Poprawiłem się na siodle, mając nadzieję że
nikt nie odbierze tego jako znaku zdenerwowania i tej irytującej niezręczności.
Nagle zaczęło mi się wydawać, że każde inne miejsce, nawet w pierwszym rzędzie
ludzi pędząych na wroga było bardziej wygodne. To nie obecność kapłanki
sprawiała to uczucie, rozmawialiśmy już wcześniej normalnie, bez cienia żenady.
Teraz... Wydawało mi się to bardziej oficjalne, na polu widzenia tak wielu
ludzi. Zmarszczyłem brwi, wbijając spojrzenie w miejsce, gdzie ścieżka zakręcała
i znikała z pola widzenia.
Mógłbym rozkazać Lance’owi się
odpieprzyć, ale on właśnie na to czekał. Założyłbym się nawet, że już miał
przygotowaną na to odpowiedź. Irytowała mnie w tym momencie jego nabuzowana,
spuchnięta pewność siebie. W gruncie rzeczy zawsze mnie to denerwowało.
Skrzywiłem się, kiedy mężczyzna w końcu skierował słowa do mnie.
– Zamknij się, Lance, dla swojego
własnego dobra – uciąłem ostro, kręcąc lekko głową. Mimo całego najeżenia się,
nie potrafiłbym odmówić mu zaraźliwego śmiechu. Na mojej twarzy pojawił się
cień uśmiechu. Lekkie wygięcie ust, kiedy blondyn zaczynał dopiero się
rozkręcać. Był niewiele starszy od dziewczyny. – Poza tym z tobą nie da się
przyjaźnić, zbyt wiele czasu spędzasz w obozowych burdelach i kto wie, co z
nich wynosisz – skrzywiłem się, unosząc dłoń do góry. Zdjąłem czarną rękawicę
wykonaną z grubej skóry. Poczułem na skórze przyjemne chłodne powietrze.
Propozycja Lance’a najwiodczniej
spodobała się nie tylko mi. Nikt nie skomentował słów o przyjaźni; ani ja, ani
on. Nawet gdyby ktoś zmusił mnie do odpowiedzi, nie byłem pewny, co powinienem
na ten temat mówić. Czasem wydawało mi się, że to słowo tak abstrakcyjne, że
nie da się go konkretnie opisać. Zaufanie. Szacunek. Poddanie. Znałem i czułem
znaczenie tych pojęć. Ale przyjaźń zdecydowanie wykraczała poza ten krąg. Może
więc dla własnej wygody oboje porzuciliśmy ten temat, niepewni, co właściwie
kapłanka miała na myśli i jak to poprawnie zinterpretować.
Odwróciłem się w siodle, spojrzeniem
trafiając niemal natychmiast na czujny wzrok Eliaha. Ruszyłem lekko głową i
jemu od razu udało odczytać się ten znak. Spiął swojego konia, pojawiając się
tuż obok Esji w jednej chwili.
–
Za następnym przełomem pojedziemy galopem, przez wąwóz, a później pod górę, w
stronę brzozowego zagajnika. To jeszcze około trzysta długości, ale przygotuj
do tego czasu Esję. Lance pojedzie z nią w jedym siodle – wytłumaczyłem.
Wyprostowałem się i piętami ścisnąłem brzuch swojej klaczy. Ruszyła żywszym
stępem, podnosząc głowę i rozglądając się dookoła z zainteresowaniem. Lubiła
biegać, a teraz już z pewnością wiedziała, co nadejdzie. – Sprawdzę drogę za
zakrętem, wrócę do was za kilka minut.
Zostawiłem całą trójkę za sobą. Reszta
żołnierzy też została w miejscu, kiedy ściągnąłem wodze i ponownie dałem klaczy
znak do zmiany tempa. Parsknęła cicho, wyraźnie zaskoczona, po czym spięła zad
i rozrzucając na boki kawałki żwiru i piasku spod kopyt wyrwała się do przodu,
od razu wchodząc w płynny takt galopu. Hełm, choć solidnie przymocowany, obijał
się o moją łydkę.
Co wcześniej powiedziała Esja? Że
czuje, że droga minie spokojnie. Z jakiegoś powodu wcześniej do mnie to nie
dotarło w sposób tak oczywisty jak teraz. Skąd ta pewność siebie... Czy może
raczej kolejne, zaowalone kłamstwo. Nie potrafiłem odróżnić. Powietrze rozbijało
się na mojej twarzy, a pęd konia wciskał go pod elementy zbroi. Czułem jak
ślizga się po moim ciele przyjemnie chłodząc. Nie minęła nawet minuta, kiedy
klacz dotarła do zakrętu i pod wpływem mojego impulsu skręciła gwałtownie.
Prosta odtąd droga była zupełnie pusta. Rozejrzałem się, unosząc lekko na
siodle, ale nie było tu nikogo. Na całej długości.
Zwolniłem wierzchowca. Uśmiech pojawił
się na mojej twarzy jak zawsze po szaleńczym biegu, po samotnej wyprawie takiej
jak ta. Nieczęsto pojawiała się okazja opuszczenia obozu, a tym rzadziej na
konne wędrówki po lesie. Z żalem obróciłem konia i ruszyłem w drogę powrotną.
Tym razem wolniej, z ociąganiem. Jakby droga ku wolności, samotności i
wyzwoleniu była zdecydowanie przyjemniejsza, a ta, która prowadziła do
obowiązków była trudna do podjęcia. Częściowo tak właśnie było.
Na miejscu wszystko było przygotowane.
Lance’owi nie zamykała się jadaczka, zwłaszcza teraz, kiedy miał swoje pięć
minut i mógł poczuć się „ważny” poprzez swoje „wyróżnienie”. Zmrużyłem oczy,
rysy mojej twarzy stężały. Blondyn chyba nauczył się, mimo wszystko, że w
pewnych okolicznościach żarty się kończą.
– Teren jest pusty, nie wygląda na to,
że ktoś się spodziewa naszego przybycia. – Wstrzymałem wodze, a klacz
zatańczyła niecierpliwie. Teraz, po galopie z pewnością chciała więcej. – Wy,
jedźcie przodem. Tym razem ja będę jechał z tyłu. Lance? Uważaj na to, co
robisz i na litość boską, tym razem się nie popisuj – mężczyzna wyszczerzył
się, kiwając głową ochoczo. To oznaczało tyle, że w głowie ma jakiś idiotyczny
plan, ale powstrzymuje się. – Będziecie jechać w środku. Lance – zacisnąłem zęby,
sącząc przez nie te słowa. Podjechałem bliżej, nachylając się nad nim. Miałem
przewagę, moja klacz była wyższa. – Nie wyprzedzaj, nie ważne, co miało by się
dziać. Zrozumiałe?
– Tak jest, oficerze! – uśmiech na jego
twarzy przygasł.
Dobrze. To nieco mnie uspokoiło.
Zerknąłem na Esję, która siedziała z nim na siodle. Zatrzymałem na niej na
moment spojrzenie.
– Miałaś rację. Jak na razie droga
wygląda spokojnie – rzuciłem, a w moim głosie brzmiało zdziwienie. Faktycznie,
sam do końca nie mogłem wierzyć, że miała rację. Uniosłem jedynie lekko brwi. W
geście uznania, choć z pewnością jak wszystkie inne moje gesty wyglądał sztywno
bądź sarkastycznie. – Eliah pojedzie obok was. Dla pewności. Gdybyś miała
wrażenie, że coś... – zerknąłem ostro na Lance’a – W każdym razie, wołaj.
Poprawiłem swoje rękawice, odwróciłem
konia, a on zatańczył znowu, kopytem rozgrzebując piasek z drobnymi kamieniami
znajdujący się na trakcie. Jeszcze raz sprawdziłem, czy wszystko jest
przygotowane do podróży, a później dałem znak. Jadący na czele żołnierz
odpowiedział tym samym, po czym cała niewielka kolumna ruszyła przed siebie.
Stłumiłem rosnące złe przeczucia, które zatrzaskiwały na mnie swoje paskudne
szpony. Starałem się oczyścić umysł i zachować zimną krew, tak ważną w razie
jakiegokolwiek wypadku. Chyba przyzwyczaiłem się do bycia dowódcą i do tego, że
zawsze bezpieczeństwo innych spoczywa na moich barkach.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz