piątek, 9 czerwca 2017

XXXI


     Konie miały to do siebie, że były piękne, ale z bliska wydawały się jeszcze potężniejsze, niż w moich wyobrażeniach. Pełne dostojności, dumy i siły, której im zazdrościłam. Patrząc na takie zwierze czuło się respekt i szacunek, nie dlatego, że jak ja były czegoś symbolem, ale przez to, że po prostu zasługiwały na taki odbiór. Od zawsze towarzyszyły ludziom w różnych aspektach życia, na wojnie mogły się równać niejednemu bohaterowi, ale jak wspaniałe by nie były, nic nie zmieni faktu, iż nie dane było mi nauczyć się na nich jeździć. Żałowałam. Szczególnie w chwili, w której Nevan zapytał, czy potrafię, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć. Głupio było się przyznać do kolejnych braków, odsłaniać kolejne wady, których jeszcze czeka znacznie więcej. 
     W głowie miałam pustkę, nawet jeśli odpowiedź na jego pytanie była oczywista. Nie zaczekał na nią, pewnie z mojej winy, bo niepotrzebnie zwlekałam. Słuchałam więc dalej, a kiedy w nim pojawił się cień rozbawienia, we mnie narodził się nieco inny, bo irytacji. Może nie do końca irytacji, co irracjonalnej chęci pokazania się z lepszej strony, niż ta z której wydawało mi się, że patrzy ten mężczyzna. Kosztowności! Też coś! Wyborny żart panie oficerze, chyba lepszego w swym życiu nie słyszałam. Czekam jeszcze na propozycję zamknięcia mnie w skrzyni, w końcu to też jest jakieś wyjście z tej sytuacji, prawda? 
     - Rozumiem, że w razie czego za potrzebą się nie zatrzymamy - mruknęłam opatrując to pytanie uroczym uśmiechem. Nie musiał na mnie wywierać takiej presji! Albo mógł zapytać wcześniej. Dobra, może przesadzam. Ostatecznie nasze relacje znacznie się ociepliły i wolałabym, aby tak pozostało. Miałam jednak wrażenie, że w głowie był już pewien mojej decyzji. Pewnie dotarło już do niego, że nie potrafię jeździć konno, wyczytał to z mojej twarzy, z mojego zachowania. Wiedziałam, że nie rozegrałam tej mistyfikacji dobrze. Nie byłam mistrzynią gierek, jakie on stosował na codzień. Byłam też młodą dziewczyną, której mimo, że całe życie spędziła w świątyni, wcale nie tak trudno wejść na ambicję. Chyba od czasu, od którego byłam w nocy w jego namiocie, coś kierowało mną tak, abym nie zrobiła na nim złego wrażenia. Bałam się, że ostatecznie przypnie mi łatkę zwykłej kapłanki, która nie powinna być nikim, poza boskim symbolem. 
     Eliah podszedł do nas, jakby też czekał na moją decyzję. Chwilę się z nią gryzłam, a przecież wydawało mi się, że już ją podjęłam. Nie było łatwo, część mnie mówiła mi po prostu, że jestem głupia, a druga, że dobrze postępuję. Nie wiem, która miała racje, ale nie myśląc dłużej, otworzyłam usta: 
    - Pojadę konno - oznajmiłam, po twarzy Nevana nie dowiadując się niczego, ale twarz Eliaha wydawała się prezentować lekkie zdziwienie. 
     - Esjo, czy ty potrafisz jeździć konno? - zapytał dokładnie o to samo, o co wcześniej pytał jego dowódca. Tym razem nie mogłam unikać odpowiedzi. 
     - Szybko się uczę - mruknęłam i spojrzałam na jabłkowitą klacz, jaką przyprowadził jeden z żołnierzy. - To dla mnie? - zapytałam dla pewności, a kiedy potwierdzili podeszłam do wierzchowca. Nie była przerażająco ogromna, ale do małych też nie mogłam jej zaliczyć. Mimo to przemogłam pierwsze ukucie strachu i dotknęłam jej łba, ze spokojem przejeżdżając palcami po przyjemnej, krótkiej sierści. 
     - Pomogę ci wsiąść - oznajmił Eliah, po czym podszedł do mnie i przyciszonym głosem, który pewnie i tak mógł usłyszeć Tealvash postanowił się upewnić, czy nie postradałam zmysłów. - Jesteś pewna, że chcesz jechać? Możemy przygotować wóz - powtórzył słowa swojego dowódcy. Co oni się tak uparli na ten wóz? 
     - Nie chcę być wożona, jak złoty garnek - ucięłam temat, bojąc się, że kolejne pytania zabiją moją pewność siebie i ostatecznie wybiorę podróż na wozie. - To nie może być aż takie trudne, prawda? - zapytałam i nauczona obserwacją, uniosłam nogę, aby umieścić ją w strzemieniu. Uchwyciłam wypukłość w siodle, a w zasadzie to próbowałam ją utrzymać, bo była nieco wysoka. Nim się obejrzałam, usłyszałam westchnięcie i poczułam na biodrach uścisk, który podsadził mnie do góry. Sapnęłam cicho i ani się obejrzałam, kiedy siedziałam już w siodle. 
     W pierwszej chwili było to przerażające. Patrzeć tak na wszystkich z góry. Poczułam na sobie spojrzenie Nevana i Eliaha. Jakby oczekiwali, że się rozmyślę. Cóż... nie mogli się spodziewać, tak, jak i ja, że zaraz moja twarz cała się rozpromieni.
     - Haha, widzicie? Siedzę i nie spadam... cudownie - zachichotałam, jak zwykła dziewczyna, nie mogąc nadziwić się tej całej sytuacji. - No i co? Radzę sobie - oznajmiłam, nie przejmując się przez chwilę tym, jak zostanę odebrana. W tej drobnej sekundzie byłam po prostu Esją, nikim więcej, młodą kobietą, która pierwszy raz próbuje czegoś nowego, czegoś, czego się bała, a co póki co bardzo jej się podoba. Nieistotne jest, kto patrzy i jak mnie ocenia. Po prostu chciałam się cieszyć, chyba na to zasłużyłam. 
     - Cieszę się, że ciebie to nie przeraża - odetchnął Eliah z wyraźną ulgą. Po chwili odwrócił się jednak do Nevana. - Dla pewności wolałbym przytroczyć konia kapłanki do swojego. Poprawi to jej bezpieczeństwo i nie spowolni marszu - powiedział płynnie, nazywając mnie już nie po imieniu. Byłam zaskoczona, że prosi o coś takiego, ale oficer się zgodził. Tak oto do ogłowia mego konia przywiązano linę, której drugi koniec był przy wierzchowcu blondyna. Jechaliśmy na przedzie, zaraz za Nevanem, a mi serce biło z każdym krokiem, jaki stawiało pode mna zwierze. Poza tym... mieliśmy opuścić obóz. Nie mogłam w to uwierzyć. 
     Nie potrafiłam się powstrzymać, stale rozglądając się na boki. Wierciłam się może za bardzo, bo w którymś momencie blondyn zwrócił mi uwagę na to, żebym tego nie robiła bo spadnę. Speszył mnie tym, co najwyraźniej było po mnie widać. Kolejna porcja ciszy, aż w końcu zaczął mi tłumaczyć, jak się powoduje koniem. Słuchałam uważnie, ciesząc się, że mogę nauczyć się czegoś nowego, ze ktoś w ogóle chce mnie uczyć. 
     - Chciałabym się nauczyć po powrocie, jak jeździć samodzielnie - powiedziałam w którymś momencie. Eliah zrobil minę, którą już doskonale rozumiałam. Mówiła ona mniej więcej tyle, że nie od niego to zależało. Dlatego też przeniosłam spojrzenie na plecy dowódcy. Blondyn miał przy siodle jeszcze sporo zapasu, więc korzystając z jego wskazówek, zrobiłam co w mojej mocy, by moja klacz zrównała się z wierzchowcem Nevana. Przyznaję, że zajęło mi to więcej czasu, niż chciałam, ale ostatecznie cel udało się osiągnąć. Spojrzałam na mężczyznę, czekając, aż i on odwzajemni spojrzenie. 
     - Czy pozwolisz mi nauczyć się jeździectwa, nim odprawią mnie z waszego obozu? - zapytałam grzecznie, wiedząc, że decyzja leży w jego rękach. Zaraz jednak odrzuciłam na tył włosy, bo było mi przez nie za gorąco. - Śmieszny jest ten strój. Nie jestem do takiego przyzwyczajona - mruknęłam, kontynuując rozmowę, po czym delikatnie podważyłam palcami obręcz, jaką miałam na szyi. Czasem potrafiła sprawiać duży dyskomfort i właśnie taka chwila nadeszła. Dlatego wolałam się skupić na rozmowie. Z Eliahem cały czas dyskutowałam, wydawało mi się właściwe, aby od czasu do czasu wymienić też kilka słów z czerwonookim. 
     - Jeśli za dużo mówię, to zwróć mi uwagę, po prostu mam dobry humor - zaznaczyłam na początku, zgodnie z prawdą. Nic nie byłoby w stanie mi go zepsuć, nawet cel podróży, który był mi zwyczajnie znany. Mimo, że reszty świątyni na pewno odbiją się w mej pamięci, to teraz skupiałam się na tym, co tu i teraz. Bo nie wiem ile razy jeszcze będę mogła w tak swobodny sposób jechać konno, niczym się nie przejmując. - Więc jak? Radzę sobie, czy wolałbyś mnie widzieć na wozie z kosztownościami? - zapytałam wprost, ciekawa, jak odpowie. Nie mogłam być tego pewna, ale możliwe, iż na siłe próbowałam wciągnąć go w rozmowę. W końcu przez ostatni dni, od czasu "wypadku" na murach nie widzieliśmy siebie. Nie, żebym się za nim stęskniła, po prostu chciałam mu też w pewien sposób pokazać, że jeśli myślał, iż teraz będę się go bała, to nie miał racji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/