poniedziałek, 26 czerwca 2017

LXXII



        Skorzystałem z okazji, że nie pilnowało mnie żadne czujne spojrzenie – albo przynajmniej wydawało mi się, że tak jest. Nikogo nie było w tym dziwnie rozmieszczonym wnętrzu, ale koło harfy stało kilka szkatułek, a po przeciwległej stronie nieco większe meble. Słyszałem śmiech i przyciszone głosy. I miałem wyraźnie znajome wrażenie tego, że nie jestem na swoim terenie, że jestem intruzem, zupełnie jak poza granicami obozu czy miasta. Mimo tego przemierzyłem wolno wnętrze. Ciężkie buty stukały o drewno, ale nie skupiałem się na ukrywaniu swojej obecności.
        Któraś z nich zaśmiała się głośniej, a ten dźwięk zamarł tak samo nagle, jak się rozpoczął. Wydawało mi się, że ktoś patrzy. Mimo wszystko coś – może spożyty alkohol – popchnęło mnie do otworzenia jednej ze skrzynek. Przykucnąłem przy niej, podnosząc zaskakująco lekkie wieko.
        Wewnątrz leżał zawinięte niedbale pasy materiału i nuty. Papier szeleścił pod dłoniami, kiedy go podnosiłem. Ciekawość. Podniosłem się wolno, patrząc na partytury trzymane w dłoniach. Ktoś odchrząknął. Niemal podskoczyłem na ten niespodziewany dźwięk, odwróciłem się w kierunku jego źródła.
        – Znów ty?
      Rudowłosa potrząsnęła głową, rude pasma zafalowały w powietrzu.
        – Nikt pana nie uczył, że to nieładnie grzebać w cudzych rzeczach? – zapytała, po czym na jej twarzy pojawił wyraz zamyślenia się. Jakby o czymś zapomniała. – …Panie?
        Prychnąłem cicho, przewracając oczami i odkładając nuty do skrzyni. Może normalnie zdenerwowałaby mnie taka uwaga z ust jakiegokolwiek innego gówniarza, ale nie dzisiaj, nie teraz, kiedy moją głowę przepełniały wspaniałe, wielkie plany.
        – Zwiedzam.
        – Pozwala pan innym oglądać szafki w swoim domu?
        W jej głosie nie było złośliwości. Tylko bezbrzeżna ciekawość. Mogła mieć już piętnaście lat. Albo więcej? Zaplotła dłonie za plecami, przyglądając się otwarcie mojej twarzy. Peszyła mnie taka otwartość, z którą nie spotykałem się często. Głupia dziewucha, czy nie wiedziała, do kogo się zwraca?
        W obozie nie było ani dzieci ani nastolatków. Zapomniałem o bezpośredniości niektórych z nich. Irytującej bezpośredniości.
        – Nie masz czym się zająć? – odwarknąłem, zatrzaskując wieko.
        – Mam czas wolny. Pani nie pozwoliła być z wami w pokoju.
        Mówiła, jakby odpowiedź była oczywista. Czułem się traktowany przez moment jako ktoś, kto nie pojmuje podstawowych rzeczy. Ale to tylko dziecko. Nie wydawało mi się, żeby robiła to specjalne.
        – To jest prawdziwa kapłanka? – zapytała, wskazując dłonią w stronę pokoju. – Najprawdziwsza?
        Nie pozwoliłem sobie na ukłucie paniki, ale to uczucie wślizgnęło się do mojej świadomości. Mówienie temu dziecku zbyt wiele… Na litość wszystkich księżyców, to, co robiliśmy było naprawdę niebezpieczne. Jak właściwie dałem się w to wplątać?
        – Nie – rzuciłem pretensjonalnie. Okazywałem irytację. Odbijałem te uczucia na dziecku. Ale ona nie wyglądała w ogóle na przejętą moim tonem głosu. Kołysała się z pięt na palce i z powrotem. – Idź zająć się nauką… Albo czymś, co robią tancerki w czasie wolnym, nieważne.
        Ktoś znowu się zaśmiał. Co dziwne, nie słyszałem szmerów rozmów, tylko te śmiechy, urywane i dochodzące z różnych stron. Zupełnie, jakby kobiety rozmawiały szeptem między sobą. Dziwne. To miejsce sprawiało, że nie czułem się tak pewny siebie jak gdziekolwiek indziej. Może przez fakt, że otaczały mnie kobiety, zapewne ładne, których nie mogłem zobaczyć. Bardzo dziwne. Potęgowało uczucie, które podsuwał instynkt.
        Kiedy ja się rozglądałem w poszukiwaniu czegoś – choć raczej kogoś – na kim mógł zawiesić wzrok, rudowłosa zniknęła. Bez słowa odeszła, najprawdopodobniej chowając się w jednym z pokojów. Westchnąłem z irytacją.
        Dosłownie kilka chwil później Freya otworzyła kotarę przysłaniającą wejście. Ze swojego rodzaju ulgą wszedłem do jej pokoju.
        Wewnątrz kapłanka miała już na sobie… Dość niecodzienny strój. Chociaż biel towarzyszyła jej wizerunkowi odkąd ją znałem, to bez żadnych zdobień i zdecydowanie bez dodatkowego materiału przyszytego do bioder, który tworzył woal, swobodnie i lekko opadając na ziemię. Rozcięcia na bokach sięgały aż do bioder, gdzie materiał znów łączył się w jednym punkcie. Faktycznie ten widok, tak jak się spodziewałem, był nieprzeznaczony dla nieodpowiednich ludzi. Rzecz jasna, ja należę do odpowiednich.
        – To nie szczęście, tancerko – odparłem, opierając dłonie na biodrach. Być może w moim głosie pojawił się jeden ton przemądrzałem dumy. I to w dodatku urażonej. – Myślisz, że przychodząc tu prosić cię o pomoc przyprowadziłbym kogoś, kto w moim uznaniu by się nie nadawał? I marnował swój… Nasz czas?
        Uniosłem brew ku górze. Wymowny wyraz. Freya podeszła bliżej, ale ja nie ruszyłem się ze swojego miejsca. To wszystko wydawało się denerwująco niewłaściwie nawet obserwowane z daleka. Nic nie zmusiłoby mnie, żeby podejść bliżej. Niech tancerka ocenia, z czym ma do czynienia i nad czym trzeba pracować. Wydawało mi się wręcz, że moja rola została tutaj skończona… Ale nie, nie byłbym sobą, zostawiając to od tak.
        Zawsze doprowadzam sprawy do samego końca. Nie pozwalam im wyślizgnąć się z rąk. Z tym będzie tak samo.
        – Zacznij od tańca – odpowiedziałem po chwili namysłu. Czasu i tak nie było wiele… Tak niewiele. – Skoro obie te rzeczy są trudne, nie zaczynaj od bardziej niemożliwej – bo to niebezpiecznie przypomina atak na bestię, której nie da się pokonać. Rzucenie się na pewną porażkę. Tego już nie powiedziałem na głos.
        – W takim razie – odpowiedziała pewnym siebie głosem kobieta – to wszystko, co dzisiaj mieliśmy do zrobienia. Jutro przyślę którąś z dziewczyn, żeby ustalić następne spotkanie.
        Machnęła dłonią, zbywając temat.
        Nie. Rozsądek, choć teraz stłumiony alkoholem, nakazywał większą ostrożność.
        – Przyślij któregoś posłańca. Rozsyłają pocztę po obozie, rozkazy i wszystkie pomniejsze informacje. Tak będzie bezpieczniej.
        Freya przez chwilę rozważała taką możliwość. Ale najwyraźniej postanowiła zachować wątpliwości dla siebie, o ile je miała, bo nie odezwała się, skinęła tylko głową. Później zwróciła się w stronę kapłanki i zaczęła bez słowa rozwiązywać jeden ze sznurków, który bez wątpienia przytrzymywał sukienkę na jej ciele.
        Drgnąłem. To był wystarczający znak, że rozmowa jest skończona i że nie należy nic do niej dodawać. Odwróciłem się i wyszedłem z ciemnego pomieszczenia, a dużo jaśniejsze, do którego wszedłem było kontrastowe. Odetchnąłem, poprawiając nóż przymocowany do paska. Płaszcz szemrał cicho z każdym moim ruchem. Jakże to ubranie było okropnie niepraktyczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/