piątek, 16 czerwca 2017

XLV

     Pokiwałam jedynie głową, kiedy od dowódcy padła ostateczna decyzja opuszczenia świątyni. Z cudem wdrapałam się na swojego konia, ale o własnych siłach. Zastanawiało mnie, co dokładnie podkusiło Nevana do takiej budowy swojej propozycji. Oznaczało to, że faktycznie mogę, a nie muszę, czy raczej sama powinnam poprosić kogoś, aby ze mną jechał, a nie dam sobie rady? Zerknęłam na Lance'a, a na mojej twarzy nie było żadnej maski, która ukrywałaby przejęcie jego losem. Mimo to wciąż był zdolny do jazdy, co czyniło go bardziej wartościowym kompanem ode mnie. Stał nieco dalej, a w zasadzie to siedział, wymieniając z kimś opinie, bogate w słownictwo, na jakie kapłanki nigdy sobie nie pozwalały.
     Ostatni raz spojrzałam na świątynie, oczami wyobraźni widząc jej dawne piękno, słysząc śmiechy dziewcząt, dźwięki instrumentów, słowa pieśni, czy odgłosy pluskającej w łaźniach wody. Niemalże, wodząc oczyma po oknach, widziałam tam je, skryte za powiewającymi kotarami, z białego lekkiego materiału. Były tutaj nadal, a ja opuszczam to miejsce, nie wiedząc, a może nawet wątpiąc, że jeszcze kiedyś dane mi będzie tu wrócić. Tak oto znak boga zapiekł mnie nie bólem fizycznym, a psychicznym. Poczułam, jak wiele dziewcząt noszących ten symbol już nigdy nie ujrzy światła, już nigdy nie opuści murów, które pozostały po świątyni.
     - Esjo - moja klacz drgnęła, ale nie była kierowana moją ingerencją. Poczułam, jak lina się napina, głos Eliaha mnie nie zaskoczył. Spojrzałam na niego, ze spokojem wymalowanym na twarzy. Chyba był zaskoczony, może nawet zmieszany tym, że towarzyszyła mi taka, a nie inna emocja. - Możemy jechać? - zapytał dla pewności. Uniosłam brwi zaskoczona i zaraz pokiwałam głową, dopiero po chwili dochodząc do wniosku, że język ugrzązł mi w gardle. Musiałam to zmienić.
     - Eliah... - zaczęłam, a kiedy blondyn spojrzał na mnie, uśmiechnęłam się niepewnie. - Lance jest ranny, więc... umm... zaopiekujesz się mną, podczas galopu? Mój upadek, to teraz ostatnie, czego nam potrzeba - zapytałam, nie czując się jednak zbyt pewnie. Nie wiem dlaczego zawstydzał mnie ten temat, ale chyba moja prośba nie była dla niego kłopotliwa, bo wydawał się być odprężony, kiedy ją usłyszał.
     - Oczywiście - nic więcej nie dodał, a jako, że zostaliśmy w tyle, musieliśmy przyspieszyć, nasze miejsce było na początku pochodu. Ostatni raz spojrzałam na ruiny, a potem te zniknęły za drzewami. Tyle, jeśli chodzi o mój powrót, o pierwszą wyprawę. Może mieli rację i to miejsce faktycznie było przeklęte? W czasie powrotu mało kto zdobył się na poruszenie jakiegokolwiek tematu, miałam więc zatrważająco dużo czasu, aby myśleć o tym, co dzisiaj miało miejsce. Aby siebie zadręczać czarnymi wizjami, na własną rękę doprowadzać do depresyjnego nastroju, ale potem... potem przyszedł galop i wiatr odgonił ciemne chmury. Nawet jeśli te stale czaiły się za rogiem, to teraz nie atakowały. Przyjdą nocą, ze zdwojoną siłą, ale teraz nie byłam sama. Teraz, chociaż to absurdalne i jeszcze przez ten pomysł będę cierpiała, wiem to na pewno, to jednak wierzyłam, że wojsko mogłoby być dla mnie domem. Domem, z którego niebawem mnie odeślą do Stolicy. Tylko, co uczynię, gdy okaże się, że nie jest tam tak dobrze, jak tutaj? Wśród prostych, ordynarnych i przerażających żołnierzy? Może faktycznie było ze mną coś nie tak, to pewnie przez zmęczenie, które zamykało niemalże moje oczy.
     Postój po długiej jeździe okazał się być wybawieniem dla nas wszystkich i mam tu na myśli zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Mężczyźni rozmawiali, a jako, że niektórzy za potrzebą wcale tak daleko nie odchodzili, ja sama postanowiłam usunąć się na bok. Na brzegu zrzuciłam z nóg, z niemałym trudem buty. Na boso było o wiele wygodniej i teraz, mogłam zanurzyć stopy w lodowatej wodzie, która nieco mnie rozbudziła. Poza tym sam widok był kojący, odsuwał nadal żywe wspomnienia, pozwalał się wyciszyć. Wszystko, do momentu, w którym usłyszałam zbliżające się kroki. Ucieszyłam się na widok Nevana, ale nie okazywałam tego przesadnie. Po prostu uznałam, że to moja szansa, aby mu podziękować. Podczas jazdy ułożyłam sobie całą wypowiedź, naprawdę byłam mu wdzięczna.
     Pamiętałam, jak na niego patrzyłam, kiedy się poznaliśmy, ale to uległo zmianie. Czułam to zarówno w sali medytacji, jak i potem, kiedy się po mnie wrócił. Po prostu byłam mu wdzięczna i nie chciałam, aby nie był tego świadomy. Należały się mu z mojej strony słowa uznania, ale zdążyłam jedynie rozsunąć wargi, kiedy to z jego ust wypadły już pierwsze słowa. Jak bełt przecinający powietrze, spuszczony z łuku przypadkowym drgnieniem palców, a jednak tak trafny, by przeszyć cel na wskroś.
     Chyba nie chciałam wierzyć w to, jak brzmią jego słowa. Sama go sobie tłumaczyłam, co było poniekąd śmieszne. Przez długą drogę moja wdzięczność względem tego człowieka tak urosła, a on to zdeptał, jak maleńką sadzonkę drzewka, która miała możliwość rozrosnąć się w siłę. Teraz umierała pod jego ciężkim butem.
     - Czekaj... czy ja dobrze słyszę? - opuściłam nieco głowę, musiałam sobie to przeanalizować na spokojnie. Nagle zmęczenie, słabość, wszystko co złe powróciło. Woda nie powstrzymywała już mnie od bycia na skraju wyczerpania. - Pytasz, czy były przed katastrofą? A może pytasz o to, czy wiedziałam, że wprowadzam was prosto w leże potwora? - uniosłam na niego głos. Mimo, że Tealvash był człowiekiem, który z łatwością budził we mnie strach, to teraz mój rozsadek był pewnie o pół mili stąd, bo zwyczajnie nie nadążał za galopującymi końmi. Dopóki do mnie nie wróci, mogłam sobie poudawać odważną. Uniosłam więc głowę, patrząc na te czerwone oczy, ale miałam wrażenie, że tym razem to w moich czają się płomienie.
     - Nie wiem skąd wiedziałam! Po prostu wiedziałam! - rzuciłam oburzona. W głowie mi się to po prostu nie mieściło. Miałam ochotę coś zrobić, zademonstrować mu, jak bardzo mnie rozwścieczył, ale nie wiedziałam nawet jak. Chciałam go kopnąć, ale na całe szczęście aż tak lekkomyślna nie byłam. Czułam się rozbita, a ręka, która zamieniła mnie w kupkę drobnych kawałów należała właśnie do oficera. - Tak samo, jak wiedziałam o tym, że trakt jest bezpieczny! Nie wiem skąd, ale skądś w mojej głowie pojawił się obraz Lance'a, widziałam, że coś mu się stanie i chciałam pomóc... w tej świątyni dość niewinnych straciło życie, a ja od ostatniej godziny staram się nie myśleć o tym, że naraziłam dziś wasze, zabierając was do niej - w oczach miałam łzy, ale ostatnie, co chciałam teraz zrobić, to popłakać się przed oficerem.
     Odwróciłam się, aby nie patrzeć mu w oczy.
     - Chciałam ci podziękować, za to, że powiedziałeś, że nie zginę pod twoją opieką... bo wtedy ci zaufałam, ale jak widać, ja godna zaufania nie jestem! Można mi robić badania, można mnie traktować jak problem, a potem podejrzewać o próbę podania was na tacy potworowi, który zjadł ciała moich sióstr - mówiąc to znów wezbrała we mnie złość. Miałam wahania nastrojów i czułam, że zaczynamy być obserwowaniu. Nie chciałam być widowiskiem, więc nie krzyczałam już na tyle, aby mogli usłyszeć moje słowa. W zasadzie to nie wiedząc, co mam ze sobą robić, zaczęłam kierować się w stronę koni, nie dbając o to, że są na głębokości, która mi sięga do połowy ud. Chyba adrenalina, która się we mnie wytwarzała ogłupiła zmysły na tyle, by woda nie wydawała się zimna.
     Kiedy woda ostudziła mnie na tyle, bym znów zaczęła trzeźwo myśleć, pozwoliłam sobie odwrócić się do Nevana. W zasadzie to było mi głupio, że wlazłam tak głęboko, bez większej przyczyny. Tak naprawdę to nawet nie wiedziałam, kiedy pokonałam ten niewielki odcinek.
     - Czemu nie możesz mi zaufać? Nie widzisz, że nie mam nic, a tym samym nie mam powodów, aby wykorzystywać cokolwiek przeciw twemu obozowi? Mówiłeś o dyscyplinie, która wywodzi się z szacunku... mnie to nie dotyczy? Wolisz, żebym się bała, czy ciebie szanowała? A może w ogóle nie dbasz o to, co o tobie myślę? - zapytałam już spokojniej. Sama obmyłam wodą twarz, jakby było mi mało chłodu. Spojrzałam na niego pewniej, nie ukrywając już zmęczenia. Nie dbałam, czy uwierzy, byłam zmęczona. - Wydaje mi się... że miałam wizję... - mruknęłam, odwracając wzrok. Sama tego nie rozumiałam, ale myślałam już o tym wcześniej i teraz, kiedy wydawał oskarżenia pod moim adresem, czułam, że nie mogę udawać. Nie dla niego, a dla siebie. Bo jeśli skłamię, gdy przypisują mi kłamstwo, to niezależnie od tego, czy mają rację, czy nie, będę winna. A ja winna nie byłam i mimo wszelkiej złości pod adresem tego człowieka, naprawdę chciałam, aby uwierzył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/