ona nie wyglądała w
ogóle na przejętą moim tonem głosu. Kołysała się z pięt na palce i z powrotem. –
Idź zająć się nauką… Albo czymś, co robią tancerki w czasie wolnym, nieważne.
Ktoś
znowu się zaśmiał. Co dziwne, nie słyszałem szmerów rozmów, tylko te śmiechy,
urywane i dochodzące z różnych stron. Zupełnie, jakby kobiety rozmawiały
szeptem między sobą. Dziwne. To miejsce sprawiało, że nie czułem się tak pewny
siebie jak gdziekolwiek indziej. Może przez fakt, że otaczały mnie kobiety,
zapewne ładne, których nie mogłem zobaczyć. Bardzo dziwne. Potęgowało uczucie,
które podsuwał instynkt.
Kiedy ja się rozglądałem w poszukiwaniu
czegoś – choć raczej kogoś – na kim mógł zawiesić wzrok, rudowłosa zniknęła.
Bez słowa odeszła, najprawdopodobniej chowając się w jednym z pokojów.
Westchnąłem z irytacją.
Dosłownie kilka chwil później Freya
otworzyła kotarę przysłaniającą wejście. Ze swojego rodzaju ulgą wszedłem do
jej pokoju.
Wewnątrz kapłanka miała już na sobie…
Dość niecodzienny strój. Chociaż biel towarzyszyła jej wizerunkowi odkąd ją
znałem, to bez żadnych zdobień i zdecydowanie bez dodatkowego materiału
przyszytego do bioder, który tworzył woal, swobodnie i lekko opadając na
ziemię. Rozcięcia na bokach sięgały aż do bioder, gdzie materiał znów łączył
się w jednym punkcie. Faktycznie ten widok, tak jak się spodziewałem, był
nieprzeznaczony dla nieodpowiednich ludzi. Rzecz jasna, ja należę do
odpowiednich.
– To nie szczęście, tancerko –
odparłem, opierając dłonie na biodrach. Być może w moim głosie pojawił się
jeden ton przemądrzałem dumy. I to w dodatku urażonej. – Myślisz, że
przychodząc tu prosić cię o pomoc przyprowadziłbym kogoś, kto w moim uznaniu by
się nie nadawał? I marnował swój… Nasz czas?
Uniosłem brew ku górze. Wymowny wyraz.
Freya podeszła bliżej, ale ja nie ruszyłem się ze swojego miejsca. To wszystko
wydawało się denerwująco niewłaściwie nawet obserwowane z daleka. Nic nie
zmusiłoby mnie, żeby podejść bliżej. Niech tancerka ocenia, z czym ma do
czynienia i nad czym trzeba pracować. Wydawało mi się wręcz, że moja rola
została tutaj skończona… Ale nie, nie byłbym sobą, zostawiając to od tak.
Zawsze doprowadzam sprawy do samego
końca. Nie pozwalam im wyślizgnąć się z rąk. Z tym będzie tak samo.
– Zacznij od tańca – odpowiedziałem po
chwili namysłu. Czasu i tak nie było wiele… Tak niewiele. – Skoro obie te
rzeczy są trudne, nie zaczynaj od bardziej niemożliwej – bo to niebezpiecznie przypomina
atak na bestię, której nie da się pokonać. Rzucenie się na pewną porażkę. Tego
już nie powiedziałem na głos.
– W takim razie – odpowiedziała pewnym
siebie głosem kobieta – to wszystko, co dzisiaj mieliśmy do zrobienia. Jutro
przyślę którąś z dziewczyn, żeby ustalić następne spotkanie.
Machnęła dłonią, zbywając temat.
Nie. Rozsądek, choć teraz stłumiony
alkoholem, nakazywał większą ostrożność.
– Przyślij któregoś posłańca. Rozsyłają
pocztę po obozie, rozkazy i wszystkie pomniejsze informacje. Tak będzie
bezpieczniej.
Freya przez chwilę rozważała taką
możliwość. Ale najwyraźniej postanowiła zachować wątpliwości dla siebie, o ile
je miała, bo nie odezwała się, skinęła tylko głową. Później zwróciła się w
stronę kapłanki i zaczęła bez słowa rozwiązywać jeden ze sznurków, który bez
wątpienia przytrzymywał sukienkę na jej ciele.
Drgnąłem. To był wystarczający znak, że rozmowa jest skończona i że nie
należy nic do niej dodawać. Odwróciłem się i wyszedłem z ciemnego
pomieszczenia, a dużo jaśniejsze, do którego wszedłem było kontrastowe.
Odetchnąłem, poprawiając nóż przymocowany do paska. Płaszcz szemrał cicho z
każdym moim ruchem. Jakże to ubranie było okropnie niepraktyczne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz