Odwróciłem
się gwałtownie, teraz stojąc przodem do smukłej postaci znajdującej się po
przeciwnej stronie sali. Co to miało znaczyć? Skąd ta pewność, że wyczuwałem
jej odmowę?
Nie zdążyłem tego przeanalizować. Poza
tym mój nerwowy gest w ogóle nie został zauważony przez Esję, byłem tego
pewien. Stałem w miejscu, nie odważając się nawet drgnąć. W tym momencie dałbym
wiele, żeby zamienić się w jeden z posągów stojących przy ścianie, wejść w
poczet jednej z ogromnych rzeźb. Żeby być jak jeden z tych pieprzonych bogów,
którzy jeśli w ogóle istnieli, to po prostu patrzyli na cierpienia innych. Nie
musieli odpowiadać. Nie musieli się martwić. Mogli mieć wszystko głęboko w
dupie. Wiele bym dał, żeby być na ich miejscu.
Chociaż nawet nie wierzyłem, że
istnieją. Wierzyłem, że jeśli ktoś kieruje naszym losem, to my sami, a żadna
wyższa siła nie macza w tym palców. Nie drgnąłem aż do momentu, kiedy
dziewczyna opadła na podłogę. Dopiero wtedy bezgłośnie po miękkich dywanach,
powoli skierowałem się w jej stronę. Była jak ranne zwierze, wołające kogoś ze
swojej watachy o pomoc.
Zamiast pomocy przyszedł jednak inny
drapieżnik, skuszony nawoływaniem zwierzyny.
Nie miałem na celu się zakradać, ale
wyuczone instynkty kazały mi trzymać się dywanów, żeby buty obite w stal nie
uderzały o posadzkę. Esja i tak zdawała się mnie początkowo nie widzieć, fala
słów, żalu i goryczy wylewała się z jej ust. Dokładnie to samo mówiłem, kiedy
przywieziono je do obozu. Świątynia, która nie miała żadnej straży. Kapłanki
wystawione jako ofiara na żer dla tych, którzy nie mieli naszych bogów. Tak
samo wzburzał mnie ten stan rzeczy jeszcze kilka dni temu. Baranki, które ktoś
złożył na świątynnym ołtarzu płaciły... W imię czego? Boga? Z trudem
przychodziło mi pojęcie, że ta dziewczyna nadal wyraża się o bogu w ten sposób,
jakby ten naprawdę istniał.
Kiedy skończyła mówić, byłem już
blisko. Wyprostowałem się i pokonałem kilka dzielących nas kroków. Spojrzałem z
góry na oczy, w których płonęła nienawiść, żal i ból, którego nigdy nikomu nie
przyjdzie poznać. Którego nigdy nie będzie umiała się pozbyć ani którego nie
może przelać na nikogo innego. Znałem ten rodzaj ciężaru, choć mój wydawał się
nieporównany z tym, który należał do niej. Powoli skinąłem głową.
– Poczekaj tutaj – powiedziałem,
rozglądając się na boki. Ta sala miała tylko jedno wejście, uznałem ją więc za
stosunkowo bezpieczną. I w miarę prywatną, jeśli Esja zamierzałaby... Coś
zrobić. – Woda jest w jukach, które niesie jeden z ludzi. Zaraz wrócę.
Z tymi słowami na ustach opuściłem
pomieszczenie, nie domykając za sobą drzwi. Te i tak wystarczająco ciężko było
otworzyć, coś musiało uszkodzić zawiasy jeszcze zanim spadł na świątynię kataklizm.
Wszedłem do pomieszczenia, w którym przywitała mnie ciepła łuna ognia z
pochodni. Ludzie spojrzeli na mnie, a później wrócili do swoich zajęć. Dwójka
zniknęła, prawdopodobnie przeszukując schowki znajdujące się na wyższym
piętrze.
– Pospieszcie się. Ja sprawdzę tamto
miejsce, a później przechodzimy dalej.
– Nareszcie. Nie zamierzałem
przesiedzieć w tym miejscu całego swojego życia – mruknął Ithrick, podnosząc
kolejne z papierów, które porozwalane leżały przy ścianie.
– To powietrze – wtrącił się jeden z
żołnierzy – sprawia, że mam dreszcze.
Wyciągnąłem bukłak z wodą, zatrzaskując
język za zębami, żeby nie dodać kilku slów od siebie. Faktycznie, miejsce było
ponure i nikt z nas nie chciał w nim przesiadywać. Wszyscy mieli posępne miny.
Może słyszeli to, co przed chwilą wykrzyczała Esja. Wydawało mi się, że patrzą
na mnie dziwnie z ukosa. To tylko sprawiało, że chciałem wyglądać na jak
najmniej wzruszonego atmosferą tego miejsca. Wyprostowałem się powoli i
zmierzyłem ich chłodnym spojrzeniem.
– Zachowujecie się jak baby – rzuciłem,
krzywiąc się w mało przyjaznym uśmiechu. Pstryknąłem palcami w powietrzu,
kierując się do pomieszczenia, z którego przed chwilą wyszedłem. – Bierzcie wszysko,
co może mieć jakąś wartość. A jak się pospieszycie, to szybciej uda nam się
stąd wyjść, więc do roboty, nie gadania – fuknąłem, zostawiając ich za plecami.
Tym razem zamknąłem za sobą drzwi,
podałem kapłance wodę. Nie zmieniła pozycji, zupełnie jakby jej wcale nie
zależało na opuszczeniu tego miejsca. Jakby wszystko i tak już straciło sens,
więc nie miało znaczenia, gdzie się znajduje. Znałem ten stan otępienia. Wielu
żołnierzy przechodziło go po ciężkiej bitwie. Na szczęście też wiedziałem, jak ją
z niego wyleczyć. Nie usiadłem obok niej, jedynie oparłem się o ścianę,
spoglądając z tej perspektywy na posągi.
– Mówisz, że wolałabyś umrzeć tamtego
dnia. Gdybyś miała wybór, skazałabyś siebie sama na śmierć? – zapytałem,
przenosząc spojrzenie na nią. Złość i nienawiść, prowokacja, wściekłość. To
najczęściej pomagało ludziom otrząsnąć się z tego stanu. – Jeśli masz przewagę
w postaci szacunku, na który nie musisz pracować naucz się lepiej, jak go
wykorzystywać w odpowiednich sytuacjach. W przeciętnym oddziale hierarchia
opiera się na strachu. W dobrym – na szacunku. Nad nimi nie masz przewagi, bo
brakuje im podstawowego szacunku dla władz, którym nie podlegają i utrzymujesz,
że ci się to podoba. Kiedy staniesz oko w oko z kimś, kto nie waha się użyć
żadnego punktu swojej przewagi, a za cel honoru weźmiesz sobie zarobienie jego
przychylności, runiesz w dół niczym ptak, który nie zdążył rozwinąć skrzydeł.
Chyba, że nauczysz się jak latać, kiedy ktoś chce, żebyś spadała – mówiłem powoli,
bez wielu emocjonalnych zabarwień. Wbrew temu, co po sobie pokazywałem z każdym
słowem rósł we mnie ogień zapalczywości. Pożerał wszystko, co stanęło mu na
drodze. Kapłanka może być bronią. Może być śmiertelnym zagrożeniem dla
przeciwników, jeśli tylko nauczy się ją jak to robić. Tak długo, jak nie ma
zwierzchnika ani męża. Nie potrafiłem wyprzeć ze świadomości myśli, żeby nie
odsyłać jej do stolicy Tak jak wcześniej nie chciałem słyszeć o niczym innym,
teraz wizje tego, kim mógłbym ją uczynić przejęły władzę nad moim umysłem.
Wciągnąłem w płuca ogromny haust powietrza.
Wydawało się świeże i orzeźwiające, jakbyśmy wcale nie byli w ruinach świątyni.
Powoli opanowałem drżenie dłoni poprzez zaciśnięcie ich w pięści. Rozsądek,
Nevanie. Myślenie i inteligencja, opanowanie ponad żywą chęcią zemsty i
pragnieniem władzy.
– Jeśli mogę wysnuć podejrzenie –
podjąłem ponownie, tym razem pochylając się i kucając obok niej. Nie czekając
na zgodą kontynuowałem niemal od razu. – To sądzę, że nie wybrałabyś śmierci.
Sądzę, że twoje przetrwanie katastrofy o czymś świadczy. Mogłaś z ukrycia
krzyczeć o pomoc, znaleźliby cię i zabili. Ale coś, odwaga albo paniczny
strach, coś sprawiło, że trwałaś bez piśnięcia. To świadczy o sile, którą
posiadasz i z której nie zdajesz sobie sprawy. Żyjesz, bo dosięgnęłaś tej siły,
uczepiłaś się jej i przetrwałaś – dokończyłem cicho.
Od jak dawna myślałem nad tymi słowami?
Wydawało mi się, że teraz zpontanicznie opuszczają moje usta, ale brzmiały na
przemyślane. Podświadomość musiaa układać je w mojej głowie od jakiegoś czasu.
Podniosłem się i wyprostowałem kolana.
Czas ruszać.
I w rzeczywistości, coś się poruszyło.
A raczej cały budynek zatrząsł się w posadach, kamienne ściany zgrzytnęły
złowieszczo, posypał się kurz i tynk z
bardziej naruszonych ścian. Złapałem się ściany intuicyjnie, to nie był
najlepszy wybór. Ta przecież drżała, jakby ogromna siła poruszała całą ziemią w
posadach. Zachłysnąłem się powietrzem.
Pierwszy wstrząs był najsilniejszy.
Kiedy ustąpił, złapałem Esję za ramię i zmusiłem do wstania, podążenia za moimi
krokami. Po nim jednak nastąpiła seria kolejnych, nieco lżejszych ale nie mniej
przerażających. Razem wpadliśmy do okrągłego pomieszczenia, gdzie znajdywała
się reszta ludzi.
– Wynosić się stąd! – krzyknąłem,
biegnąc przez salę w kierunku drzwi prowadzących do wyjścia. W międzyczasie
puściłem ramię dziewczyny, złapałem juki z najważniejszymi rzeczami i
oglądnąłem się przez ramię. –Na
dziedziniec, byle jak najdalej od budynku! Uważajcie na spadające kam...
Nie zdążyłem dokończyć. Kamienny blok
podtrzymujący sufit jęknął przeciągle, żałośnie, po czym wysunął się z
konstrukcji. Odskoczyłem w ostatniej chwili, zabierając cenne znaleziska, wodę
i prywatne rzeczy. Zakląłem, szukając wzrokiem kapłanki. Kamienny blok
rozdzielił nas, po jej stronie stała reszta. Wspiąłem się na kamień,
przeskakując na drugą jego stronę zdążyłem tylko wysyczeć krótki rozkaz.
Biegnij.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz