sobota, 17 czerwca 2017

XLVI



        Odchyliłem lekko głowę do tyłu, przenosząc spojrzenie na dziewczynę. Zdenerwowała się? Och... Było mi prawie przykro z tego powodu.
        – Właściwie pytałem tylko o to, co zawierało pytanie – odpowiedziałem przez zaciśnięte zęby, nie siląc się na uprzejmość podobnie jak ona. Byłem zbyt zmęczony, żeby udawać teraz kogoś, kim nie byłem, kogoś kto przejmuje się losem świeżo poznanej dziewczyny.
        Nie podobał mi się ani jej wyraz twarzy ani podniesiony ton głosu, który ściągał na nas ciekawskie spojrzenia. Irytowała mnie postawa, a mimo wszystko nadal starałem się odsunąć od siebie smagającą rozżarzonym batem wściekłość. Wydawało mi się, że ta emocja powoli zbiera się w całym moim ciele, ładuje niezadowolenie i niecierpliwość. Założyłem ramiona na klatce piersiowej, jakby ten gest mógł pomóc mi zapanować nad emocjami.
        Zerknąłem w bok, widząc uniesione brwi i pytające spojrzenia. Jeśli moi ludzie zaczną podważać moją pozycję... Ale nie. Nie zrobią tego jedynie przez wzgląd na dziewczynę, nawet jeśli byłaby bardzo ważną kapłanką. Jeśli jednak o niej mowa, weszła głęboko do wody. Zmarszczyłem czoło, dla kontrastu nie ruszając się nawet o krok, nie pokazując po sobie nawet cienia emocji. Nie było to dla mnie trudnym zadaniem. Przez lata nauczyłem się urzymywać pewną maskę, której wymagały wszelakie sytuacje.
        – Wolę, żebyś nie podnosiła na mnie w ten sposób głosu, kiedy nie ma do tego konieczności – odpowiedziałem, zamiast wybrać jedną z podanych przez nią opcji; strach czy szacunek. Nie potwierdziłem też jej ostatnich słów, niepewny czy wypowiedziane pochopnie przekonania, że nie interesuje mnie jej opinia na mój temat nie będą pochopne.
        W gruncie rzeczy jednak cudza opinia była tym, co najmniej mnie interesowało. Moi ludzie mogli mnie nienawidzić za kary, za dyscyplinę, wymagania, długie ćwiczenia. Nie interesowało mnie to tak długo, jak wypełniali swoje zadania. Koniec końców każdy jednak mógł mi jedynie podziękować, że zapobiegliwość i bycie wymagającym uratowało im życie na polu bitwy. Podziękowania też jednak nie robiły na mnie wrażenia.
        Niczym kamienny posąg u brzegu jeziora patrzyłem na nią, zastanawiając się co właściwie znaczy słowo „wizja” i do czego się odnosi. W moim przekonaniu paranormalne umiejętności kapłanek były jedynie mitem stworzonym przez ludzi zachłannych i wykorzystyjących naiwność. Każdy zapłaciłby więcej, żeby mieć w rodzinie kogoś, kto jest ponadczłowiekiem. I wielu ludzi to robiło. Mnie tylko irytował fakt wykorzystywania ludzkiej przesądności i naiwności do podwajania swoich zysków z ludzkiego życia.
        – Ithrick, Othel. Przyprowadźcie konie i przygotujcie wóz. Ruszamy dalej.
        Obróciłem się na pięcie, żwirowe nadbrzeże zachrzęściło pod moimi butami, kiedy pokonywałem szybko dystans pomiędzy mną a innymi żołnierzami. Przerwa, chociaż pozwalająca złapać oddech, wcale nie sprawiła, że ludzie zapomnieli o wszystkim, co się wydarzyło. Ponury nastrój nie zmienił się ani trochę nawet w momencie, kiedy można było odrzucić czającą się na skraju umysłu niepewność spowodowaną zejściem z bezpieczniejszego końskiego grzbietu. Kiedy wsiedliśmy na wierzchowce i ruszyliśmy przed siebie, wolno, mozolnie, z ociąganiem. Każdy chciał rwać się do przodu, a jednak nie było do tego możliwości. Lance czuł się gorzej, niż wcześniej, a ból musiał bardziej dawać się we znaki, podobnie jak strata krwi.
        Krajobraz jednak wraz z żwawym stępem zaczynał się powoli zmieniać, powracać do tego, który był wszystkim znany. Las przerzedził się, wzniesienia dookoła zrobiły się mniej strome, bardziej płynne. Ta zmiana wydawała się przynosić ulgę, którą dało się wyczuć w powietrzu. Nikt jednak nadal się nie odzywał. Te tereny nie były patrolowane przez wojsko, przez co wcale nie były bezpieczne.
        Ale wszyscy wydostaliśmy się ze świątyni żywi.
        Ostatni odcinek pokonaliśmy spokojnym galopem. Kiedy tylko dotarliśmy do bramy obozu, ranny mężczyzna został ściągnięty z konia i przetransportowany do namiotu medycznego. Dla nas jednak praca wcale się jeszcze nie skończyła. Zatrzymawszy się pod stajnią zorientowałem się, że nie jesteśmy tu sami.
        Przed wejściem do boksów, na dziedzińcu, stał wysokie, szczupły mężczyzna o szpakowatych włosach i zdecydowanie za długim nosie. Patrzył na konie wjeżdżające na dziedziniec. Miał chude, długie dłonie i kościste palce. W zbyt dużej szacie wyglądał, jakby wyrwał się z obozowej kostnicy. Wyraz jego twarzy był jednak, o ile można było to tak nazwać, całkiem przyjazny.
        Zeskoczyłem z konia, oddając wodze jednemu ze stajennych; to byli młodzi chłopcy, którzy nie zostali wcieleni do żadnego oddziału przez wzgląd na zbyt młody wiek.
        Obecność tego mężczyzny nie świadczyła o niczym dobrym.
        – Dowódca naczelny chciał upewnić się, że wszystkie dowody zostaną niezwłocznie do niego przytransportowane – odezwał się. Miał wysoki, melodyjny i w ogóle niemęski głos. Machnął dłonią w powietrzu, tym gestem wskazując na dwa konie, które ciągnęły skrzynie i tobołki. – Każ swoim ludziom od razu zawieźć to do namiotu dowódcy.
        – Tak jest – odpowiedziałem, niechętnie salutując. – Niezwłocznie – dodałem, krzywiąc się nieco. Nie lubiłem, kiedy inni wydawali mi rozkazy.
        – Oficerze Tealvash. – Zatrzymałem się. Spojrzałem w jego czarne oczy. To nie było wszystko. – Proszę stawić się na zebraniu. Podczas dzisiejszej nieobecności twojego oddziału trochę się tu wydarzyło. Przybyły nowe rozkazy... We własnej skórze – dodał, uśmiechając się zagadkowo. Cóż za paskudny to był uśmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/