Spojrzałam na Nevana, analizując jego słowa. Nie pytał. Stwierdził bezbłędnie. Nie chciałam tego komentować, wierząc, że tym samym doda mi to nieco więcej odwagi i siły w jego oczach.
- Powiedz mu, że nie chciałam, dziękuję - odpowiedziałam jedynie na wcześniejsze słowa mężczyzny, jakby chcąc ukryć stwierdzenie tak dosadne, że niemalże okrywające mnie swoistym wstydem. Dałam się ponieść emocją i on o tym wiedział. To tylko zniszczony instrument, pełno tutaj szczątek, w których brak oznak dawnej świetności. A jednak było to moje. Mało rzeczy w świątyni miało się na własność. Większość była dla wszystkich, na użytek wspólny. Tylko dziewczyny z potencjałem muzycznym dostawały swoje instrumenty, aby móc tym samym uczyć te młodsze. Tak działała świątynia. Starsi uczyli młodszych, a jeśli jakaś kapłanka urodziła się, niestety wyjątkowo szkaradna, bo wbrew plotką boski znak nie ingerował w urodę, to pozostawała, by służyć bogu po kres swoich dni. Chyba, że znalazł się ktoś niemajętny, kto pragnął żony ze świątyni. Z perspektywy czasu miejsce to, tak piękne i podniosłe, przerobili na swoiste miejsce handlu. Kiedy tutaj żyłam, w życiu nie pozwoliłabym sobie na tak ordynarne stwierdzenie, ale teraz, słysząc w uszach krzyki niewinnych kobiet, nie mogłam odmówić sobie takiego porównania.
Stałam w miejscu, czując pod nogami miękki dywan. To miejsce wydawało się być nietknięte, smród nie przewracał moich trzewi, a światło pozwalało widzieć więcej, niż dotychczas. Słyszałam, jak Tealvash przechodzi się po pomieszczeniu, ale sama patrzyłam na pomnik z pustymi oczodołami, w których niegdyś mieściły się kryształowe oczy. Podobnie wykuli kminie w głównej sali z postacią Arethora, tam, gdzie mogło zakończyć się moje życie.
Do uszu docierały mi słowa Nevana, a mózg nie próbował poddawać ich niepotrzebnej analizie. Słuchałam tak, jak mówił, wierząc w emocje, których sam używał. Nic do nich nie dopisywałam, może dlatego tak mnie dotknęły? Niewiele wiedziałam o tym, jak wygląda rodzina, wiedziałam jedynie... że moja własna oddała mnie tutaj. Nie powinnam złorzeczyć, nie w miejscu kultu, ale był to dla mnie temat trudny i chociaż od dziecka tłumaczono nam, że nasze rodziny postąpiły dla nas najlepiej jak mogły, to brakowało mi czegoś, o czym nie miałam pojęcia. Uczuciu, które wpierw poznajemy od matki, a którego ja nigdy nie znałam.
Kiedy tak nagle zmienił temat, skończył wywód, nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Odwróciłam wzrok od posągu, spojrzałam w te czerwone oczy, oczy koloru krwi wszystkich kapłanek, jakie tutaj poległy. Coś znowu ścisnęło mnie w żołądku. Musiałam wziąć się w garść, ale byłam naprawdę zaskoczona. Czy postąpię lekkomyślnie, podejrzewając oficera o przejmowanie się moją osobą? Czy to tylko gra, a może moja zwykła chęć poczucia, że ktoś rozumie ból, jaki przeżyłam? Czy w ogóle chciał go rozumieć? W głowie miałam miliony pytań, a wszystkie je zwieńczała jedna pewna myśl podsumowania: nigdy nie zapytasz. Nigdy nie poznasz na ie odpowiedzi, bo boisz się, że najpewniej odpowiedzi te nie będą łaskawe.
- Nie trzeba - odpowiedziałam na jego słowa, a po chwili zaskoczyła mnie własna myśl, która sprawiła, że po pustej twarzy przemknął cień bliżej nieokreślonej emocji. - Ale przecież byłeś świadomy, że odmówię - zauważyłam, dziwnie pewna tych słów. - Dlaczego mieliby mnie traktować z szacunkiem? Bo urodziłam się ze znakiem, którego nawet nie widzieli? Bo jedyna przeżyłam? Za to można by mnie nienawidzić... ale nie ma kto. Bo widzisz, żadna z nich nie miała rodziny, ja też jej nie mam. Nawet te, które zostały zaręczone nie mają nikogo, kto je opłakuje. Przyszli mężowie machną ręką, znajdą narzeczoną w innej świątyni. Nie pomyślą o tym, że wypadałoby opłakiwać duszę ich niedoszłej żony, bo nikt ich nawet nie znał! Nikogo do nas nie wpuszczali! Nikt nas nie uczył, jak się bronić, ani nawet jak sprawnie uciekać! - nie wiem, jak doszło do takiej zmiany tematu. Miałam się trzymać, ale było ciężko szczególnie tutaj, gdzie zwykle oddawaliśmy się szczerej spowiedzi przed obliczem bogów. Zrobiłam dwa kroki w tył, napotkałam mur i pozwoliłam sobie po nim zjechać, by w końcu kolanami dotknąć dywanu. - Weszli tutaj, robiąc co chcą! Szarpiąc je, wszystkie, zarówno stare, jak i młode. Piękne i nieurodziwe! Jaka więc u nich panowała dyscyplina? Kiedy wyrywali sobie jedną nawzajem, bądź trzymali nawet po trzy naraz! To był chaos i... nie wiem, czy nie lepiej byłoby odejść wraz z nimi, niż przeżyć to wszystko, tylko po to, aby wyjść za kogoś, dla kogo jestem jedynie symbolem. Dlatego nie chcę szacunku twoich ludzi... bo nie szanowaliby mnie, tylko symbol. Jeśli Arethor pozwoli, to kupie sobie ich przychylność, jako ja, własną siłą, lub jej brakiem. Nie chcę już jednak polegać na mrzonkach i marzeniach, o czymś, czego nie ma - dokończyłam, dopiero teraz zdajac sobie sprawę z tego, ile słów się ze mnie wylało. Byłam w szoku. Nie planowałam tego, chociaż wiedziałam już wcześniej, że miałam na to ochotę, że potrzebowałam takiej niczym niepohamowanej spowiedzi. Jednakże nie oczy Arethora, jak kiedyś się iskrzyły nade mną, a te przerażające, krwistoczerwone, należące do dowódcy wojsk.
Patrzyłam na niego przez chwilę. Szukając w głowie jakiś odpowiednich słów. Byłam zmieszana, roztrzęsiona, ale cieszyło mnie to, że nie wybuchłam płaczem. Może to dostrzeże, może to mnie uratuje od tytułu kuli u nogi, jaką bez wątpienia byłam na tej wyprawie. Miałam pomagać, a jedynie przeszkadzałam w poszukiwaniach. Sama wydałam na siebie ten wyrok, a cios był taki, jakby to najsilniejszy wojak na wyprawie wymierzył mi go prosto w brzuch.
- Przepraszam, poniosło mnie - te słowa tak obco brzmiały, po długim wywodzie. Starałam się doprowadzić do siebie. Przetrzeć twarz, może podnieść się z ziemi. W gardle miałam istną suszę i uznałam, że tutaj kończy się odpieranie każdej chęci pomocy, na jaką Tealvash się zdobędzie. - Czy nadal mogę liczyć na wodę? - zapytałam niepewnie, czując się głupio, szczególnie teraz. Nie mniej jednak z trudem wypowiadałam te słowa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz