sobota, 17 czerwca 2017
XLVII
Patrzyłam na niego, stojącego daleko i obcego, jak w dniu, kiedy pierwszy raz mnie do niego przyprowadzono. Towarzyszył mi wtedy strach i brak stabilności. Teraz się nie bałam, ale brak stabilności nie uległ zmianie. Nie rozumiałam go, powoli przestawałam wierzyć w to, że kiedyś ten aspekt naszej znajomości ulegnie zmianie. Wcześniej pewnie bym o to nie dbała, ale po całym dniu, z perspektywy chwil, jakie dziś dano nam przeżyć, chciałam widzieć go takim, jakim był w sali do medytacji, ale może były to czcze marzenia? Dałam się omamić czemuś, co mogło być zjawiskiem mającym miejsce raz na całe życie.
Wiem, że zachowałam się ostro, nie próbuję wmawiać sobie, że moja reakcja była poprawna. Zadziałałam gorączkowo, ale i on nie silił się na delikatność. Oboje byliśmy sobie winni obecnej sytuacji i chyba żadne z nas nie wiedziało, albo nawet nie próbowało się dowiedzieć, jak wyjść z konfliktu, wrócić znów do relacji względnego spokoju. Chyba, że... tylko mi zależało na tym, aby było między nami dobrze. Było to bardzo możliwe, w końcu nawet nie odpowiedział na moje pytanie. Istotniejszy był mój ton. W końcu do pana oficera nie można krzyczeć. Może nawet, jakbym była mężczyzną, to teraz byłabym w trakcie utraty palca, albo innej kary za swoją niesubordynację. Tylko, że nie byłam jego żołnierzem i widocznie sam się w tym gubił. A może to tylko moje spostrzeżenie? Znów wróciło uczucie z podróży, uczucie, że może znalazłam swoje miejsce. Nevan boleśnie uświadomił mi, że moja opinia nikogo nie interesuje.
- Konieczność nie występuje jedynie wtedy, gdy ty ją ustalasz - odpowiedziałam jedynie, czując, jak złość ze mnie ucieka. Nie miałam na nią siły, nie miałam siły na nic. Z resztą rozmowa się skończyła, zawsze kończyła się nie wtedy, gdy doszliśmy do porozumienia, a wtedy, gdy on uznał, że to koniec. Wzięłam swojego konia i spokojnie wyprowadziłam go z jeziora. Czułam na sobie spojrzenia, ale nie dbałam o to. Postój zmęczył mnie bardziej, niż pozwolił wypocząć.
- Jedź ze mną, bo jesteś zmęczona - usłyszałam głos Eliaha. Niby był tak blisko z dowódcą, a jednak wydawali mi się oni swoimi przeciwieństwami.
- Mam mokre spodnie - odpowiedziałam, poprawiając bez większego celu ogłowie mojej klaczy.
- Zauważyłem. Mamy za sobą ciężki dnień, nie utrudniajmy go sobie dodatkowo - spojrzałam na niego, gotowa już na udzielenie riposty, ale zmęczenie na jego twarzy nie pozwoliło mi się odezwać. Skinęłam głową, świadcząc o tym, że się zgadzam.
Podróż minęła mi szybko. Głównie przez to, że po jakiejś godzinie zasnęłam, zważywszy na to, że nie galopowaliśmy długo, przez wzgląd na Lance'a. Dlatego też obudziłam się dopiero będąc w obozie, a ściślej mówiąc, w chwili, w której zabrano Lance'a. Prawdę mówiąc było mi głupio, że miałam taki mocny sen, to też czym prędzej przetarłam oczy, starając się wyglądać chociaż mniej, jak małe dziecko.
- Przygotujcie w namiocie kapłanki kąpiel - usłyszałam nad uchem głos Eliaha, który był kierowany do jakiegoś żołnierza stojącego niedaleko. Skinął głową i gdzieś poleciał. Blondyn zauważył, że się obudziłam. Zsiadł pierwszy, po czym pomógł mi zsiąść na ziemię. Dopiero teraz zauważyłam, że przed stajnią ktoś stoi. Ktoś, kto z naszej kompani nie był. Podeszłam, kierowana ciekawością. Musiał być kimś wysokiego stopnia, sądząc po tym, jak odzywał się do Nevana. Chcąc więcej słyszeć, minęłam żołnierzy, aby stanąć obok oficera. Teraz akurat niekoniecznie myślałam o naszym konflikcie. Sen pozwolił mi zrozumieć jedno - niezależnie od tego, ile tutaj zostanę, nie był to ani pierwszy, ani ostatni z naszych konfliktów.
Zastanawiałam się, czy rozkazy, jakie przybyły, miały coś wspólnego ze mną. Nie zapytałam jednak, ale nieznajomy sam zatrzymał na mnie spojrzenie. Skinął mi głową, udając, że chwilę temu nie spoglądał krytycznie na mój stan. Cóż, bliżej było mi do zmarnowanego wojaka, niż do szlachetnej kapłanki. Osobiście się tym nie przejmowałam.
- Pani - odezwał się do mnie bezpośrednio. Uniosłam brwi, niegotowa na o, że i do mnie coś powie. - Ciebie także dotyczy zaproszenie. Jeśli mimo zmęczenia będziesz miała ochotę zaszczycić nas swą obecnością, zapraszamy - powiedział niby grzecznie, ale niekoniecznie podobało mi się jego spojrzenie. Jakby chciał mnie udobruchać miłymi słówkami, a przecież byłam świadoma tego, jak różniły się nasze zaproszenia, mam tu na myśli moje i Nevana.
- Oficer Tealvash jest zapewne w nie lepszym stanie, niż ja. Jeśli on ma siły, to i ja je znajdę - powiedziałam spokojnie, zaglądając w ciemne oczy mężczyzny. Nie podobał mi się, w każdym tego słowa znaczeniu. Nie wiem jakie wrażenie moje słowa na nim zrobiły. Skłonił się jednak płytko.
- Jak uważasz, pani - odpowiedział, więc i ja skinęłam mu głową.
Opuścił nas po tych słowach, a niedługo potem i ja znalazłam się w moim namiocie, gdzie już czekała na mnie bala z zachęcająco parującą wodą. Ostrzegłam jedynie żołnierzy, którzy na powrót strzegli mojej kwatery, że zamierzam się wykąpać i zrzuciłam z siebie brudne ubrania. Moje ciało było w dobrym stanie, w przeciwieństwie do ciała Lance'a. Jedynie kilka drobnych otarć świadczyło o tym, że towarzyszyłam im w trudach dzisiejszej eskapady. Dwa siniaki, tutaj kończyły się moje obrażenia, a ciepła woda zaraz sprawiła, że zapomniałam o jakimkolwiek bólu.
Korzystając z chwili, zanurkowałam w bali, zamykając oczy. Woda świetnie stłumiła dźwięki, gdy nie bacząc na nic, otworzyłam usta, pozwalając sobie na niczym niepohamowany krzyk. Było to impulsywne, ale gdy szybko usiadłam, krztusząc się przy tym niemało, czułam, że wypełnia mnie wewnętrzny spokój.
- Wszystko w porządku? - słyszałam pukanie żołnierza, jak i jego głos. Odruchowo osłoniłam się dlońmi, chociaż i tak nikt nie wszedł do środka.
- Tak, tak... spokojnie... - zawołałam zaraz, by następnie wziąć głęboki wdech. Teraz, gdy emocje opadły poczułam się winna. Było to moje poczucie winny, a kwestia tego, czy ktoś jeszcze zawinił, czy nie, mnie nie obchodziła. Nie można swych grzechów tłumaczyć tym, że inni też je popełniają. Dlatego, gdy moje włosy były już suche, a blade ciało pokrywał materiał świątynnej sukni, poprosiłam o eskortę do kwatery oficera Tealvasha. Całą drogę bałam się na tyle, by kilka razy rozważać powrót. Było to dziecinne, a ja naprawdę czułam, że czas dojrzeć w każdym aspekcie, jakie niesie ze sobą życie.
Kiedy usłyszałam, że mogę wejść, byłam tak przejęta, że w chwili w której ledwo zaczęłam wsuwać się do środka, już na ustach miałam przemyślaną w głowie wypowiedź:
- Chcę przeprosić za swoje słowa. Zadziałałam impulsywnie i nie powinnam krzyczeć na ciebie przy twoich ludziach - w moich myślach wypowiedź ta była znacznie dłuższa i zwyczajnie lepsza. teraz dopiero spanikowałam. Nawet nie podniosłam na niego spojrzenia, czując, że powinnam coś dodać. - Byłam przerażona i zagubiona, a te emocje wylałam na ciebie. To niepoprawne z mojej strony i jestem gotowa ponieść konsekwencje swojego zachowania - wiem, że to głupie, ale... chciałam zabrzmieć jak żołnierz. Jak członek jego oddziału. Po prostu, dla siebie chciałam się poczuć, jak jego ludzie. Sama nie wiem, co miało mi to dać, ale może przez to uczucie zagubienia nie było już tak silne? Nawet jeśli byłam świadoma tego, że gdyby wiedział o moich "chęciach", to najpewniej wyśmiałby mnie, jak dziecko, któremu wydaje się, że może się równać z rosłym mężczyzną.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/
https://pietno-bogow.blogspot.com/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz