Dziedziniec był pusty.
To jako pierwsze rzuciło mi się w oczy i najbardziej nie pasowało do wyobrażenia, które wcześniej wymalowało m się w głowie. Poza oczywiście szczątkami kamieni i drewnianych desek, które prawdopodobnie stanowiły więźbę dachu przybudowy cytadeli, na placu nie było nic. Żadnych szczątek, porozrzucanych zwłok. Wydawało mi się, że zobaczę stosy zwęglonych ciał, porozrzucanych byle jak, w makabrycznym obrazie. Tutaj jednak nic nie było. Zmrużyłem oczy, chcąc złapać ulotną myśl, niczym nić, która umykała przed palcami.
To jako pierwsze rzuciło mi się w oczy i najbardziej nie pasowało do wyobrażenia, które wcześniej wymalowało m się w głowie. Poza oczywiście szczątkami kamieni i drewnianych desek, które prawdopodobnie stanowiły więźbę dachu przybudowy cytadeli, na placu nie było nic. Żadnych szczątek, porozrzucanych zwłok. Wydawało mi się, że zobaczę stosy zwęglonych ciał, porozrzucanych byle jak, w makabrycznym obrazie. Tutaj jednak nic nie było. Zmrużyłem oczy, chcąc złapać ulotną myśl, niczym nić, która umykała przed palcami.
Czy ktoś pochował zwłoki? Naprastnicy.
Starałem sobie przypomnieć, co tak naprawdę było mi wiadomo o mieszkańcach
daleko położonego Kerradu, o zwyczajach postępowania po śmierci, ale umysł był
w tym momencie jak pusta kartka. Nie podsuwał żadnych rozwiązań.
Skupiłem się więc na tym, co znałem; na
dowodzeniu.
Z niejaką ulgą zacząłem wydawać
rozkazy, dzieląc nas na grupy, wyznaczając czas zbiórki, czas na przeszukanie
poszczególnych części świątyni. Na dnie świadomości jednak jak pełzający robak zadomowiła
się niepewność. Przesadzasz. To irracjanalne. A ślady na moście, na podjeździe?
Nic nie było pewne. Wolałem mieć przy sobie kogoś, komu w pełni ufam. Wzrokiem
podzieliłem drużynę na dwie grupy. Bardziej jednak zależało mi na tym, żeby
ktoś pilnował drugiej. Dlatego wysłałem do niej Eliaha.
Przepuściłem wszystkich przodem. Kiedy
weszliśmy do wnętrza zapanowała ciemność. Wyciągnąłem wcześniej przygotowaną
przez jednego z żołnierzy pochodnię. Przejścia miejscami były zupełnie
zawalone, a część kolebkowych sklepień zmiażdżona, więc do wnętrza
przedostawało się światło dzienne, przeciskając się przez szczeliny i tworząc
mozaikę światła i cienia, grając na nierównych powierzchniach, odbijając się od
falujących płaskorzeźb. Nie śledziłem rozmowy idącej z przodu dwójki, ale
mimowolnie czasem słyszałem, o czym mówią.
– Wystarczy, Ithrick – rzuciłem cicho,
nie patrząc w jego kierunku. – Nie zachowuj się jak dzikus.
– Chciałem się upewnić – odrzucił,
również cicho, wyszczerzając się w ordynarnym, choć jak na niego całkiem
zwykłym uśmiechu. – Co, a ty widziałeś
znak, że taki pewien jesteś?
Potrząsnąłem wolno głową, nie wdając
się w jego prowokację. Tylko na to czekał, a kiedy kontratak nie nastąpił,
odszedł mrucząc coś pod nosem.
Nagle przestrzeni zrobiło się wkoło nas
zdecydowanie więcej, kiedy weszliśmy do przestronnej Sali. Wyprostowałem się,
czując swojego rodzaju ulgę. Ciasne pomieszczenia i wąskie korytarze, które w
każdej chwili mogły się zawalić nie napawały mnie zbytnio komfortem. Wewnątrz
czuć było ciągle smród spalenizny i dymu pożaru, chociaż ten dogasnął już
dawno. Powietrze przesiąknęło zapachem śmierci i krwi. Tak dobrze znana mi woń
z pola bitwy nawet teraz nie powodowała grymasu na twarzy. Wszyscy rozeszli się
w różnych kierunkach, sam wybrałem północną część Sali, gdzie niegdyś musiał
stać mały, kamienny ołtarzyk. Teraz została tylko nadkruszona podstawa.
Starałem się wyobrazić sobie, jak to
wnętrze wyglądało, kiedy było w pełni świetności. Przywołać odgłosy, które
odbijały się od ścian. Czy to były śmiechy, modlitwy czy kłótnie? Ile dziewczyn
zginęło tutaj, ile zostało wytarganych na zewnątrz i zgwałconych? Ołtarzyk
nagle wydał mi się paskudnym miejscem. Obróciłem się, zakładając ręce za
plecami zaraz po tym, jak wsadziłem pochodnie w uchwyt w ścianie który wydawał
się być specjalnie po to wyprofilowany.
Uniosłem lekko brwi, przyglądając się
jej twarzy, z której zniknęły wszystkie kolory, jakby ktoś wyprał je w rwącej
rzece. Nie został nawet ślad po rumieńcach spowodowanych pedem powietrza w
galopie.
– Przeprosiny przyjęte – odpowiedziałem
wolno, patrząc w jej jasne oczy. Wydawały mi się w tym świetle zupełnie
wyblakłe. Słońce jątrzyło się do wewnątrz przez wyrwę w przeciwległej ścianie,
gdzie kiedyś musiało znajdować się wysokie okno. W tej części było nieco
ciemniej, bo promienie słońca nie docierały tak głęboko. – Nie wiem, czy
przejmujesz się jego losem, ale jeśli tak, to nie rób tego – zmarszczyłem czoło.
– Trzy razy częściej niż inni żołnierze dostaje dodatkowe kary, ta jedna nie
zrobi mu różnicy. Poza tym to wojskowa dyscyplina i nie mogę robić wyjątków.
Nie mogę też cofnąć tego, co powiedziałem wcześniej. Ale... – zawahałem się na
moment. Czy naprawdę rozważałem taką opcję? Drażniło mnie, że faktycznie
zamierzałem to zaproponować. – Mogę mu powiedzieć, że nie chciałaś wciągnąć go
w problemy. To najlepsze, na co mnie stać.
Przeniosłem spojrzenie w punkt, w który
patrzyła kapłanka. Sterta rupieci, instrumenty zmiażdżone na setki kawałków.
Jak rozpoznać w tym coś swojego? Szybko jednak pojąłem, o co jej chodzi.
Krótkie skinienie głowy poprzedziło wyjście z Sali w boczny kortyarz, w
pierwszy lepszy otwór w ścianie. Nie miałem pojęcia, gdzie prowadził, ale po
pchnięciu ciężkich drzwi otworzyła się przed nami nowa przestrzeń. Mniejsza niż
ta, w której była reszta grupy, ale nadal imponujących rozmiarów. Mogła być
salą, choć podłoga była wyścielona miękkimi dywanami. Większość z nich była
nienaruszona. Przy jednej ze ścian stały rzędy wysokich posągów. Im dłużej się
im przyglądałem, tym bardziej przywodziły na myśl obiekty kultu. Może sala do
medytacji?
– To nie sprawa Lance’a spowodowała, że
chciałaś stamtąd wyjść – zamierzałem o to początkowo zapytać, ale kiedy
wypowiedziałem te słowa na głos, stały się samoistnie stwierdzeniem.
Rozejrzałem się dookoła, pokonując kilka
kroków naprzód, wchodząc na jeden z dywanów. Był święty? Bezcześciłem coś w tym
momencie? Zabawne, jakby w zburzonej świątyni, która widziała tyle złego dało
się jeszcze coś skalać swoją własną obecnością. Te myśli wydawały mi się
zupełnie nie na miejscu. Tutaj niczego nie zburzono, wyjęto jedynie
kosztowności, w które przyozdobione były rzeźby. Rzędy wąskich, strzelistych
okien pięły się aż do samego sklepienia, zakończone ostrym łukiem. Zapach
spalenizny zelżał.
– Wojskowa dyscyplina z pewnością ma
coś wspólnego z tą, która panowała tutaj – zacząłem, najwyraźniej pod wpływem
wyjątkowości tego miejsca. Przeszedłem przez długość pomieszczenia i znalazłem
się przy oknach. Sięgały posadzki, niczym nie zabezpieczone. Kilku szyb
brakowało pomiędzy stalowym stelażem. – Cofanie decyzji sprawia, że ludzie
sądzą, że można podważyć zdanie dowódcy. A to do niczego dobrego nie prowadzi.
Dyscyplina jest wszędzie, nie ważne czy na wojnie, w świątyni czy może w
domowym zaciszu. Różni się tylko oprawca... Czasem ta w rodzinnym gronie
okzauje się być najgorszą, nie ta, która spada jako kara za przewinienia w
wojskowej jednostce – dokończyłem, zaciskając usta w wąską linię.
Nie potrafiłem wytłumaczyć, dlaczego
właściwie te słowa opuściły moje usta. Może to miejsce swoją niespotykaną
atmosferą skłaniało do wyjawiania swoich przemyśleń. Miałem wrażenie, że
przytłaczam to, co i tak już ledwo stało, jak krucha gałązka w oku cyklonu,
ogromnej wichury. Odwróciłem się w stronę blondynki. Stała daleko, ale wyraźnie
widziałem jej twarz, lewy profil.
– Chcesz się czegoś napić? Mogę
przyjeść wodę. Porozmawiam z innymi, żeby odnosili się do ciebie z większym
szacunkiem – dodałem twardo, czując, że temu z pewnością się sprzeciwi. Nie raz
już pokazywała, że nie chce szacunku, chociaż bez niego trudno komukolwiek
utrzymać władzę.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz