Nie wiem, czy oczekiwałam po nim konkretnej reakcji. Raczej nie, nigdy się nikomu z tego nie zwierzałam, więc była to dla mnie całkiem nowa sytuacja, a nawet jeśli wywołałam ją sama, to nie mogłam niczego się spodziewać. Uczyłam się, jak to jest wyrzucić z siebie wszelkie żale, dać upust negatywnym emocją. Było to, jak spowiedź, tylko, że przed bogiem człowiek po prostu podnosił się z kolan i wychodził, przed inną osobą natomiast istniało duże ryzyko, że już zawsze będziemy postrzegani przez pryzmat chwili, w której okazaliśmy się być najsłabszymi. Tak, jak ja teraz, będę żyła ze świadomością, że Tealvash wie nieco więcej, niż wiedzą inni.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem, ale nie odprowadziłam go spojrzeniem. Nadal wzrokiem wodząc po oślepionym posągu, starałam się odsunąć myśli od dni, w których świątynia była miejscem świetności. To już nie wróci, wszystko, co tutaj stało w tak krótkim czasie zamieniło się w ruiny. Mój dom, wiele lat mego istnienia, widziałam, jak wielka część mego jestestwa popada w zapomnienie. Cóż to mogło oznaczać dla mnie? Czyżbym stracić miała część siebie?
Słyszałam pomruki rozmów, a niedługo po tym Nevan znów był przy mnie, podał mi wodę, ktorej napiłam się powoli, lecz łapczywie. Potrzebowałam płynu bardziej, niż mogłam się spodziewać. Moje gardło domagało się nawilżenia, ale uszy bardziej ciekawe były słów mężczyzny, które wbrew moim powątpiewaniom faktycznie nastąpiły.
Nie dał mi czasu na odpowiedź, kontynuował, a ja nie chciałam niczego przegapić. Jakby już coś mi dawno powiedziało, że muszę wynieść z jego wypowiedzi każde słowo, nawet to pozornie nieistotne. Zapewne miał racje, bo i czemu miałby mnie mamić? Wydawał się w tej chwili o wiele bardziej ludzki, niż wcześniej, ale nie byłam zaskoczona. Zbyt wiele innych emocji we mnie obudził, aby znalazło się tutaj jeszcze miejsce na zaskoczenie. Wykorzystać to jako przewagę? Szacunek przypisany do tytułu? Jak ma to zrobić? Jestem tylko dzieckiem we mgle, nie oszukujmy się, daleko mi do wojownika, poza tym to on przede wszystkim powinien postrzegać mnie jak słabe obciążenie.
Mówił jednak dalej, pochylił się, zmniejszył dystans, ale nie czułam osaczenia. Uniosłam na niego spojrzenie zmęczonych oczu, analizując dalszą wypowiedź. Miał rację, nie wybrałabym śmierci i już miałam to uzasadnić swoim tchórzostwem, ale nie dał mi czasu, aby mu przerwać. Miał w sobie coś, co nie pozwalało wchodzić mu w słowo, kiedy sam tego nie chciał. Władzę, którą znałam już od jakiegoś czasu, ale której nie rozumiałam i może ostatnio zaczęłam nieco podziwiać. Pytanie tylko, czy go szanują, czy się go boją? A co jeśli i jedno i drugie? Czy wówczas jest przeklęty, czy wyniesiony pod niebiosa? Znienawidzony, czy podziwiany?
- To raczej paniczny strach - powiedziałam ponuro, a mój głos zabrzmiał wyjątkowo obco. Nic więcej niedane było mi dodać, bo wszystko dookoła zaczęło się trząść, a nim sama cokolwiek uczyniłam, mężczyzna zdążył mnie jeszcze jeden raz tego dnia podnieść. Tym razem było to jednak nieprzyjemne szarpnięcie, a potem poczułam, jak ciągnie mnie do wyjścia, tym samym zmuszając moje nogi do biegu, a serce do obijania się o moje żebra.
Wypadliśmy do pomieszczenia, w którym znajdowała się reszta naszej grupy. Tutaj wstrząsy wcale nie osłabły, a wręcz przeciwnie, przybrały na sile. Byłam przerażona i gotowa byłam pomyśleć, że to miejsce zostało przeklęte... albo to ja. Moja zasługa. Raz wymknęłam się śmierci i teraz, gdy wróciłam nie będę w stanie już umknąć z życiem. W całej tej rozpaczy, dotarło do mnie, że mogłam swoją lekkomyślnością narazić życia innych, kolejnych niewinnych ludzi. Nic jednak nie zrobiłam, tak długo, jak silna dłoń Nevana ciągnęła mnie na przód. Jednak uścisk w końcu zelżał, a w mojej głowie było to porównywalne do odcięcia się od powietrza. W pierwszej chwili przeżywałam to samo, co w dniu tutejszej rzezi. Nie wiedziałam gdzie biec, co robić. Panikowałam. Z sufitu spadł jakiś kamień. Wrzasnęłam. Nevan wyłonił się z ciemności, kazał biec, usłuchałam zmuszając plątające się nogi do biegu. Wypadliśmy na korytarz, potem kolejny zakręt, więcej paniki, ale światło bijące z wejścia zachęcało do wysilenia mięśni. Mężczyźni wypadali, raz, po razie na zewnątrz, byliśmy bezpieczni. Wszyscy rzucali bukłaki i inne znaleziska na ziemię, biegłam z nich wszystkich najwolniej, ale Nevam ciągle oglądał się, żeby mieć pewność, że jestem. Kiedy więc miałam już wybiec na plac, coś zmusiło mnie do zatrzymania się, jakaś myśl. Widziałam, że każdy na mnie patrzy, widziałam, jak wrzeszczą, ale nie słyszałam co konkretnie. Potem odwrócił się do mnie ten, ze szkarłatnymi oczami, jego mina jasno świadczyła o tym, że miałam się ruszyć z miejsca. Odruchowo cofnęłam się o trzy kroki, wiedząc, że inaczej doskoczy do mnie w ułamku sekundy.
- Lance zaraz zginie! - nie wiedziałam, że to wykrzykuję, dopiero po chwili dotarły do mnie własne słowa. Odwróciłam się, zaczęłam biec wgłąb świątyni, nie bacząc na trzęsące się sklepienia. Nie wbiegłam nawet do kolejnego korytarza, kiedy poczułam, jak coś mnie łapie. Poczęłam się wyrywać, ignorując głos Tealvasha. - Zginą! Zginą!!! - wrzeszczałam mając świadomość, że o własnych siłach mu się nigdy nie wyrwę. W oczach wzbierał mi słony płyn i kiedy pewna byłam, że wytarga mnie na zewnątrz, obaliły się trzy filary, osypując się kamieniami na wyjście, skutecznie je blokując. Oboje odskoczyliśmy na jakąś wyrwę kamieni, a w zasadzie bardziej Nevan odskoczył, ciągnąc mnie ze sobą. Silne spotkanie z jego zbroją nie należało do przyjemnych, ale nie zostaliśmy zmiażdżeni, wręcz przeciwnie... lecieliśmy w dół, ale nie wiedziałam jakim cudem, po prostu tarabaniliśmy się jakimś tunelem, aż nie wypadliśmy w sam środek piwnicy.
- Co wy tutaj do kurwy robicie?! - wrzasnął na nas jeden z żołnierzy, co mną otrząsnęło. Musieliśmy wypaść prosto do miejsca w którym znajdowała się druga grupa, a tym samym do miejsca, gdzie miałam się dostać.
Z trudem odplątałam się z rąk Nevana, korzystając z momentu ogłuszenia. Sama byłam pewnie nawet w gorszym stanie, niż on, ale wiedziałam, że muszę działaś. Wypatrzyłam Lance'a, stał przy jednym z tunelów, chciał do niego zaglądnąć. Nie był świadomy zagrożenia, czy kpił z niego?
- Odsuń się!
- Esja!
- Stać!!!
Plątanina wielu głosów, a wśród męskich, jedyny damski - mój. Z trudem dopadłam Lance'a, pchnęłam go, ale byłam za słaba, za drobna, aby widowiskowo rzucił się przez to na ziemię. To jednak wystarczyło, aby kupić mu kilka sekund. Może nawet zaledwie dwie, w których czarny cień wyłonił się z tunelu, gotowy porwać do niego Lance'a, które położenie w ostatniej chwili się zmieniło na tyle, by pazury potwora przejechały jedynie po ręce mężczyzny. Mnie samą blondyn zdążył rzucić o podłogę, jak to ja planowałam zrobić z nim. Serce biło mi przeraźliwie, kiedy wszyscy stawali do walki. Ja sama nie mogłam zrobić nic, ale w głowie miałam jedynie jedną myśl, która jedynie potęgowała strach przed stworem, jak i strach o żołnierzy.
Jeśli coś im się stanie to tylko przeze mnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz