czwartek, 15 czerwca 2017

XLII



        Przez krótką chwilę nie miałem pojęcia, gdzie biec, gdzie znajduje się wyjście. Mózg panicznie szukał drogi ucieczki, a kiedy jej nie znajdował, wpadał w stan podwyższonej adrenaliny, która tym bardziej nie pomagała. Czułem jak serce wali mi w piersi, kiedy chwytałem hełm. Nie zdążyłem go nawet założyć, moje ręce zajęte były przez inne znaleziska. Popchnąłem Esję w przód, ale nie wywróciła się, bo sama zaczęła biec. Nie wiedziałem, co się działo.
        W moich uszach brzęczała nieprzyjemna pustka, a chociaż ludzie ruszali ustami, najpewniej krzyczeli, to do mnie to nie dociearło. Jedynie nieprzyjemne, jednostajne buczenie. Kamień musiał upaść zbyt blisko. W tym momencie czułem bicie swojego serca. Puls tętnicy szyjnej. Czułem rytmiczne uderzanie butami o kamienną posadzkę, przeskakując sługimi susami schody i inne przeszkody. Ciało działało samodzielne, pozbawione słuchu i orientacji w terenie. Działał instynkt przetrwania, który wskoczył na miejsce racjonalnego myślenia.
        Ten stan trwał kilkanaście bardzo długich sekund.
        Dopiero, kiedy wypadliśmy na zalany o tej porze światłem dziennym główny dziedziniec dotarły do mnie inne impulsy. Dyszenie, dźwięk kroków, krzyki. Wszystko trzęsło się jeszcze przez chwilę, kamienie spadały, a później nastała przerwa. Straszliwa, złowroga cisza. Wszystko zamarło, a kiedy wróciło do normalności stało się nienaturalne.
        – Wyłaź stamdąd, szalona dziewczyno!
        Ktoś krzyczał. Ktoś machał rękami. Śłońce było jasne, oślepiało po kontraście z ciemnością zamkniętych, krętych korytarzy. Odwróciłem się. Zacisnąłem dłonie na hełmie. Esja została z tyłu. Zatrzymała się. O co...
        Zakląłem. Przekląłem jej ród do kilku pokoleń wstecz, a później wskoczyłem za nią do waącego się budynku. Ktoś z tyłu jęknął, zgrzytnęła stal. Dopiero chwilę później zorientowałem się, że to była moja zbroja, ocierająca się o kamienną ścianę, kiedy rzuciłem się w pogoń. Starałem się unikać przeszkód, ale było to trudne, nawet w lekkiej zbroi.
        – Nie pozwolę ci tu zginąć! – krzyknąłem, starając się przekrzyczeć hałas rozpadającego się budynku, jak i własny nie do końca normalny jeszcze słuch. – Słyszałaś mnie?! Nie ziniesz tu, nie pod moją opieką!
        Nie słyszała. Krzyczała swoje, zupełnie ignorując moje słowa. Wszystko toczyło się tak szybko, że nie miałem czasu na swoją chłodną kalkulację. Mój refleks sprawiał jednak, że nawet bez niej odnajdywałem się w sytuacji. Walka była niezamienną częścią mojego życia. Zawsze walczyłem o wszystko, a w dodatku sprawiało mi to chorą satysfakcję. Nawet teraz, czując przypływ adrenaliny czułem się zupełnie w swoim żywiole. Ale na szali było nie tylko moje życie, co szybko sobie uświadomiłem. Właśnie to ściągnęło mnie na ziemię.
        W ostatniej wydawało się chwili odskoczyłem w bok. Tunel był dość szeroki, żebyśmy zmieścili się w nim oboje. Wewnątrz jednak zupełnie straciłem kontrolę nad czymkolwiek. Nawet na myśl mi nie przyszło, że to przejście nie powstało z ludzkich rąk. Najważniejsza była jedna myśl: oby przeżyć. Ja miałem zbroję. Kilka potłuczeń nie było mi strasznych, gorzej było z Esją. Starałem się trzymać ją e ramionach, ale nawet to nie było łatwym zadaniem wewnątrz tak ciasnej przestrzeni. Po prostu lecieliśmy w dół, w jedynym kierunku, który teraz wydawał mi sie być bezpieczny. Nie miałem pojęcia, co czeka na dole, ale nawet się to nie liczyło.
        Nie dotarło do mnie, kiedy konkretnie się zatrzymaliśmy. Walczyłem z zawrotami głowy i hukiem, który nadal odbijał się wewnątrz mojej czaszki i tworzył nieprzyjemne echa. Podniosłem się powoli, starając się złapać równowagę. Machinalnie założyłem hełm na głowę.
        Dopiero wtedy zobaczyłem, co się dzieje.
        Miecz pojawił się w mojej dłoni w ułamku sekundy, podobnie jak u innych mężczyzn. Ale potwór nie zamierzał czekać, aż przygotujemy się do ataku. Natarł od razu, bez ludzkiego czynnika wahania. Wyczuł, że mamy przewagę liczebną, rzucił się więc na Lance’a ponownie, który zatoczył się pod wpływem wcześniejszego uderzenia. Jego krew zostawiała ślady na posadzce, kiedy odskakiwał przed ciosem odnóży napastnika.
        Ktoś dopadł do niego z drugiej strony, zamachnął się do ciosu, ale jaszczur zwinął się z niewiarygodną prędkością i uderzył ogonem, odrzucając człowieka niczym szmacianą lalkę. Budynek wcale nie przestawał się sypać, chociaż zdawało się, że jest coraz mniej niestabiny. Nie pomagało mi to w utrzymywaniu postawy, ale przeciwnikowi też nie. Zrobiłem kilka szybkich kroków w przód i zamachnąłem się w półobrocie, znajdując się pomiędzy potworem a Lancem i leżącą na ziemi dziewczyną. Z drugiej strony okrążało przeciwnika dwóch innych ludzi.
        Któryś z nich zadał pierwszy cios, uderzając za tylne łapy, gdzie powinien znajdować się kręgosłóp. Trysnęła zielonkawego koloru posoka, opryskując wszystko dookoła. Wykorzytałem moment, żeby jednym silnym machnięciem miecza trzymanym oburącz ciąć potwora w miejsce, gdzie zaczynała się głowa. Tkanka mózgu swtworzenia rozpłynęła się niczym galareta po posadzce, a ciało drgnęło w konwulsjach, kiedy inny żołnierz przebijał ciało. Dla pewności.
        Pierwszy raz złapałem głęboki oddech i poczułem smród, który unosił się w powietrzu. Nie tylko pamiątka rabunku ze świątyni, ale i znak, że coś zamieszkało podziemię.
        – Obrzydliwa sprawa – odezwał się Eliah, wycierając miecz o kawałek szmaty, którą znalazł na podłodze i chowając go do pochwy.
        Postąpiłem tak jak on, starając się unormować oddech. Mój bark ciągle dawał o sobie znać z poprzedniej wyprawy. Czułem, że moje ciało jest całe poobijane, ale tym razem przyłbica przynajmniej odrobinę zasłaniała moją twarz. Miałem ochotę splunąć na truchło. Powstrzymałem się.
        – To on musiał stać za brakiem zwłok kapłanek na dziedzińcu i w świątyni – powiedziałem, choć teraz to było oczywiste. Mogłem pluć sobie w brodę, że nie zorientowałem się wcześniej. – I za zadrapaniami na moście.
        – Widziałem to samo – przyznał blondyn, ocierając rękawicą czoło i brodę.
        Oblepiony śliską mazią, brudny od kurzu, ziemi i potu, czułem nadchodzącą falę zmęczenia. Była jednak niczym w porównaniu do tego, co naprawdę mógłbym znieść. Odwróciłem się w stronę blondyna. Jego ręka wygięta była pod dziwnym kątem, krew sączyła się z miejsca, które uciskał drugą dłonią. Opadł na kolana, a później usiadł na brudnej ziemi, krzywiąc się z bólu.
        – Najpierw opatrunek – zadecydowałem, rozglądając się. Nie wiadomo, czy ten okaz, który leżał martwy u naszych stóp był jedynym, który mieszkał w piwnicach. – Zabierz kapłankę i znajdź stąd wyjście. To na dziedziniec zostało zasypane, ale może Esja zna inną drogę. Ja muszę zająć się jego ramieniem, nie da rady dostać się na górę bez usztywnienia i zatamowania krwi.
        Nie znałem się na medycynie tak dobrze, jak powinienem, ale wiedziałem co zrobić, żeby zapobiec wykrwawieniu się i przemieszczeniom kości. Podniosłem kawałek skórzanego paska, który leżał przy ścianie, a później oderwałem jeden rękaw koszuli, który wystawał spod zbroi. Dorobię się odcisków i popażeń, ale teraz nie miało to znaczenia. Liczyło się to, żeby Lance był bezpieczny, nieważne jak wielkim idiotą był wcześniej.
        – W obozie i tak będziesz musiał iść do medyka, żeby się tym zajął – mruknąłem, podnosząc jego ramię i zmuszając, żeby przesunął się w moim kierunku. Powietrze przeszyła fala przekleństw, kiedy zabrałem się do pracy.
 .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/