wtorek, 13 czerwca 2017

XXXII


       Nadzieja, że dziewczyna nie zechce zgrywać bohaterki, na szali stawiając nie tylko swoje życie, ale też życie każdego z nas zniknęła. Przed zniknięciem, kiedy patrzyłem na jej pełną niezdecydowania twarz błysnęła jak dogasająca gwiazda na niebie, a później wyparowała w powietrzu. Skinąłem powoli głową. Najwidoczniej za cenę swojej dumy i prezentacji niezależności zdecydowała się utrudnić nasze zadanie, a choć jeszcze nie podniosła go do rangi niemożliwego, to był to pierwszy scenariusz, jaki pojawił mi się w głowie. Koń się spłoszy. Ktoś nas zaatakuje. Kapłanka spadnie. Sratują ją zwierzęta pędzone strachem naprzód. Marny los jak na kogoś, kto w zastaw chce postawić swoje ego. Ta sytuacja była zupełnie jak przed kilku dni temu, w obozie, z palankinem. Tym razem jednak dziewczyna chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, ile ryzykuje.
        Skinąłem więc głową ponownie, mocniej zaciskając dłoń na hełmie. W gruncie rzeczy to ona była tutaj panią, miała prawo rządzić, jeśli chciała. Mi ani chyba nikomu innemu nie podobała się perspektywa dodawania sobie trudności w tym zadaniu, ale nie skomentowałem tego nawet jednym słowem. Uśmiech tylko zgasł na moich ustach. Być może zamiast niego pojawił się wyraz dezaprobaty. Milczącej.
        Cofnąłem się o kilka kroków, kilkoma gestami wydając nieme rozkazy. Moi ludzie, zwłaszcza ci, którzy służyli mi od dawna, wiedzieli dokładnie o co chodzi. Eliah został z przodu, ja opuściłem plac zamieszania i wycofałem się do jego kręgu. Zadarłem głowę do góry, starając się ocenić czas i przewidzieć, jaka pogoda czeka nas po drodze. Na próżno jednak, bo tej nie dało się dokładnie przewidzieć. Często zmieniała się, zwłascza w górzystych terenach, do których zmierzaliśmy.
        – Jesteś pewny, że to dobry pomysł? – usłyszałem znajomy, niski tembr głosu za moimi plecami.
        Nie musiałem się odwracać. Nawet, gdybym to zrobił, mężczyzna nie wystawałby zbyt wiele poza boks konia, przy którym stałem i w którego wnętrzu on się zajmował. Niezwykle niski człowiek, zawsze sceptyczny i nieufny był jednym z tych ludzi, którzy przeżyli najwięcej. Którzy widzieli najwięcej.
        Ithrick zaciągnął w płuca powietrze – co było wyraźnie słyszalne, po czym splunął soczyście. To było dziwne, rozmawiać że źródłem dźwięku, ale nie widzieć, kto mówi. Przeciągnąłem się lekko, obserwując nadal jak kapłanka wsiada na konia. Jej entuzjazm przypominał mi młodych chłopaków, którzy dopiero co przybyli do wojska i którzy chcieli walczyć za ukochaną ojczyznę. Świeży, ale naiwny. Taki, którego nie chce się odbierać.
        – Nie jestem – odpowiedziałem prosto i zgodnie z prawdą. – Gdybym tylko mógł, to bym jej tego zabronił.
        – Co, kobietom nie tak łatwo zabraniać pewnych rzeczy?
        W jego głosie wyraźnie była wyczuwalna kpina. Ten mężczyzna czasem nie miał szacunku do niczego; do mnie, jako dowódcy, do innych żołnierzy z którymi współpracował, a gdy mógł, po cichu klął na króla. Kiedy sądził, że nikt go nie słyszy. Jego uwaga była na swój sposób prawdziwa i irytująca. Jeśli to byłby ktokolwiek inny...
        – Zdaje się że kapłanki nie są już zwykłymi ludźmi.
        – I nie podlegają rozkazom – dokończył niski głos. Ithrick odsunął zasuwę drzwi do boksu, co sprawiło że drgnąłem lekko, w zaskoczeniu sięgając do pasa, gdzie przytroczony miałem nóż myśliwski. Wyprowadził swojego konia, znacznie mniejszego niż inne wierzchowce, po czym popatrzył to na mnie, to na nią. Jego małe, przenikliwe oczy w zdeformowanej oparzeniem twarzy były na swój sposób przerażające. – Mości oficerze, niech pan uważa, żeby jeszcze spódnica nie okazała się dowódcą tej ekspedycji.
        Zarechotał, wskakując na swojego konia. Stęknąłem wręcz z irytacji, przechodząc z nogi na nogę. Doprawdy, był czasem zbyt dosłowny i zbyt zgryźliwy. Nic dziwnego, że mało kto w obozie darzył go szacunkiem. Zbyt często mówił ludziom to, czego nie chcieliby usłyszeć.
        Ostatecznie wyruszyliśmy. Spokojnie opuściliśmy obóz, odprowadzeni spojrzeniami strażników. Podałem liczbę żołnierzy uczestniczących w wyprawie, a kiedy wszystkie sprawy były załatwione, wskoczyłem na swojego konia. Hełm przytroczony do wojskowego, szerokiego siodła ze specjalnymi zakiewkami w czapraku grzechotał cicho wraz z każdym ruchem końskiego zadu. Poza tym jednak oraz rozmowami prowadzonymi za moimi plecami las był cichy, spokojny. Wydawał się żywy; od czasu do czasu moim oczom pokazywały się małe zwierzęta, doskonale słyszeliśmy śpiew ptaków. Tym razem zamierzałem być jednak ponad wszelką miarę ostrożny. Żeby coś takiego, jak ostatnio nie miało już nigdy miejsca.
        Rozproszyła mnie obecność innego konia w zasięgu pola mojego wzroku. Nie obróciłem głowy, ale klacz też strzygła uważnie uszami, widząc zbliżającą się postać.
        Przechyliłem lekko głowę w kierunku dzewczyny dopiero, kiedy usłyszałem jej głos. Obecność na przodzie kolumny znaczyła, że chce o coś zapytać. Starałem się nie zwracać na to zbyt dużej części uwagi. Las, choć na początku był czysty, nie był bezpiecznym miejscem.
        – Możesz się uczyć, konie często nie mają kiedy trenować – odpowiedziałem, spoglądając na nią i zbierając wodze sprawnym gestem. – Chociaż to pewnie kwestia dni. Powinnaś o to poprosić w stolicy, mają tam hodowlę niespotykanych koni, zbyt cennych, żeby wysyłać je na front. Służą do popisywania się, zupełnie jak... – wy. Szlachetnie urodzeni popisywali się posiadaniem błogosławione kapłanki w rodzinie. Nie byłem pewien, czy Esja zna taki stan rzeczy. – Jak wiele innych rzeczy w stolicy. Opływa bogactwem – skończyłem, wpatrując się w drogę przed sobą. Nie było tokłamstwem. Jedynie czymś, czego nie cierpiałem. O wiele lepiej odnajdywałem się w obozie, w prostym namiocie, w codziennej rutynie walki i unikania śmierci. Być może nawet mógbym jej współczuć tego, gdzie jest wysyłana.
        Za naszymi plecami toczyły się swobodne rozmowy. Żołnierze, którzy byli przyzwyczajeni do patrolowania okolic potrafili połączyć te dwie rzeczy na raz: rozrywkę i czujność. Mimo wszystko ja nie czułem się bezpiecznie, tym bardziej z kapłanką, która siedziała na grzbiecie konia nie potrafiąc się na nim utrzymać. Nawet jeśli tym koniem była najspokojniejsza klacz na naszym kontynencie.
        – Dopóki jedziemy stępem, nie dajesz mi powodów tłumaczących moje zdenerwowanie – odpowiedziałem. Oglądnąłem się przez ramię. Siedmiu ludzi, nie licząc w tym naszej dwójki. – I mam nadzieję, że tych powodów nie będzie aż do momentu, kiedy wrócimy do obozu. To wcale nie umniejsza jednak moich złych przeczuć. – Odpowiedziałem równie szczerze. Choć z Esji słowa wydawały się wylewać, wcale nie skłaniało mnie to teraz ku temu samemu. Raczej sprawiało, że czułem się niezręcznie, zwyczajnie nie wiedząc, czy powinienem tę rozmowę kontynuować.
        Zawsze byłem konkretnym człowiekiem, nie marnującym języka na błahe rozmowy i tak postrzegali mnie inni. Ponury, być może zapatrzony w siebie i egoistyczny. Nieprzewidywalny. Lepiej było trzymać się z daleka. Z nieznanych mi powodów ta dziewczyna nie okazywała tych emocji. Najwidoczniej jej instynkty samozachowawcze nie istniały, bo chyba nie nazwałbym jej tak głupą, żeby nie dostrzegać pewnych rzeczy.
        Pewnie ta irytująca niezręczność trwałaby w najlepsze, gdyby nie Lance. Pojawił się obok nagle i niespodziewanie, kłusując na swoim wałahu. Jego twarz wyrażała tą samą zuchwałość, co zwykle. Teraz zjawił się na przodzie, chociaż miał pilnować tyły.
        – Twoja krzywa twarz normalnie mnie irytuje, Lance – rzuciłem chłodno, starając się trzymać nerwy na wodzy. – A kiedy widzę ją nie na tej pozycji, którą miała zajmować, mam ochotę zrobić jej krzywdę. I odrobinę wyprostować nos.
        Blondyn zaśmiał się świszcząco. W gruncie rzeczy kobiety uważały go za przystojnego. Był młody, buńczuczny, aktorski i potrafił nieźle dramatyzować. Z pewnością zdawał sobie sprawę ze swoich mocnych stron, bo często je wykorzystywał. Gorzej, że nie widział tych słabych. Uniósł lekko wodze swojego wierzchowca, a wałach zwolnił kroku. Z wyraźną ulgą.
        – Z tyłu nie odpowiada mi towarzystwo, oficerze – skrzywił się, poprawił fikuśny kołnierz wystający spod zbroi. Powinienem zabronić temu modnisiowi tak odstawiać się na wyprawy. – Nie znają się na żartach. Za to sądzę, że kapłanka często się śmieje. Może odnalazłem towarzysza rozmów – rzucił, choć w tonie jego głosu ukryta była nuta szyderstwa. Ściągnąłem brwi. Jeśli przyjdzie mi spędzić podróż w towarzystwie tej dwójki naraz, stracę zmysły.
        Blondyn początkowo miał zostać w obozie. Kiedy jednak okzało się, że jedna z podwładnych kobiet wdała się wczorajszego wieczora w zbyt brzemienną w skutki bójkę z facetem z sąsiedniego oddziału, byłem zmuszony wymienić tę dwójkę. A szkoda, bo już chyba wolałem ordynarność od ukrytej obrazy, którą prezentował swoją postacią Lance. Zapatrzony w siebie narcyz. Do tej pory nie wiem, dlaczego tak bardzo szanuję tą zbieraninę różnych ludzi i charakterów, która tworzy moją gwardię. Każdemu z nich mógłbym przypisać conajmniej dziesięć wad.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/