Wchodząc
do swojej kwatery, która znajdowała się niedaleko głównego traktu
przecinającego obóz na dwie mniej więcej równe części, poczułem przyjemną ulgę.
Zniknięcie z publicznego widoku zawsze mnie odprężało, a teraz potrzebowałem
chwili relaksu. Powoli odpinając paski i klamry zbroi miałem czas, żeby pozbierać
myśli. Przymknąłem oczy.
Chociaż namiot wcale nie był wzniesiony
z cienkiego płótna, to już kilka miesięcy temtu rozkazałem podbić go dodatkową
tkaniną i utwardzeniem. Przede wszystkim dlatego, żeby dodatkowe warstwy lepiej
tłumiły dźwięki dochodzące z ulicy, ale bardziej po to, żeby te z wnętrza nie
były łatwo słyszalne dla niepowołanych uszu. Ceniłem sobie dyskrecję, którą
zapewniała zaledwie dodatkowa warstwa materiału. Podobną taktykę zastosowano w
namiocie obrad, żeby to, co zostało wewnątrz powiedziane nie rozniosło się zbyt
szybko i bez kontroli po całej jednostce.
Fragmenty zbroi kolejno opadały na
ziemię, a towarzyszący temu hałas był przyjemny dla uszu. Ktoś zawsze stał na
straży wejścia do namiotu. To tylko sprawiało, że rozluźniałem spięte mięśnie
barków, ramion, karku, pleców. Że mogłem pozwolić sobie na emocję wypisaną na
twarzy, bo nikt nie patrzył. Kiedy nagolennik uwolnił drugą łydkę poczułem się
znowu nagle niespotykanie lekki. Uwielbiałem to uczucie. Przy wejściu do
namiotu stała mała balia z podgrzaną wodą, którą użyłem do umycia rąk, twarzy,
klatki piersiowej i ramion. Żołnierzy nie rozpieszczano tu pod względem
warunków zanitarnych, wspólne prysznice, gdzie znajdywała się bieżąca woda
często były zajęte, przeznaczone tylko dla tych najwyższych rangą. Inni musieli
używać deszczu lub kąpieli na widoku publicznym. Niewielu to z resztą
przeszkadzało.
Byłem świadom tego, że nie zostało mi
wiele czasu. Zdążyłem przebrać wymięte spodnie od munduru, które znajdowały się
pod warstwą stali na coś bardziej uroczystego. Solidne, skórzane spodnie były
nawygodniejszym, na co mogłem sobie pozwolić. Wysokie buty dopełniały uroczysty
ubiór.
Zdawałem sobie sprawę z tego, jaka
wiadomość czeka na mnie w namiocie. Nie było to nic przyjemnego, z tego zdawaem
sobie sprawę. Ale poza własnymi domysłami słyszałem też szepty i pogłoski,
które wymieniali między sobą żołnierze. Trudno było w tajemnicy utrzymać
przybycie księcia do obozu, zwłaszcza takiego, jak najmłodszy syn króla. W
myślach nazywałem go rozpieszczonym gówniarzem, który przypadkiem dorwał się do
władzy, a chociaż potrafił głośno szczekać, to był niegroźny jak sarna otoczona
przez prawdziwe wilki. Niesamowicie irytujący osobnik. Przeciągnąłem się,
odwracając tyłem do wejścia. To był błąd.
– Cieszę się, widząc cię ciągle żywym,
oficerze.
Wysoki, melodyjny głos Aelnei był
czymś, czego się nie spodziewałem. Kiedy pozwoliłem strażnikom bez uprzedzenia
wpuszczać ją do wnętrza namiotu? Byłem pewny, że tego nie zrobiłem. Sama
musiała się tym zająć.
– Podobno nie wszystko poszło tak
dobrze, jak to zaplanowaliście – kontynuowała. Odwróciłem się w jej stronę. W
wyciągniętej w moim kierunku dłoni trzymała przygotowaną wcześniej koszulę.
Kamizelka i płaszcz nadal leżały starannie złożone na komodzie. Chociaż kobieta
miała buty na obcasie, potrafiła poruszać się w nich bezgłośnie, nawet na
drewnianej posadzce namiotu. Wyglądała, jakby moje obrażone ciało nie robiło na
niej wrażenia. – Ubierz się. Nie wypada.
Uśmiechnęła się. Przypominała węża,
który szykował się do ataku na wypatrzoną wcześniej ofiarę. Widziałem w jej
dłoni małe zawiniątko, ale ona nie poświęcała mu większej uwagi. Zaciskała na
nim smukłe palce mocno, jedynie tym zdradzając cenność przesyłki.
– Przyszłaś zdobyć informacje o
wyprawie na własną rękę? – uniosłem jedną brew, wciągając na siebie materiał.
Nie było to łatwe zadanie. Moje ciało nadal było wilgotne po prowizorycznej
kąpieli. – Nie – dodałem z namysłem. – Masz coś dla mnie, prawda?
Oparła się biodrem o komodę, jedyny
mebel w namiocie o jakiejkowiek wartości. W przeciwieństwie do stołu, łóżka i
krzesła, które były proste w konstrukcji i wyglądały, jakby miały się rozpaść.
Skinęła powoli głową. Ciemne tatuaże były idealnie widoczne na jasnej,
błyszczącej się w świetle skórze. Miała idealnie zaczesane do tyłu białe włosy,
a na twarzy nieprzenikniony wyraz.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, w namiocie
nagle pojawiła się kolejna osoba. Esja najwidoczniej nie zauważyła, że nie
jestem sam, bo zaczęła od razu mówić. Nie dała mi możliwości, żeby przewać,
dopóki nie skończyła. Stojąca nieco z tyłu starsza kobieta wyprostowała się
powoli. Jej twarz wyrażała niezrozumienie i lekką irytację. Podobnie jak ja,
nie lubiła kiedy coś wykradało się spod jej kontroli i kiedy nie rozumiała, co
się dzieje.
– To bardzo miłe z twojej strony,
kapłanko – odezwała się. Mówiła powoli, jej głos, przyjemny dla ucha, przecinał
powietrze. – Nieczęsto ktoś tu przeprasza za takie przewinienia – dodała, a jej
twarz wyrażała pełną powagę. Nikt nie byłby w stanie odkryć, o czym teraz
myśli.
Zanim którakolwiek z nich zdążyła się
podownie odezwać albo otrząsnąć z zaskoczenia, bo bez wątpienia je obie ta
sytuacja w nie wprowadziła, postanowiłem wziąć to w swoje dłonie. Czyli
najpierw zakończyć sprawę, która tego wymagała. Poprawiłem tylko rękaw koszuli,
którego wcześniej nie udało mi się do końca opuścić.
– Możemy skończyć to, co zaczęliśmy? –
wtrąciłem niecierpliwie.
Jeśli Aelnea pofatygowała się tutaj
osobiście, to musiało być coś ważnego, albo conajmniej pomocnego. Rzadko
wtrącała się w sprawy polityczne obozu czy państwa. Większość czasu skupiała
się na liczbach i rozliczeniach, zapisywaniu wydarzeń. Ale bardziej niż
ktokolwiek inny uwielbiała kolekcjonować wiedzę. Zwłaszcza taką, którą posiada
jedynie wąskie grono. Teraz na jej twarz wstąpił cień zmartwienia. Fałszywa
emocja?
– Nie, to zbyt... Prywatna sprawa.
Spotkamy się później, bo przeprosiny bardziej niż nasz biznes nie lubią
cierpieć zwłoki.
Dopiero teraz zauważyłem, kiedy
poruszyła się w stronę wyjścia, że jej długa, prosta suknia miała głębokie
rozcięcie na udzie. Poprawiła szal, którym owinęła najprawdopodobniej nagie
ramiona, zanim wyszła z pomieszczenia. I zniknęła. Dopiero kiedy przesywała
dłonią po klapie namiotu zauważyłem, że niczego już w niej nie trzyma. Ta
kobieta mniej nawet niż ja ufała obcym, ale ostrożność przy takim hobby była
wymagana. Żona oficera wiedziała, w co może się wpakować, jeśli nie będzie się
odpowiednio pilnować.
Odczekałem kilka chwil, żeby mieć pewność,
że odeszła. Kiedy jeden ze strażników chrząknął, przeniosłem spojrzenie na
kapłankę.
– O jakich konsekwencjach mowa? –
zapytałem, przechodząc w stronę miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stała
białowłosa. Na komodzie niczego nie było, tylko kamizelka i długi, ciemny
płaszcz. Podniosłem tą pierwszą rzecz. – Nie podlegasz mi ani moim rozkazom, bo
nie należysz do oddziału. Jesteś tu gościem, z tego co zrozumiałem na obradzie
na której uczestniczyliśmy kilka dni temu.
Obejrzałem się przez ramię, łącząc ze
sobą zapinki eleganckiej kamizelki. Miała rację, nieczęsto słyszy się tutaj
przeprosiny. To wyraźnie świadczyło o tym, że dziewczyna nie jest stąd ani też
tutaj nie należy. Ale jednocześnie odmienność jej zachowania sprawiła, że
zacząłem się zastanawiać, co nią kierowało, kiedy kierowała się do mojego
namiotu.
– Mówiłaś wcześniej, że... Wizje? –
zacząłem, kiedy uporałem się z kamizelką. Odszedłem o kilka kroków od mebla,
stając teraz mniej więcej w centrum namiotu. Sam nie wiedziałem, czy i dlaczego
naprawdę zaczynam ten temat. Nie miałem ani skrupułów ani poczucia winy tym, co
się wydarzyło. Takie uczucia były mi raczej obce. Może więc ciekawość? Chęć
potwierdzenia, że umiejętności nadprzyrodzone są niczym więcej, jak ludzkim
wymysłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz