Nadzieja, że dziewczyna nie zechce
zgrywać bohaterki, na szali stawiając nie tylko swoje życie, ale też życie
każdego z nas zniknęła. Przed zniknięciem, kiedy patrzyłem na jej pełną niezdecydowania
twarz błysnęła jak dogasająca gwiazda na niebie, a później wyparowała w
powietrzu. Skinąłem powoli głową. Najwidoczniej za cenę swojej dumy i
prezentacji niezależności zdecydowała się utrudnić nasze zadanie, a choć
jeszcze nie podniosła go do rangi niemożliwego, to był to pierwszy scenariusz,
jaki pojawił mi się w głowie. Koń się spłoszy. Ktoś nas zaatakuje. Kapłanka
spadnie. Sratują ją zwierzęta pędzone strachem naprzód. Marny los jak na kogoś,
kto w zastaw chce postawić swoje ego. Ta sytuacja była zupełnie jak przed kilku
dni temu, w obozie, z palankinem. Tym razem jednak dziewczyna chyba nawet nie
zdawała sobie sprawy, ile ryzykuje.
Skinąłem więc głową ponownie, mocniej
zaciskając dłoń na hełmie. W gruncie rzeczy to ona była tutaj panią, miała
prawo rządzić, jeśli chciała. Mi ani chyba nikomu innemu nie podobała się
perspektywa dodawania sobie trudności w tym zadaniu, ale nie skomentowałem tego
nawet jednym słowem. Uśmiech tylko zgasł na moich ustach. Być może zamiast
niego pojawił się wyraz dezaprobaty. Milczącej.
Cofnąłem się o kilka kroków, kilkoma
gestami wydając nieme rozkazy. Moi ludzie, zwłaszcza ci, którzy służyli mi od
dawna, wiedzieli dokładnie o co chodzi. Eliah został z przodu, ja opuściłem
plac zamieszania i wycofałem się do jego kręgu. Zadarłem głowę do góry,
starając się ocenić czas i przewidzieć, jaka pogoda czeka nas po drodze. Na
próżno jednak, bo tej nie dało się dokładnie przewidzieć. Często zmieniała się,
zwłascza w górzystych terenach, do których zmierzaliśmy.
– Jesteś pewny, że to dobry pomysł? –
usłyszałem znajomy, niski tembr głosu za moimi plecami.
Nie musiałem się odwracać. Nawet,
gdybym to zrobił, mężczyzna nie wystawałby zbyt wiele poza boks konia, przy
którym stałem i w którego wnętrzu on się zajmował. Niezwykle niski człowiek,
zawsze sceptyczny i nieufny był jednym z tych ludzi, którzy przeżyli najwięcej.
Którzy widzieli najwięcej.
Ithrick zaciągnął w płuca powietrze –
co było wyraźnie słyszalne, po czym splunął soczyście. To było dziwne,
rozmawiać że źródłem dźwięku, ale nie widzieć, kto mówi. Przeciągnąłem się
lekko, obserwując nadal jak kapłanka wsiada na konia. Jej entuzjazm przypominał
mi młodych chłopaków, którzy dopiero co przybyli do wojska i którzy chcieli
walczyć za ukochaną ojczyznę. Świeży, ale naiwny. Taki, którego nie chce się
odbierać.
– Nie jestem – odpowiedziałem prosto i
zgodnie z prawdą. – Gdybym tylko mógł, to bym jej tego zabronił.
– Co, kobietom nie tak łatwo zabraniać
pewnych rzeczy?
W jego głosie wyraźnie była wyczuwalna
kpina. Ten mężczyzna czasem nie miał szacunku do niczego; do mnie, jako
dowódcy, do innych żołnierzy z którymi współpracował, a gdy mógł, po cichu klął
na króla. Kiedy sądził, że nikt go nie słyszy. Jego uwaga była na swój sposób
prawdziwa i irytująca. Jeśli to byłby ktokolwiek inny...
– Zdaje się że kapłanki nie są już zwykłymi
ludźmi.
– I nie podlegają rozkazom – dokończył niski
głos. Ithrick odsunął zasuwę drzwi do boksu, co sprawiło że drgnąłem lekko, w
zaskoczeniu sięgając do pasa, gdzie przytroczony miałem nóż myśliwski.
Wyprowadził swojego konia, znacznie mniejszego niż inne wierzchowce, po czym
popatrzył to na mnie, to na nią. Jego małe, przenikliwe oczy w zdeformowanej
oparzeniem twarzy były na swój sposób przerażające. – Mości oficerze, niech pan
uważa, żeby jeszcze spódnica nie okazała się dowódcą tej ekspedycji.
Zarechotał, wskakując na swojego konia.
Stęknąłem wręcz z irytacji, przechodząc z nogi na nogę. Doprawdy, był czasem
zbyt dosłowny i zbyt zgryźliwy. Nic dziwnego, że mało kto w obozie darzył go
szacunkiem. Zbyt często mówił ludziom to, czego nie chcieliby usłyszeć.
Ostatecznie wyruszyliśmy. Spokojnie
opuściliśmy obóz, odprowadzeni spojrzeniami strażników. Podałem liczbę
żołnierzy uczestniczących w wyprawie, a kiedy wszystkie sprawy były załatwione,
wskoczyłem na swojego konia. Hełm przytroczony do wojskowego, szerokiego siodła
ze specjalnymi zakiewkami w czapraku grzechotał cicho wraz z każdym ruchem
końskiego zadu. Poza tym jednak oraz rozmowami prowadzonymi za moimi plecami
las był cichy, spokojny. Wydawał się żywy; od czasu do czasu moim oczom
pokazywały się małe zwierzęta, doskonale słyszeliśmy śpiew ptaków. Tym razem
zamierzałem być jednak ponad wszelką miarę ostrożny. Żeby coś takiego, jak
ostatnio nie miało już nigdy miejsca.
Rozproszyła mnie obecność innego konia
w zasięgu pola mojego wzroku. Nie obróciłem głowy, ale klacz też strzygła
uważnie uszami, widząc zbliżającą się postać.
Przechyliłem lekko głowę w kierunku
dzewczyny dopiero, kiedy usłyszałem jej głos. Obecność na przodzie kolumny
znaczyła, że chce o coś zapytać. Starałem się nie zwracać na to zbyt dużej
części uwagi. Las, choć na początku był czysty, nie był bezpiecznym miejscem.
– Możesz się uczyć, konie często nie
mają kiedy trenować – odpowiedziałem, spoglądając na nią i zbierając wodze
sprawnym gestem. – Chociaż to pewnie kwestia dni. Powinnaś o to poprosić w
stolicy, mają tam hodowlę niespotykanych koni, zbyt cennych, żeby wysyłać je na
front. Służą do popisywania się, zupełnie jak... – wy. Szlachetnie urodzeni
popisywali się posiadaniem błogosławione kapłanki w rodzinie. Nie byłem pewien,
czy Esja zna taki stan rzeczy. – Jak wiele innych rzeczy w stolicy. Opływa
bogactwem – skończyłem, wpatrując się w drogę przed sobą. Nie było tokłamstwem.
Jedynie czymś, czego nie cierpiałem. O wiele lepiej odnajdywałem się w obozie,
w prostym namiocie, w codziennej rutynie walki i unikania śmierci. Być może
nawet mógbym jej współczuć tego, gdzie jest wysyłana.
Za naszymi plecami toczyły się swobodne
rozmowy. Żołnierze, którzy byli przyzwyczajeni do patrolowania okolic potrafili
połączyć te dwie rzeczy na raz: rozrywkę i czujność. Mimo wszystko ja nie
czułem się bezpiecznie, tym bardziej z kapłanką, która siedziała na grzbiecie
konia nie potrafiąc się na nim utrzymać. Nawet jeśli tym koniem była
najspokojniejsza klacz na naszym kontynencie.
– Dopóki jedziemy stępem, nie dajesz mi
powodów tłumaczących moje zdenerwowanie – odpowiedziałem. Oglądnąłem się przez
ramię. Siedmiu ludzi, nie licząc w tym naszej dwójki. – I mam nadzieję, że tych
powodów nie będzie aż do momentu, kiedy wrócimy do obozu. To wcale nie
umniejsza jednak moich złych przeczuć. – Odpowiedziałem równie szczerze. Choć z
Esji słowa wydawały się wylewać, wcale nie skłaniało mnie to teraz ku temu
samemu. Raczej sprawiało, że czułem się niezręcznie, zwyczajnie nie wiedząc,
czy powinienem tę rozmowę kontynuować.
Zawsze byłem konkretnym człowiekiem,
nie marnującym języka na błahe rozmowy i tak postrzegali mnie inni. Ponury, być
może zapatrzony w siebie i egoistyczny. Nieprzewidywalny. Lepiej było trzymać
się z daleka. Z nieznanych mi powodów ta dziewczyna nie okazywała tych emocji.
Najwidoczniej jej instynkty samozachowawcze nie istniały, bo chyba nie
nazwałbym jej tak głupą, żeby nie dostrzegać pewnych rzeczy.
Pewnie ta irytująca niezręczność trwałaby w
najlepsze, gdyby nie Lance. Pojawił się obok nagle i niespodziewanie, kłusując
na swoim wałahu. Jego twarz wyrażała tą samą zuchwałość, co zwykle. Teraz
zjawił się na przodzie, chociaż miał pilnować tyły.
– Twoja krzywa twarz normalnie mnie
irytuje, Lance – rzuciłem chłodno, starając się trzymać nerwy na wodzy. – A kiedy
widzę ją nie na tej pozycji, którą miała zajmować, mam ochotę zrobić jej
krzywdę. I odrobinę wyprostować nos.
Blondyn zaśmiał się świszcząco. W
gruncie rzeczy kobiety uważały go za przystojnego. Był młody, buńczuczny,
aktorski i potrafił nieźle dramatyzować. Z pewnością zdawał sobie sprawę ze
swoich mocnych stron, bo często je wykorzystywał. Gorzej, że nie widział tych
słabych. Uniósł lekko wodze swojego wierzchowca, a wałach zwolnił kroku. Z
wyraźną ulgą.
– Z tyłu nie odpowiada mi towarzystwo,
oficerze – skrzywił się, poprawił fikuśny kołnierz wystający spod zbroi.
Powinienem zabronić temu modnisiowi tak odstawiać się na wyprawy. – Nie znają
się na żartach. Za to sądzę, że kapłanka często się śmieje. Może odnalazłem
towarzysza rozmów – rzucił, choć w tonie jego głosu ukryta była nuta
szyderstwa. Ściągnąłem brwi. Jeśli przyjdzie mi spędzić podróż w towarzystwie
tej dwójki naraz, stracę zmysły.
Blondyn początkowo miał zostać w
obozie. Kiedy jednak okzało się, że jedna z podwładnych kobiet wdała się
wczorajszego wieczora w zbyt brzemienną w skutki bójkę z facetem z sąsiedniego
oddziału, byłem zmuszony wymienić tę dwójkę. A szkoda, bo już chyba wolałem
ordynarność od ukrytej obrazy, którą prezentował swoją postacią Lance.
Zapatrzony w siebie narcyz. Do tej pory nie wiem, dlaczego tak bardzo szanuję
tą zbieraninę różnych ludzi i charakterów, która tworzy moją gwardię. Każdemu z
nich mógłbym przypisać conajmniej dziesięć wad.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz