Prawdę mówiąc, nie wiedziałam nawet na co mam patrzeć. Wszystko działo się tak szybko, mężczyźni poruszali się płynnie, tak jakby unoszący się dookoła, gęsty smród jedynie na mnie działał odurzająco. Pierwszy raz widziałam potwora takiego, jak ten. Właściwie to żadnego w życiu nie widziałam, więc byłam w naprawdę dużym szoku. Strach sparaliżował mnie na tyle, że nie potrafiłam się nawet osunąć na bezpieczną odległość. Byłam niemalże w centrum walki, widząc jak ostrza tańczą w ciemności, by ostatecznie zgładzić stwora. Sama zostałam opryskana jakąś mazią, przez co pisnęłam, jak dziecko ochlapane wodą w upalny dzień.
Oddychałam ciężko, przysłuchując się ich słowom. Nie byłam pewna, czy pamiętają o mojej obecności. Prawdę mówiąc sama ledwo wierzyłam, że tutaj nadal jestem. Ze słów jednak wywnioskowałam jedno... to coś, to coś zjadło je. Musiało tak być, a smród to potwierdzał. Cofnęło mi się, jeden raz, drugi. Spojrzałam na Lance'a, a strach na widok jego ręki wepchnął mi śniadanie z powrotem do żołądka. W głowie mi się kotłowało. Co, jakby wcześniej przybiegła? Może wyszedłby bez szwanku... chciało mi się płakać, wrzeszczeć, modlić... chciałam robić wszystko, ale ostatecznie nie zrobiłam nic, do czasu aż nie padło moje imię. Wcześniej dowódca powiedział, aby zabrać kapłankę, a ja nawet nie skojarzyłam, że jedyna żywa kapłanka w okolicy to ja... a nie, poprawka... jedyna kapłanka to ja, bo to ścierwo leżące na ziemi wszystkie inne zeżarło!
Usłyszałam dźwięk drącej się tkaniny i przyzwyczajona do ciemności, zauważyłam, jak Nevan odrywa sobie rękaw. Odparzy skórę, nie będzie to nic przyjemnego... otworzyłam szerzej oczy, słysząc z ust Lance'a takie słowa, jakich nie słyszałam jeszcze nigdy w życiu. Byłam w szoku, a chociaż widok nie był przyjemny, to patrzyłam cały czas na żołnierza, który przecież mógł zginąć, ale na całe szczęście był tutaj. Nie słyszałam głosu Eliaha, który prosił abym wstała. Dopiero kiedy ukucnął na przeciwko mnie, odrywając mnie tym samym od obrazu rannego, zdałam sobie sprawę, że od dłuższego czasu wypowiada moje imię. Widziałam jak ściąga rękawice, pewnie nie chciał mnie dotknąć brudnym z osocza potwora materiałem. Potem poczułam jego dotyk na swoich ramionach. Chciał mnie podnieść do pionu. Kolejny raz tego dnia, tym razem najbardziej delikatny i przemyślany.
- Esjo, musimy iść - powiedział łagodnie, ale nie brakowało w tym stanowczego tonu. Zamiast jednak posłuchać, wyciągnęłam koszulę, którą wepchniętą miałam w spodnie. Patrzył na mnie zdziwiony.
- Rękaw to za mało, a wy odparzycie sobie skórę od zbroi - mruknęłam i trzęsącymi się rękami próbowałam podrzeć tkaninę. Byłam roztrzęsiona i nawet z tym było mi trudno. Coraz bardziej szarpałam ją w dłoniach, nie będąc w stanie rozedrzeć. Nie byłam w żadnym stopniu pomocna.
- Spokojnie, nie trzeba... - próbował uspokoić mnie blondyn.
- Nie! - wrzasnęłam, niemalże go odpychając, ale zaraz straciłam na chwilowym napływie energii. Podupadałam psychicznie, uniósł nawet dłonie, jakby chciał pokazać, że nie ma złych zamiarów. - Błagam, pozwól mi... - poprosiłam żałośnie. Spoglądał na mnie przez chwilę. Czułam spojrzenie jeszcze pozostałych par oczu, a potem Eliah odsunął moje dłonie i sam rozdarł koszulę, skracając ją tym samym na całej szerokości z przodu i z tyłu. - Rękawy też... żeby się nie wykrwawił - dodałam, a żołnierz poczynił to z łatwością. Odwrócił się jedynie, podał je Nevanowi, który zaraz je przejął, widziałam, że sam nie wie do końca, jak sobie poradzić.W każdym razie ja zostałam zaraz podniesiona do pionu, ale i tak nie chciałam iść.
- Zaczekajmy, nie chcę ich zostawić - prosiłam uparcie. W końcu sam Lance, chociaż twarz miał bladą i zroszoną potem, zdobył się na uśmiech, w dodatku taki, który ścisnął mi serce, jak żaden w całym moim życiu.
- Idź pilnować mi konia, żebyśmy mogli jeszcze kiedyś sobie na nim polatać - wychrypiał, po czym splunął gdzieś za siebie. Zrobiłam co w mojej mocy, by oddać uśmiech.
- Dobrze... ale zaraz dołączcie - odpowiedziałam, unosząc dłoń w kierunku jednego korytarza. - Na końcu jest brama i wejście do spichlerzy po schodkach na górę. Jak tutaj jechaliśmy, po spichlerzach został jedynie popiół, ale klapa w podłodze była mosiężna, powinno dać się wyjść - wytłumaczyłam. Nic więcej niedane było mi zanieść, po Eliah objął mnie ramieniem i ruszył we wskazanym przeze mnie kierunku. Droga nie była wcale długa. Prawdę mówiąc, w porównaniu do tego, co przeżyliśmy, wydawała się dotkliwie krótka. Kiedy natomiast udało nam się wydostać, pozostali żołnierze zaraz ruszyli w naszym kierunku.
- Niemądra pannico, gdzie Tealvash?! - warknął na mnie jeden z żołnierzy, ale nim podniosłam na niego wzrok, Eliah ochronił mnie ramieniem, jakby było to potrzebne.
- Wszyscy żyją. Lance oberwał, w piwnicy zamieszkał Trupojad, Esja nas stamtąd wyprowadziła. Więcej dowiecie się później - powiedział rzeczowo i doprowadził nas do koni. Tam też usiadłam sama nie wiem gdzie. Nie mogłam doprowadzić się do porządku. Blondyn podał mi wodę, kazał pić. Bez ostrzeżenia przetarł mi też twarz dłonią, a do mnie dotarło, że jestem przecież brudna z mazi, jaką stanowiła krew potwora.
Żołnierze gadali. Pomrukiwali, a ja po prostu siedziałam w ciszy, było mi chłodniej, niżby wskazywała na to ciepła pogoda. A może dreszcze nie były spowodowane temperaturą? W każdym razie czułam się okropnie. Eliah nic nie mówił, nie wiem czy nie wiedział co, czy może wiedział, że żadne słowa mi nie pomogą. Minęło może jakieś dwadzieścia minut, w których z resztek spichlerza wyłonili się żołnierze targający ze sobą Lance'a. Wszyscy ruszyli im na przeciw. Wszyscy poza mną, bo jakbym miała teraz wstać, to raczej bym sie wywróciła, a nie chciałam robić z siebie ofiary. Nie teraz, gdy prawdziwa ofiara miała na twarzy wymalowane cierpienie.
- Dasz radę jechać? - zapytał ktoś młodego mężczyzny, który teraz wydawał mi się bardziej młody, niż wcześniej.
- A co? Zamierasz mnie tutaj zostawić? - chociaż trzymał się na nogach z ledwością, to i tak znajdował w sobie siłę na uszczypliwości. - Spokojnie, nie ośmieszaj mnie przy Esji - dodał, a nasze spojrzenia się potkały. Moje było przerażone, a jego usilnie niezlęknione. Powiodłam spojrzeniem do rany, gdzie faktycznie dostrzegłam materiał mojej, jak i Nevana koszuli. To i tak nie było wcale wiele.
Ithrick splunął obrzydliwie i westchnął, jakby to na jego niskich barkach spoczywał cały ciężar świata.
- Wynośmy się z tego przeklętego miejsca, bo jeśli jakikolwiek bóg tu kiedyś był, to wyniósł się na długo przed naszym przybyciem - oznajmił i podszedł do swojego konia. Inni żołnierze pomogli wdrapać się Lance'owi na własnego wierzchowca. Ja dostrzegłam, że do mojego przytroczone jest kilka kabz pełnych, jak sądziłam dokumentów i innych, znalezionych przez żołnierzy dobór.
Byłam bardzo zmęczona i ani drgnęłam. W zasadzie kiedy mężczyźni zajmowali się tym, co męskie - planowaniem powrotu, sprawdzaniem wszystkiego, omawianiem taktyki, czy jeszcze czego innego, ja po prostu pochyliłam się i położyłam na boku. Teraz już zauważyłam, że za łóżko służyła mi stara skrzynia. Nie dbałam o to. Zamknęłam oczy, miałam dość, nie wiem na co liczyłam. Wiedziałam, że to nie czas, ani miejsce na sen. Z resztą i tak nie zasnęłabym w tym miejscu.
- Te, kapłanko! Nie śpij, bo Ciebie nam ukradną, a byłaby szkoda - usłyszałam ponownie głos Ithrick'a. Otworzyłam niechętnie oczy i napotkałam znów to przerażające, czerwone spojrzenie. Znów przeżyłam wszystko od nowa, mój powrót do wnętrza świątyni, naszą przepychankę, zjazd tunelem w dół. Nevan wydawał się być wyczerpany, jak reszta, a przy tym miałam wrażenie, że czerpał z tego całego bagna jakąś dziwną energię. Możliwe, że przesadzałam, sama już nie wiem.
- Przepraszam... - mruknęłam, nie bardzo się zastanawiając nad tym, który już raz dzisiaj to robię, ani też nad tym ile par uszu mnie słyszy. Teraz nie było gry, ani przeliczania tego, ile ta sytuacja może przynieść zysków, a ile strat. Po prostu byłam wyczerpana, fizycznie i psychicznie. - Gdybym nie uszła stąd z życiem, żadne z was by nie ucierpiało, nie wrócilibyśmy tu. Raczej kiepski ze mnie symbol szczęścia - mruknęłam, znów korzystając z tych dwóch, jarzących się czerwienią punkcików. niczym rubiny w posągu, możliwość spowiedzi, która tym razem nie oczyszczała. Podniosłam się do pozycji siedzącej, a potem z trudem, ale jednak stanęłam na proste nogi, patrząc w kierunku swojego, i ile tak mogłam go nazwać konia.
- Czy już jedziemy? - zapytałam, zatrzymując się przy Nevanie. Sądziłam, że przez ogóle zmęczenie całej kompani ominie mnie jakikolwiek wywód odnośnie mojego zachowania. Możliwe, że wojskowa dyscyplina mnie obejdzie szerokim łukiem. Chciałam jeszcze podziękować dowódcy, ale tego już nie zrobiłam przy wszystkich. Wolałam po prostu potem, kiedy emocje opadną wrócić do słów, jakie wypowiedział, a jakie dopiero podczas mojej "drzemki" zostały odszyfrowane przez moje myśli.
"Nie zginiesz tutaj" - miał rację. Żyłam. Tym razem nie byłam sama. Śmierć nie dosięgnęła mnie, bo ktoś się mną zaopiekował. Właśnie w tej chwili dotarło do mnie, że była to pierwsza opieka, z jaką miałam do czynienia, odkąd zamknięto mnie w tej świątyni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz