piątek, 16 czerwca 2017

XLIV



        Nie wyglądało to najlepiej. Złamana kość w jednym miejscu przebiła skórę i powodowała krwawienie. Szybko moje dłonie pokryła szkarłatna ciecz. Nie pozwalałem Lance’owi mieszać do tego wszystkiego mieszać jego drugiej łapy, chociaż sam zdawał sobie z tego sprawę, zaciskając palce na jednym z kamieni. Spod czerwieni krwi wyłoniły się bielejące od tgo uścisku knykcie. Rana nie była wielka, wyglądało też na to, że potwór ominął główną tętnicę. Siła uderzenia jednej z jego łap co prawda połamała kość niczym suchą gałązkę, ale wyglądało na to, że mężczyzna miał dużo szczęścia. Uklęknąłem przed nim, odrzucając hełm na bok. Zazgrzytał na kamieniach, a ten dźwięk poniosło dalej echo wysoko sklepionego pomieszczenia.
        Od nieustannie napływającej krwi wszystko zaczęło robić się śliskie. Złapałem pewniej materiał i owinąłem ramię, starając się niczego nie naruszyć. Nie było to łatwe ani z rozpraszającym mnie zamieszaniem za plecami ani z blondynem, którego ból teraz nie oszczędzał. Zacisnąłem zęby, kontynuując swoją pracę.
        Obróciłem się przez ramię, z zaskoczeniem patrząc to na materiał, to na dziewczynę. Była roztrzęsiona, ale jej opiekun jak zwykle zachował zimną krew, która była w tej sytuacji niezbędna. Krwi zrobiło się dużo, ale zdążyłem już ocenić, że rana nie jest na tyle poważna, na ile straszy wyglądem. Kiwnąłem głową, zapamiętując drogę wyjścia, którą podała i zastygnąłem w bezruchu, czekając aż echo ich kroków zniknie i zrobi się zupełnie cicho. Dopiero wtedy się poruszyłem, odwracając przodem do blondyna.
        – Nie wiadomo, czy była tylko jedna – mruknął Lance, któremu coraz trudniej przychodziło teraz grać bohatera, teraz kiedy nie miał już widowni. Jego twarz pobladła przez utratę krwi. Głowę opierał bezładnie o kamienny blok, na którym nadal zaciskał palce zdrowej ręki. – Nie wiadomo, ile ich tam jest. Czy tamta nie powiadomiła swojej rodziny...
        Głos zatrząsł mu się, więc przestał mówić. Zmrużyłem powieki, zabierając się do dalszej pracy. Lance zaczynał powoli wpadać w panikę i nie chciałem, żeby mi też udzielił się jego nastrój. Skupiłem spojrzenie na kałuży krwi. To przysunęło świadomość, że muszę być ostrożny i uważny.
        – Jeśli któreś z nich się tu jeszcze pojawi – przyciszył głos, teraz mówił już szeptem. – Zostawisz mnie? – Przechylił lekko głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. – Wiem, że mnie nie lubisz, oficerze...
        – Zamknij się z łaski swojej i nie utrudniaj mi zadania – odpowiedziałem, nie podnosząc spojrzenia na jego oczy. – Zaczynasz majaczyć, to pewnie przez ubytek krwi. Nie ruszaj się teraz, nie będzie bolało.
        Zacisnąłem jeden z rękawów jako bandaż uciskowy, nagle, bez kolejnego ostrzeżenia. Lance wrzasnął, a później przeciągły jęk przetoczył się pod kamienną kopułą. Nie szlochał, jego oczy nawet się nie załzawiły. Uśmiechnąłbym się, gdybym był w nastroju na to.
        – Kłamstwo... – mruknął, przymykając powieki.
        – Podobne do twierdzenia, że zostawiłbym cię tu na żer bestii – odpowiedziałem, tym razem nieco mniej ostro, przyjaźniej. Na jego bladych wargach pojawił się uśmiech. – I tak już najadły się do syta. Tyle ciał...
        Nie dokończyłem. Sama myśl napawała nawet mnie przejmującym obrzydzeniem. W kulturze naszego kraju szczątki powinny być traktowane z najwyższą świętością, a te zostały zwyczajnie zbeszczeszczone. Blondyn też nie podjął tematu. Uśmiech zblakł, a ja resztę pracy wykonywałem w ciszy. Nasłuchiwałem, starając się zanotować każdy najdrobniejszy szmer. Na szczęście budynek przestał się już trząść i wyglądało na to, że się nie zawali nam na głowy. Korytarze wydrążone przez te stworzenia musiały solidnie podkopać stateczność fundamentów. Wchodzenie tutaj nie było dłużej dla nikogo bezpieczne. W cziszy skończyłem bandażowanie, używając kawałka znalezionej deski i części płótna jako prowizorycznego temblaku.
        A w głowie odbijała mi się tylko jedna myśl. Lance był wtedy ze mną. Wiedział, że Xia żyła, kiedy zostawiłem ją w tyle na pewną śmierć? Przeczuwał, że w razie konieczności naprawdę byłem zdolny uciec stąd, ratując swoje życie? Nie z tchórzostwa. Zbyt silnie zakorzenioną miałem w sobie wolę przetrwania i za mało było w niej bohaterstwa, żeby za wszelką cenę starając się uratować beznadziejną sytuację.
        Żaden z nas nie podjął już tematów rozmowy, a chociaż Lance czuł się z milczeniem niewygodnie – wolał zagadać stres, strach i narastającą panikę – to ja byłem mu za to wdzięczny. Dopiero kiedy wyszliśmy na światło dzienne odetchnąłem, a adrenalina opadła. Teraz już przynajmniej nie zginiemy w ruinach zawalonej budowli. Nie miałem pojęcia, ile czasu spędziliśmy wewnątrz świątyni, ale słońce stało bardzo wysoko na niebie. Mogło być kilka godzin po środku dnia. Czas, żeby wracać, nikt nie wyglądał na chtnego do dalszego eksplorowania cytadeli.
        Kiwnąłem głową, przytakując słowom Ithricka. Bogów już tu nie było. Bo gdyby nadal mieli w opiece to miejsce, to czy pozwoliliby na tak haniebne zakończenie losu kapłanek? Wszyscy czuli ponurą aurę miejsca, w którym wydarzyło się coś niedopuszczalnego i wszyscy najwyraźniej woleliby zapomnieć o tym, co widzieli. Jakby sam fakt wejścia do zamkniętego, jednego z najświętszych miejscna naszym kontynencie nie wystarczał.
        – Powiążcie ze sobą skrzynię, zapniemy je za końmi. Othel, przygotowałeś koła i oś, jak prosiłem? – Mężczyzna potaknął, dostał rozkaz, żeby się tym zająć. – Ustalimy kolejność, w jakiej będziemy jechać. Lance, musimy spróbować chociaż trochę galopu, jeśli nie chcemy utknąć w lasach po zmierzchu.
        – Sądzę, że nie ma wyjścia – uśmiechnął się krzywo, starając się wzruszyć ramionami. Najwyraźniej to byl błąd, bo jego twarz skrzywiła się w grymasie cierpienia. – Kurwa jego mać... Skoro mus to mus.
        – Możesz jechać w przedzie kolumny, łatwo będzie dać znać, żeby się zatrzymać – zasugerował jeden z wysokich mężczyzn z boku, uśmiechając się lekko. To był pierwszy uśmiech, który dane mi było widzieć od dawna.
        – Odpieprz się. Nie jestem wcale w tak złym stanie.
        Westchnąłem, pozostawiając ich samych sobie. Lance grał silnego, teraz, kiedy otaczali go inni ludzie. Nie zamierzałem nawet nikomu mówić, że jest inaczej, bo nie było w tym sensu.
        Dopięcie ostatnich spraw organizacyjnych na guzik nie było juz trudne. Jeszcze przed wyprawą ustaliliśmy wszelkie szczegóły strategii, teraz tylko przypomniałem jena głos. Każdy miał jakieś zadanie. Kiedy mężczyźni rozeszli się do przydzielonych obowiązków, spojrzałem na Esję. Wyglądała na wyczerpaną. I nic dziwnego, pewnie też jest mocno poobijana. Pozwoliłem sobie na utrzymanie chłodnego wyrazu twarzy, kiedy podniosła powieki.
        Po chwili milczenia poczułem, że dociera do mnie zmęczenie. Bardziej fizyczne niż psychiczne i przeraziła mnie ta perspektywa. Nadszedł czas, żeby podwoić ćwiczenia ze swoimi oddziałami.
        – Jedziemy. W galopie możesz jechać z innym mężczyzną – potaknąłem, patrząc na przygotowania.
        Potem znów zapadła cisza, zupełnie taka jak w sali medytacji, gdzie byliśmy krótką chwilę sami. Podobna niezręczność, do wprawiania mnie w nią kapłanka dochodziła już do imponującej wprawy. Czułem się brudny. W dosłownym tego słowa znaczeniu, kurz oblepiał moją twarz, a śluz mienił się różnokolorowo w promieniach słońca na zbroi. W dodatku zaczęło robić się ciepło i powoli docierało do mnie, że noszenie zbroi w takich warunkach będzie naprawdę niemiłe.
        – Oficerze, możemy się zbierać – krzyknął ktoś z przodu, gdzie stały konie. – Wszystko gotowe.
        Skrzynia, na której wcześniej siedziała Esja też była już na prowizorycznym wozie. Z takim ładunkiem ciężko będzie utrzymać długi galop, nie gubiąz połowy rzeczy za sobą.
        – Będziesz jechać obok mnie, za Eliahem. Wasze konie nadal będą połączone liną – wciągnąłem rękawiczki na dłonie, odchodząc w stronę swojego wierzchowca.
        Ruszyliśmy przed siebie bez dalszego ociągania się. Stojąc byliśmy łatwym celem dla wszystkiego, co mogłoby chcieć nas zaatakować, dlatego starałem się unikać czasu, kiedy nie siedzieliśmy na koniach. Droga dłużyła się w ponurej ciszy. Nikt nie miał tym razem ochoty na czcze gadanie i rozmowy. Jak przypuszczałem, nie mogliśmy galopować wiele, ale te krótkie chwile szybszego tempa wszystkim dodawały nadziei, że szybciej znajdziemy się w obozie. I to w jednym kawałku.
        Nie wszystko mogło pójść zbyt gładko. Mniej więcej po kilku godzinach drogi Lance o mało nie zsunął się z siodła, co zmusiło mnie do ogłoszenia postoju. Poza tym chciałem zarysykować i pozbyć się naramienników, które obdzierały moje barki i ramiona ze skóry. Znaleźliśmy małą zatoczkę, tuż nad niewielką sadzawką, która formowała się tu w wyniku zatamowania rzeki przez mieszkające nieopodal zwierzęta. Rzeka spowalniała bieg i rozlewała się szeroko na płaskim terenie. Konie wręcz z wdzięcznością przyjęły tę przerwę, wchodząc do niezbyt głębokiego rozlewiska i długo pijąc wodę.
        Dookoła było cicho. To oraz droga dały mi długie chwile do uspokojenia się i namysłu. A najważniejszym pytaniem było to, co właściwie się stało. Skąd Esja wiedziała, gdzie jest druga grupa i jak to możliwe, że wiedziała o niebezpieczeństwie zanim jeszcze któryś z żołnierzy się chociaż zorientował? Pytania napierały na moją świadomość wraz z wątpliwościami. Na ile była z nami szczera, wchodząc do budowli? Może wiedziała o obecności Trupojada. Może chciała nas wystawić. To rozwiązanie nie było ani logiczne ani nie miało pokrycia, ale było jedynym, co miałem w tej chwili.
        Odpiąłem naramienniki, po czym podszedłem do wody w miejscu, gdzie stała kapłanka. Chyba patrzyła na wierzchowce. Była sama.
        – Skąd wiedziałaś, gdzie ich szukać? – zacząłem, bez wstępów i szukania pięknyh słów. Nie miałem siły, żeby teraz bawić się w wielkie przemowy i rozpalające słowa. Schyliłem się, żeby nabrać wody w złączone ręce i przemyć nią twarz. – Dlaczego pobiegłaś na dół i rzuciłaś się na Lance’a? Tunele wyglądały na świeże, ale nie było ich tam zanim świątynia została spalona?
        Moje słowa brzmiały jak oskarżenie, to fakt. Nie umiałem wykrzesać z siebie w tym momencie więcej optymizmu ani przyjazności, bo obie te rzeczy wyczerpały się mniej więcej wtedy, kiedy świątynia zaczęła się burzyć.
 .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/