Przez
krótką chwilę nie miałem pojęcia, gdzie biec, gdzie znajduje się wyjście. Mózg
panicznie szukał drogi ucieczki, a kiedy jej nie znajdował, wpadał w stan
podwyższonej adrenaliny, która tym bardziej nie pomagała. Czułem jak serce wali
mi w piersi, kiedy chwytałem hełm. Nie zdążyłem go nawet założyć, moje ręce
zajęte były przez inne znaleziska. Popchnąłem Esję w przód, ale nie wywróciła
się, bo sama zaczęła biec. Nie wiedziałem, co się działo.
W moich uszach brzęczała nieprzyjemna
pustka, a chociaż ludzie ruszali ustami, najpewniej krzyczeli, to do mnie to
nie dociearło. Jedynie nieprzyjemne, jednostajne buczenie. Kamień musiał upaść
zbyt blisko. W tym momencie czułem bicie swojego serca. Puls tętnicy szyjnej.
Czułem rytmiczne uderzanie butami o kamienną posadzkę, przeskakując sługimi
susami schody i inne przeszkody. Ciało działało samodzielne, pozbawione słuchu
i orientacji w terenie. Działał instynkt przetrwania, który wskoczył na miejsce
racjonalnego myślenia.
Ten stan trwał kilkanaście bardzo
długich sekund.
Dopiero, kiedy wypadliśmy na zalany o
tej porze światłem dziennym główny dziedziniec dotarły do mnie inne impulsy.
Dyszenie, dźwięk kroków, krzyki. Wszystko trzęsło się jeszcze przez chwilę,
kamienie spadały, a później nastała przerwa. Straszliwa, złowroga cisza.
Wszystko zamarło, a kiedy wróciło do normalności stało się nienaturalne.
– Wyłaź stamdąd, szalona dziewczyno!
Ktoś krzyczał. Ktoś machał rękami.
Śłońce było jasne, oślepiało po kontraście z ciemnością zamkniętych, krętych
korytarzy. Odwróciłem się. Zacisnąłem dłonie na hełmie. Esja została z tyłu.
Zatrzymała się. O co...
Zakląłem. Przekląłem jej ród do kilku
pokoleń wstecz, a później wskoczyłem za nią do waącego się budynku. Ktoś z tyłu
jęknął, zgrzytnęła stal. Dopiero chwilę później zorientowałem się, że to była
moja zbroja, ocierająca się o kamienną ścianę, kiedy rzuciłem się w pogoń.
Starałem się unikać przeszkód, ale było to trudne, nawet w lekkiej zbroi.
– Nie pozwolę ci tu zginąć! –
krzyknąłem, starając się przekrzyczeć hałas rozpadającego się budynku, jak i
własny nie do końca normalny jeszcze słuch. – Słyszałaś mnie?! Nie ziniesz tu,
nie pod moją opieką!
Nie słyszała. Krzyczała swoje, zupełnie
ignorując moje słowa. Wszystko toczyło się tak szybko, że nie miałem czasu na
swoją chłodną kalkulację. Mój refleks sprawiał jednak, że nawet bez niej
odnajdywałem się w sytuacji. Walka była niezamienną częścią mojego życia.
Zawsze walczyłem o wszystko, a w dodatku sprawiało mi to chorą satysfakcję.
Nawet teraz, czując przypływ adrenaliny czułem się zupełnie w swoim żywiole.
Ale na szali było nie tylko moje życie, co szybko sobie uświadomiłem. Właśnie
to ściągnęło mnie na ziemię.
W ostatniej wydawało się chwili
odskoczyłem w bok. Tunel był dość szeroki, żebyśmy zmieścili się w nim oboje.
Wewnątrz jednak zupełnie straciłem kontrolę nad czymkolwiek. Nawet na myśl mi
nie przyszło, że to przejście nie powstało z ludzkich rąk. Najważniejsza była
jedna myśl: oby przeżyć. Ja miałem zbroję. Kilka potłuczeń nie było mi
strasznych, gorzej było z Esją. Starałem się trzymać ją e ramionach, ale nawet
to nie było łatwym zadaniem wewnątrz tak ciasnej przestrzeni. Po prostu
lecieliśmy w dół, w jedynym kierunku, który teraz wydawał mi sie być
bezpieczny. Nie miałem pojęcia, co czeka na dole, ale nawet się to nie liczyło.
Nie dotarło do mnie, kiedy konkretnie
się zatrzymaliśmy. Walczyłem z zawrotami głowy i hukiem, który nadal odbijał
się wewnątrz mojej czaszki i tworzył nieprzyjemne echa. Podniosłem się powoli,
starając się złapać równowagę. Machinalnie założyłem hełm na głowę.
Dopiero wtedy zobaczyłem, co się
dzieje.
Miecz pojawił się w mojej dłoni w
ułamku sekundy, podobnie jak u innych mężczyzn. Ale potwór nie zamierzał
czekać, aż przygotujemy się do ataku. Natarł od razu, bez ludzkiego czynnika
wahania. Wyczuł, że mamy przewagę liczebną, rzucił się więc na Lance’a
ponownie, który zatoczył się pod wpływem wcześniejszego uderzenia. Jego krew
zostawiała ślady na posadzce, kiedy odskakiwał przed ciosem odnóży napastnika.
Ktoś dopadł do niego z drugiej strony,
zamachnął się do ciosu, ale jaszczur zwinął się z niewiarygodną prędkością i
uderzył ogonem, odrzucając człowieka niczym szmacianą lalkę. Budynek wcale nie
przestawał się sypać, chociaż zdawało się, że jest coraz mniej niestabiny. Nie
pomagało mi to w utrzymywaniu postawy, ale przeciwnikowi też nie. Zrobiłem
kilka szybkich kroków w przód i zamachnąłem się w półobrocie, znajdując się
pomiędzy potworem a Lancem i leżącą na ziemi dziewczyną. Z drugiej strony
okrążało przeciwnika dwóch innych ludzi.
Któryś z nich zadał pierwszy cios,
uderzając za tylne łapy, gdzie powinien znajdować się kręgosłóp. Trysnęła
zielonkawego koloru posoka, opryskując wszystko dookoła. Wykorzytałem moment,
żeby jednym silnym machnięciem miecza trzymanym oburącz ciąć potwora w miejsce,
gdzie zaczynała się głowa. Tkanka mózgu swtworzenia rozpłynęła się niczym galareta
po posadzce, a ciało drgnęło w konwulsjach, kiedy inny żołnierz przebijał
ciało. Dla pewności.
Pierwszy raz złapałem głęboki oddech i
poczułem smród, który unosił się w powietrzu. Nie tylko pamiątka rabunku ze
świątyni, ale i znak, że coś zamieszkało podziemię.
– Obrzydliwa sprawa – odezwał się
Eliah, wycierając miecz o kawałek szmaty, którą znalazł na podłodze i chowając
go do pochwy.
Postąpiłem tak jak on, starając się
unormować oddech. Mój bark ciągle dawał o sobie znać z poprzedniej wyprawy.
Czułem, że moje ciało jest całe poobijane, ale tym razem przyłbica przynajmniej
odrobinę zasłaniała moją twarz. Miałem ochotę splunąć na truchło. Powstrzymałem
się.
– To on musiał stać za brakiem zwłok
kapłanek na dziedzińcu i w świątyni – powiedziałem, choć teraz to było
oczywiste. Mogłem pluć sobie w brodę, że nie zorientowałem się wcześniej. – I za
zadrapaniami na moście.
– Widziałem to samo – przyznał blondyn,
ocierając rękawicą czoło i brodę.
Oblepiony śliską mazią, brudny od
kurzu, ziemi i potu, czułem nadchodzącą falę zmęczenia. Była jednak niczym w
porównaniu do tego, co naprawdę mógłbym znieść. Odwróciłem się w stronę blondyna.
Jego ręka wygięta była pod dziwnym kątem, krew sączyła się z miejsca, które
uciskał drugą dłonią. Opadł na kolana, a później usiadł na brudnej ziemi,
krzywiąc się z bólu.
– Najpierw opatrunek – zadecydowałem,
rozglądając się. Nie wiadomo, czy ten okaz, który leżał martwy u naszych stóp
był jedynym, który mieszkał w piwnicach. – Zabierz kapłankę i znajdź stąd
wyjście. To na dziedziniec zostało zasypane, ale może Esja zna inną drogę. Ja muszę
zająć się jego ramieniem, nie da rady dostać się na górę bez usztywnienia i
zatamowania krwi.
Nie znałem się na medycynie tak dobrze,
jak powinienem, ale wiedziałem co zrobić, żeby zapobiec wykrwawieniu się i
przemieszczeniom kości. Podniosłem kawałek skórzanego paska, który leżał przy
ścianie, a później oderwałem jeden rękaw koszuli, który wystawał spod zbroi.
Dorobię się odcisków i popażeń, ale teraz nie miało to znaczenia. Liczyło się
to, żeby Lance był bezpieczny, nieważne jak wielkim idiotą był wcześniej.
– W obozie i tak będziesz musiał iść do
medyka, żeby się tym zajął – mruknąłem, podnosząc jego ramię i zmuszając, żeby
przesunął się w moim kierunku. Powietrze przeszyła fala przekleństw, kiedy
zabrałem się do pracy.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz