Nie
wyglądało to najlepiej. Złamana kość w jednym miejscu przebiła skórę i
powodowała krwawienie. Szybko moje dłonie pokryła szkarłatna ciecz. Nie
pozwalałem Lance’owi mieszać do tego wszystkiego mieszać jego drugiej łapy,
chociaż sam zdawał sobie z tego sprawę, zaciskając palce na jednym z kamieni.
Spod czerwieni krwi wyłoniły się bielejące od tgo uścisku knykcie. Rana nie
była wielka, wyglądało też na to, że potwór ominął główną tętnicę. Siła
uderzenia jednej z jego łap co prawda połamała kość niczym suchą gałązkę, ale
wyglądało na to, że mężczyzna miał dużo szczęścia. Uklęknąłem przed nim,
odrzucając hełm na bok. Zazgrzytał na kamieniach, a ten dźwięk poniosło dalej
echo wysoko sklepionego pomieszczenia.
Od nieustannie napływającej krwi
wszystko zaczęło robić się śliskie. Złapałem pewniej materiał i owinąłem ramię,
starając się niczego nie naruszyć. Nie było to łatwe ani z rozpraszającym mnie
zamieszaniem za plecami ani z blondynem, którego ból teraz nie oszczędzał.
Zacisnąłem zęby, kontynuując swoją pracę.
Obróciłem się przez ramię, z
zaskoczeniem patrząc to na materiał, to na dziewczynę. Była roztrzęsiona, ale
jej opiekun jak zwykle zachował zimną krew, która była w tej sytuacji
niezbędna. Krwi zrobiło się dużo, ale zdążyłem już ocenić, że rana nie jest na
tyle poważna, na ile straszy wyglądem. Kiwnąłem głową, zapamiętując drogę
wyjścia, którą podała i zastygnąłem w bezruchu, czekając aż echo ich kroków zniknie
i zrobi się zupełnie cicho. Dopiero wtedy się poruszyłem, odwracając przodem do
blondyna.
– Nie wiadomo, czy była tylko jedna –
mruknął Lance, któremu coraz trudniej przychodziło teraz grać bohatera, teraz
kiedy nie miał już widowni. Jego twarz pobladła przez utratę krwi. Głowę
opierał bezładnie o kamienny blok, na którym nadal zaciskał palce zdrowej ręki.
– Nie wiadomo, ile ich tam jest. Czy tamta nie powiadomiła swojej rodziny...
Głos zatrząsł mu się, więc przestał
mówić. Zmrużyłem powieki, zabierając się do dalszej pracy. Lance zaczynał
powoli wpadać w panikę i nie chciałem, żeby mi też udzielił się jego nastrój.
Skupiłem spojrzenie na kałuży krwi. To przysunęło świadomość, że muszę być
ostrożny i uważny.
– Jeśli któreś z nich się tu jeszcze pojawi
– przyciszył głos, teraz mówił już szeptem. – Zostawisz mnie? – Przechylił lekko
głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. – Wiem, że mnie nie lubisz, oficerze...
– Zamknij się z łaski swojej i nie
utrudniaj mi zadania – odpowiedziałem, nie podnosząc spojrzenia na jego oczy. –
Zaczynasz majaczyć, to pewnie przez ubytek krwi. Nie ruszaj się teraz, nie
będzie bolało.
Zacisnąłem jeden z rękawów jako bandaż
uciskowy, nagle, bez kolejnego ostrzeżenia. Lance wrzasnął, a później
przeciągły jęk przetoczył się pod kamienną kopułą. Nie szlochał, jego oczy
nawet się nie załzawiły. Uśmiechnąłbym się, gdybym był w nastroju na to.
– Kłamstwo... – mruknął, przymykając
powieki.
– Podobne do twierdzenia, że
zostawiłbym cię tu na żer bestii – odpowiedziałem, tym razem nieco mniej ostro,
przyjaźniej. Na jego bladych wargach pojawił się uśmiech. – I tak już najadły
się do syta. Tyle ciał...
Nie dokończyłem. Sama myśl napawała
nawet mnie przejmującym obrzydzeniem. W kulturze naszego kraju szczątki powinny
być traktowane z najwyższą świętością, a te zostały zwyczajnie zbeszczeszczone.
Blondyn też nie podjął tematu. Uśmiech zblakł, a ja resztę pracy wykonywałem w ciszy.
Nasłuchiwałem, starając się zanotować każdy najdrobniejszy szmer. Na szczęście
budynek przestał się już trząść i wyglądało na to, że się nie zawali nam na
głowy. Korytarze wydrążone przez te stworzenia musiały solidnie podkopać
stateczność fundamentów. Wchodzenie tutaj nie było dłużej dla nikogo bezpieczne.
W cziszy skończyłem bandażowanie, używając kawałka znalezionej deski i części
płótna jako prowizorycznego temblaku.
A w głowie odbijała mi się tylko jedna
myśl. Lance był wtedy ze mną. Wiedział, że Xia żyła, kiedy zostawiłem ją w tyle
na pewną śmierć? Przeczuwał, że w razie konieczności naprawdę byłem zdolny
uciec stąd, ratując swoje życie? Nie z tchórzostwa. Zbyt silnie zakorzenioną
miałem w sobie wolę przetrwania i za mało było w niej bohaterstwa, żeby za
wszelką cenę starając się uratować beznadziejną sytuację.
Żaden z nas nie podjął już tematów
rozmowy, a chociaż Lance czuł się z milczeniem niewygodnie – wolał zagadać
stres, strach i narastającą panikę – to ja byłem mu za to wdzięczny. Dopiero
kiedy wyszliśmy na światło dzienne odetchnąłem, a adrenalina opadła. Teraz już
przynajmniej nie zginiemy w ruinach zawalonej budowli. Nie miałem pojęcia, ile
czasu spędziliśmy wewnątrz świątyni, ale słońce stało bardzo wysoko na niebie.
Mogło być kilka godzin po środku dnia. Czas, żeby wracać, nikt nie wyglądał na
chtnego do dalszego eksplorowania cytadeli.
Kiwnąłem głową, przytakując słowom
Ithricka. Bogów już tu nie było. Bo gdyby nadal mieli w opiece to miejsce, to
czy pozwoliliby na tak haniebne zakończenie losu kapłanek? Wszyscy czuli ponurą
aurę miejsca, w którym wydarzyło się coś niedopuszczalnego i wszyscy
najwyraźniej woleliby zapomnieć o tym, co widzieli. Jakby sam fakt wejścia do
zamkniętego, jednego z najświętszych miejscna naszym kontynencie nie
wystarczał.
– Powiążcie ze sobą skrzynię, zapniemy
je za końmi. Othel, przygotowałeś koła i oś, jak prosiłem? – Mężczyzna potaknął,
dostał rozkaz, żeby się tym zająć. – Ustalimy kolejność, w jakiej będziemy
jechać. Lance, musimy spróbować chociaż trochę galopu, jeśli nie chcemy utknąć
w lasach po zmierzchu.
– Sądzę, że nie ma wyjścia – uśmiechnął
się krzywo, starając się wzruszyć ramionami. Najwyraźniej to byl błąd, bo jego
twarz skrzywiła się w grymasie cierpienia. – Kurwa jego mać... Skoro mus to
mus.
– Możesz jechać w przedzie kolumny,
łatwo będzie dać znać, żeby się zatrzymać – zasugerował jeden z wysokich
mężczyzn z boku, uśmiechając się lekko. To był pierwszy uśmiech, który dane mi
było widzieć od dawna.
– Odpieprz się. Nie jestem wcale w tak złym
stanie.
Westchnąłem, pozostawiając ich samych
sobie. Lance grał silnego, teraz, kiedy otaczali go inni ludzie. Nie
zamierzałem nawet nikomu mówić, że jest inaczej, bo nie było w tym sensu.
Dopięcie ostatnich spraw
organizacyjnych na guzik nie było juz trudne. Jeszcze przed wyprawą ustaliliśmy
wszelkie szczegóły strategii, teraz tylko przypomniałem jena głos. Każdy miał
jakieś zadanie. Kiedy mężczyźni rozeszli się do przydzielonych obowiązków,
spojrzałem na Esję. Wyglądała na wyczerpaną. I nic dziwnego, pewnie też jest
mocno poobijana. Pozwoliłem sobie na utrzymanie chłodnego wyrazu twarzy, kiedy
podniosła powieki.
Po chwili milczenia poczułem, że
dociera do mnie zmęczenie. Bardziej fizyczne niż psychiczne i przeraziła mnie
ta perspektywa. Nadszedł czas, żeby podwoić ćwiczenia ze swoimi oddziałami.
– Jedziemy. W galopie możesz jechać z
innym mężczyzną – potaknąłem, patrząc na przygotowania.
Potem znów zapadła cisza, zupełnie taka
jak w sali medytacji, gdzie byliśmy krótką chwilę sami. Podobna niezręczność,
do wprawiania mnie w nią kapłanka dochodziła już do imponującej wprawy. Czułem
się brudny. W dosłownym tego słowa znaczeniu, kurz oblepiał moją twarz, a śluz
mienił się różnokolorowo w promieniach słońca na zbroi. W dodatku zaczęło robić
się ciepło i powoli docierało do mnie, że noszenie zbroi w takich warunkach
będzie naprawdę niemiłe.
– Oficerze, możemy się zbierać –
krzyknął ktoś z przodu, gdzie stały konie. – Wszystko gotowe.
Skrzynia, na której wcześniej siedziała
Esja też była już na prowizorycznym wozie. Z takim ładunkiem ciężko będzie
utrzymać długi galop, nie gubiąz połowy rzeczy za sobą.
– Będziesz jechać obok mnie, za
Eliahem. Wasze konie nadal będą połączone liną – wciągnąłem rękawiczki na
dłonie, odchodząc w stronę swojego wierzchowca.
Ruszyliśmy przed siebie bez dalszego
ociągania się. Stojąc byliśmy łatwym celem dla wszystkiego, co mogłoby chcieć
nas zaatakować, dlatego starałem się unikać czasu, kiedy nie siedzieliśmy na
koniach. Droga dłużyła się w ponurej ciszy. Nikt nie miał tym razem ochoty na
czcze gadanie i rozmowy. Jak przypuszczałem, nie mogliśmy galopować wiele, ale
te krótkie chwile szybszego tempa wszystkim dodawały nadziei, że szybciej
znajdziemy się w obozie. I to w jednym kawałku.
Nie wszystko mogło pójść zbyt gładko.
Mniej więcej po kilku godzinach drogi Lance o mało nie zsunął się z siodła, co
zmusiło mnie do ogłoszenia postoju. Poza tym chciałem zarysykować i pozbyć się
naramienników, które obdzierały moje barki i ramiona ze skóry. Znaleźliśmy małą
zatoczkę, tuż nad niewielką sadzawką, która formowała się tu w wyniku
zatamowania rzeki przez mieszkające nieopodal zwierzęta. Rzeka spowalniała bieg
i rozlewała się szeroko na płaskim terenie. Konie wręcz z wdzięcznością
przyjęły tę przerwę, wchodząc do niezbyt głębokiego rozlewiska i długo pijąc
wodę.
Dookoła było cicho. To oraz droga dały
mi długie chwile do uspokojenia się i namysłu. A najważniejszym pytaniem było
to, co właściwie się stało. Skąd Esja wiedziała, gdzie jest druga grupa i jak
to możliwe, że wiedziała o niebezpieczeństwie zanim jeszcze któryś z żołnierzy
się chociaż zorientował? Pytania napierały na moją świadomość wraz z
wątpliwościami. Na ile była z nami szczera, wchodząc do budowli? Może wiedziała
o obecności Trupojada. Może chciała nas wystawić. To rozwiązanie nie było ani
logiczne ani nie miało pokrycia, ale było jedynym, co miałem w tej chwili.
Odpiąłem naramienniki, po czym
podszedłem do wody w miejscu, gdzie stała kapłanka. Chyba patrzyła na
wierzchowce. Była sama.
– Skąd wiedziałaś, gdzie ich szukać? –
zacząłem, bez wstępów i szukania pięknyh słów. Nie miałem siły, żeby teraz
bawić się w wielkie przemowy i rozpalające słowa. Schyliłem się, żeby nabrać
wody w złączone ręce i przemyć nią twarz. – Dlaczego pobiegłaś na dół i
rzuciłaś się na Lance’a? Tunele wyglądały na świeże, ale nie było ich tam zanim
świątynia została spalona?
Moje słowa brzmiały jak oskarżenie, to
fakt. Nie umiałem wykrzesać z siebie w tym momencie więcej optymizmu ani
przyjazności, bo obie te rzeczy wyczerpały się mniej więcej wtedy, kiedy
świątynia zaczęła się burzyć.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz