- Chyba lepiej będzie jak po prostu się zatrzymamy, żeby Esja mogła się przesiąść - mimo, że dotyczyło to mnie, to jednak mówił bezpośrednio do Lance'a. Ten jednak zamiast pokiwać głową na zgodę, zbliżył się do mojego wierzchowca z drugiej strony.
- A po co przystawać? Jeszcze nigdy żadna kobieta nie wypadła z moich ramion - zaśmiał się z dużą dozą pewności siebie. Wówczas nie rozumiałam jeszcze o co mu chodzi, po prostu z zainteresowaniem i także pewnym zdenerwowaniem patrzyłam, jak nachyla się w moim kierunku. - Pani wybaczy - powiedział grzecznie, a nim zapytałam co mam mu wybaczać, poczułam, jak łapie mnie w talii. Chwilę się zawahał, najpewniej spinając mięśnie, po czy poderwał mnie do góry, a ja instynktownie wybiłam się w taki sposób, aby trafić tam, gdzie mnie ciągnie, czyli na jego siodło.- I po krzyku - skwitował, ale Eliah nie wydawał się być zadowolony.
- Uważaj Lance, przypominam, że Esja jest kapłanką i musimy dbać o jej bezpieczeństwo - mówiąc to spoglądał raz na mnie, raz na niego, a potem wlepił wzrok w kierunku, z którego miał zaraz nadjechać dowódca.
Jeśli zaś chodzi o moje odczucia, to czułam się dość niezręcznie. Mimo wszystko gdybym miała wybierać, to właśnie z blondynem wolałabym siedzieć na jednym wierzchowcu, bo znałam go lepiej, niż Lance'a. W dodatku czułam się dość niezręcznie będąc tak blisko z innym mężczyzną. Przypominam, że jeszcze do niedawna, w moim życiu zbyt wielu ich nie było. Teraz z kolei jeden z nich oplótł mnie ramionami po bokach, aby na wysokości mojego brzucha uchwycić wodze. Nie wiedziałam sama, co powinnam zrobić z własnymi rękami. Chyba to zauważył.
- Spokojnie Esjo, trzymam cię, więc nie musisz się o nic bać - głos Lance'a docierał z bardzo bliska. Na plecach czułam twardą zbroję, co wcale nie było niewygodne. Wręcz przeciwnie, stanowiło to jakiegoś rodzaju oparcie, ale usilnie starałam się nie przenosić na nie swojego ciężaru. Do chwili, w której on sam to na mnie wymógł. Zaskoczona uniosłam swoje spojrzenie. - Tak będzie wygodniej i bezpieczniej - wytłumaczył, a ja pokiwałam głową, odwracając ją zaraz w stronę pędzącego dowódcy.
Mimowolnie uśmiechnęłam się, słysząc o pustej drodze. Wcale mnie to nie dziwiło, miałam wrażenie, że już słyszałam o tym, iż nic nam nie grozi. Powiedziało mi to jakieś godne zaufania źródło. Jakbym już raz miała możliwość zapoznania się z naszą trasą. W każdym razie ja sama też kiwnęłam głową, kiedy dowódca oznajmił, gdzie będziemy jechać. Niby wiedziałam, że moje zdanie niewiele się tutaj liczy, ale w tej chwili rzeczywiście poczułam się częścią wojskowej eskapady i gdzieś tam powoli uwalniała się we mnie adrenalina, której niewiele w życiu doświadczyłam. Poza tym zastanawiało mnie, czy Nevan nie żałował, że jechałam właśnie z Lancem, bo patrzył na niego cały czas spod byka. Ostatecznie nawet się do nas pofatygował, a ja siłą rzeczy słyszałam, co mówił. Kiedy na mnie spojrzał, poczułam się nieco dziwnie, a coś w jego głosie sprawiło, że moje myśli stały się przymglone.
- Droga - zaznaczyłam, sama nie wiem dlaczego, po co i co dokładnie mną kierowało. Pomachałam delikatnie głową na boki, chcąc się otrząsnąć z dziwnego stanu i na usta przybrałam delikatny uśmiech. - Na pewno nic się nie stanie, w końcu twoi ludzie są najlepsi, prawda? - odpowiedziałam na jego słowa, pozwalając sobie na to, aby zajrzeć w krwiste oczy mężczyzny. Wydawało mi się, że nie mam co szukać w nich jakiejkolwiek pozytywnej emocji. Czy aż tak przejmował się tym, że mieliśmy galopować? Nie chciał stracić na czasie, powinien się więc cieszyć, że przyspieszymy.
Z rosnącym podekscytowaniem patrzyłam na znaki, jakie dawali sobie mężczyźni, a potem poczułam, jak ze stępa przechodzimy w kłus, dokładnie trzy jego drobne podskoki, a następnie galop. Coś, czego nie dało się opisać. Sama wbiłam się w plecy mężczyzny siedzącego za mną, a w uszach usłyszałam jego świszczący śmiech. Zamknęłam oczy, wiatr obijał się o moją twarz. Włosy unosiły się w powietrzu, a huk wypełniał uszy. Nie dało się tego opisać. Mimo, że ten moment był zachwycający, to była we mnie rezerwa, pewien strach. Nigdy bowiem nie przemieszczałam się z taką prędkością. W całej tej oprawie głos Lance'a, ten sam, który wypowiadał pewne siebie frazy, teraz wydawał się niesamowicie ciepły i przyjacielski.
- Latałaś kiedyś, Esjo? - zapytał, a ja pokiwałam jedynie głową na boki. Znów się zaśmiał. - Otwórz oczy - poprosił, a ja poczułam, jak łapie mnie za jeden nadgarstek i rozkłada moją rękę do boku, wraz ze swoją. - Spójrz, prawie jakbyśmy latali - zauważył i faktycznie zdecydowałam się w końcu unieść powieki, by zrozumieć co miał na myśli. Słońce rzucało nasz cień na prawo, a z uniesioną do boku ręką, faktycznie wyglądałam jak na skrzydłach. Kierowana zachwytem wyprostowałam drugą rękę, a z mojego gardła wydobył się perlisty śmiech.
- Niesamowite! - zawołałam do Eliaha, który faktycznie jechał przy nas. Początkowy strach odpłynął w niepamięć, a ja czułam już, że pokochałam jazdę konną, jak nic innego, czego dane było mi w życiu doświadczyć. Jeśli na świecie jest uczucie, które w bardziej namacalny sposób kojarzy się w kwintesencją wolności, to muszę je poznać. Pomyśleć, że zaledwie kilka dni temu na murze będąc, marzyłam by zostać ptakiem, a dopiero tutaj, wcale nie będąc daleko od ziemi zrozumiałam, że jest to możliwe.
- Trzymaj się - usłyszałam głos Eliaha, ale niestety nie usłuchałam.
- Lance mnie trzyma! - odpowiedziałam, niemalże czując, jak żołnierz za moimi plecami uśmiecha się triumfalnie. Teraz nie miało to znaczenia, bo bawiłam się świetnie i nie kryłam zadowolenia. Na każdym postoju niemalże wyczekując, aż Nevan zmusi nas do dalszego galopu. Droga mijała, a mnie nic nie nudziło. Wiedziałam jednak, że mojemu "opiekunowi" brakuje wrażeń, bo co raz nasz koń wybijał nieco w przód, by ponownie zrównać się z wierzchowcem Eliaha. Kiedy natomiast znaleźliśmy się przy nieco większym zbiorniku z wodą, odbił na tyle w bok, by jego koń wjechał do jeziora. W pierwszej chwili się wystraszyłam i odruchowo uchwyciłam Lance'a, ale po sekundzie byłam już pewna, że to planował.
Zostaliśmy przywołani do kolumny, co wcale mnie nie cieszyło. Nawet kilka mokrych plam na moich spodniach mi nie przeszkadzało.
Zabawa miała się jednak zacząć w chwili, w której dosłownie dwa metry od trasy kolumny leżało kilka strąconych drzew.
- Możemy je przeskoczyć - usłyszałam w uchu głos Lance'a.
- Możemy? - podchwyciłam, głodna nowych wrażeń.
- Oczywiście, tylko wątpię, aby Tealvash był zadowolony - mruknął, a ja obejrzałam się przez ramię, aby dostrzec jego dziwny uśmieszek. - Mimo to, może twój urok Esjo złagodzi gniew groźnego dowódcy, chyba, że się boisz - zaproponował, a mi zaschło aż w gardle.
- Nie boję się - odparłam niemalże natychmiastowo. Musiał tylko na to czekać, bo zaraz odbił w bok i po chwili przeskoczyliśmy pierwszą zwaloną kłodę. Wybiłam się nieco za mocno, więc trochę spanikowałam. Następne były już łatwiejsze do pokonania, ale kiedy na drodze została ostatnia, a ja usłyszałam głos Eliaha, który kazał się zatrzymać, zrozumiałam, że tak wysoko wcale nie będzie łatwo skoczyć. Lance jednak wiedział co robił, albo przynajmniej miał szczęście, bo w chwili w której ja kierowana paniką zamknęłam oczy, on przeprowadził nas przez ostatnią przeszkodę. Poczułam jednak, że jego koń delikatnie zahaczył kopytem o drzewo. Bałam się nawet, że coś mógł sobie zrobić, ale chyba było to zbyt małym uderzeniem, żeby tak wielkie zwierze cokolwiek poczuło. nim jednak pojechaliśmy dalej, na naszej drodze zatrzymał się Eliah, a Lance, wraz z innymi zrobił to samo. Blondyn zsiadł z konia.
- Oddawaj ją, bo o twój kark nie dbam, ale tego Esji mi szkoda - warknął. Pierwszy raz słyszałam, aby był zdenerwowany, a potem poczułam, jak ściąga mnie na dół. Lance też zeskoczył. Chwilę nawet słuchałam, jak się przepychają słownie. Stałam jednak obok, wszyscy byli zajęci tamtą dwójką, a ja... ja coś poczułam. Spojrzałam przez drzewa, widziałam w nich prześwit. Znajomy, chociaż tylko dwa razy pokonywałam tą drogę i tylko jeden z nich, mający niedawno miejsce mogłam pamiętać.
Ruszyłam przed siebie. Z początku nikt tego nie zauważył, kilka niewinnych głosów. Potem słyszałam już wołania. Nie wiem dlaczego, ale zamiast zawrócić, przyspieszyłam jeszcze, aż w końcu rzuciłam się absurdalnym biegiem. Usłyszałam, jak wskakują na konie, ale szybciej niż oni mnie, ja dopadnę ostatniej linii lasu. Tak też się stało. Wybiegłam z drzew, by stanąć oko w oko z pogorzeliskiem... ruinami mego dawnego domu. Ostatnio, jak tu byłam, przed wejściem leżał stos spalonych ciał. nie było już go, najpewniej żołnierze pochowali szczątki ludzi, albo... albo nie wiem co.
Zrobiło mi się niedobrze, ale nie potrafiłam odwrócić wzroku. Wiedziałam, że żołnierze mnie dogonili, co nie było trudnym wyczynem. Sądziłam, że mój akt samowoli nie przypadnie nikomu do gustu, ale teraz o to nie dbałam.
- Jesteśmy na miejscu - powiedziałam jedynie cicho.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz