czwartek, 15 czerwca 2017

XXXVIII


        Dziedziniec był pusty.
      To jako pierwsze rzuciło mi się w oczy i najbardziej nie pasowało do wyobrażenia, które wcześniej wymalowało m się w głowie. Poza oczywiście szczątkami kamieni i drewnianych desek, które prawdopodobnie stanowiły więźbę dachu przybudowy cytadeli, na placu nie było nic. Żadnych szczątek, porozrzucanych zwłok. Wydawało mi się, że zobaczę stosy zwęglonych ciał, porozrzucanych byle jak, w makabrycznym obrazie. Tutaj jednak nic nie było. Zmrużyłem oczy, chcąc złapać ulotną myśl, niczym nić, która umykała przed palcami.
        Czy ktoś pochował zwłoki? Naprastnicy. Starałem sobie przypomnieć, co tak naprawdę było mi wiadomo o mieszkańcach daleko położonego Kerradu, o zwyczajach postępowania po śmierci, ale umysł był w tym momencie jak pusta kartka. Nie podsuwał żadnych rozwiązań.
        Skupiłem się więc na tym, co znałem; na dowodzeniu.
        Z niejaką ulgą zacząłem wydawać rozkazy, dzieląc nas na grupy, wyznaczając czas zbiórki, czas na przeszukanie poszczególnych części świątyni. Na dnie świadomości jednak jak pełzający robak zadomowiła się niepewność. Przesadzasz. To irracjanalne. A ślady na moście, na podjeździe? Nic nie było pewne. Wolałem mieć przy sobie kogoś, komu w pełni ufam. Wzrokiem podzieliłem drużynę na dwie grupy. Bardziej jednak zależało mi na tym, żeby ktoś pilnował drugiej. Dlatego wysłałem do niej Eliaha.
        Przepuściłem wszystkich przodem. Kiedy weszliśmy do wnętrza zapanowała ciemność. Wyciągnąłem wcześniej przygotowaną przez jednego z żołnierzy pochodnię. Przejścia miejscami były zupełnie zawalone, a część kolebkowych sklepień zmiażdżona, więc do wnętrza przedostawało się światło dzienne, przeciskając się przez szczeliny i tworząc mozaikę światła i cienia, grając na nierównych powierzchniach, odbijając się od falujących płaskorzeźb. Nie śledziłem rozmowy idącej z przodu dwójki, ale mimowolnie czasem słyszałem, o czym mówią.
        – Wystarczy, Ithrick – rzuciłem cicho, nie patrząc w jego kierunku. – Nie zachowuj się jak dzikus.
        – Chciałem się upewnić – odrzucił, również cicho, wyszczerzając się w ordynarnym, choć jak na niego całkiem zwykłym uśmiechu.  – Co, a ty widziałeś znak, że taki pewien jesteś?
        Potrząsnąłem wolno głową, nie wdając się w jego prowokację. Tylko na to czekał, a kiedy kontratak nie nastąpił, odszedł mrucząc coś pod nosem.
        Nagle przestrzeni zrobiło się wkoło nas zdecydowanie więcej, kiedy weszliśmy do przestronnej Sali. Wyprostowałem się, czując swojego rodzaju ulgę. Ciasne pomieszczenia i wąskie korytarze, które w każdej chwili mogły się zawalić nie napawały mnie zbytnio komfortem. Wewnątrz czuć było ciągle smród spalenizny i dymu pożaru, chociaż ten dogasnął już dawno. Powietrze przesiąknęło zapachem śmierci i krwi. Tak dobrze znana mi woń z pola bitwy nawet teraz nie powodowała grymasu na twarzy. Wszyscy rozeszli się w różnych kierunkach, sam wybrałem północną część Sali, gdzie niegdyś musiał stać mały, kamienny ołtarzyk. Teraz została tylko nadkruszona podstawa.
        Starałem się wyobrazić sobie, jak to wnętrze wyglądało, kiedy było w pełni świetności. Przywołać odgłosy, które odbijały się od ścian. Czy to były śmiechy, modlitwy czy kłótnie? Ile dziewczyn zginęło tutaj, ile zostało wytarganych na zewnątrz i zgwałconych? Ołtarzyk nagle wydał mi się paskudnym miejscem. Obróciłem się, zakładając ręce za plecami zaraz po tym, jak wsadziłem pochodnie w uchwyt w ścianie który wydawał się być specjalnie po to wyprofilowany.
        Uniosłem lekko brwi, przyglądając się jej twarzy, z której zniknęły wszystkie kolory, jakby ktoś wyprał je w rwącej rzece. Nie został nawet ślad po rumieńcach spowodowanych pedem powietrza w galopie.
        – Przeprosiny przyjęte – odpowiedziałem wolno, patrząc w jej jasne oczy. Wydawały mi się w tym świetle zupełnie wyblakłe. Słońce jątrzyło się do wewnątrz przez wyrwę w przeciwległej ścianie, gdzie kiedyś musiało znajdować się wysokie okno. W tej części było nieco ciemniej, bo promienie słońca nie docierały tak głęboko. – Nie wiem, czy przejmujesz się jego losem, ale jeśli tak, to nie rób tego – zmarszczyłem czoło. – Trzy razy częściej niż inni żołnierze dostaje dodatkowe kary, ta jedna nie zrobi mu różnicy. Poza tym to wojskowa dyscyplina i nie mogę robić wyjątków. Nie mogę też cofnąć tego, co powiedziałem wcześniej. Ale... – zawahałem się na moment. Czy naprawdę rozważałem taką opcję? Drażniło mnie, że faktycznie zamierzałem to zaproponować. – Mogę mu powiedzieć, że nie chciałaś wciągnąć go w problemy. To najlepsze, na co mnie stać.
        Przeniosłem spojrzenie w punkt, w który patrzyła kapłanka. Sterta rupieci, instrumenty zmiażdżone na setki kawałków. Jak rozpoznać w tym coś swojego? Szybko jednak pojąłem, o co jej chodzi. Krótkie skinienie głowy poprzedziło wyjście z Sali w boczny kortyarz, w pierwszy lepszy otwór w ścianie. Nie miałem pojęcia, gdzie prowadził, ale po pchnięciu ciężkich drzwi otworzyła się przed nami nowa przestrzeń. Mniejsza niż ta, w której była reszta grupy, ale nadal imponujących rozmiarów. Mogła być salą, choć podłoga była wyścielona miękkimi dywanami. Większość z nich była nienaruszona. Przy jednej ze ścian stały rzędy wysokich posągów. Im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej przywodziły na myśl obiekty kultu. Może sala do medytacji?
        – To nie sprawa Lance’a spowodowała, że chciałaś stamtąd wyjść – zamierzałem o to początkowo zapytać, ale kiedy wypowiedziałem te słowa na głos, stały się samoistnie stwierdzeniem.
        Rozejrzałem się dookoła, pokonując kilka kroków naprzód, wchodząc na jeden z dywanów. Był święty? Bezcześciłem coś w tym momencie? Zabawne, jakby w zburzonej świątyni, która widziała tyle złego dało się jeszcze coś skalać swoją własną obecnością. Te myśli wydawały mi się zupełnie nie na miejscu. Tutaj niczego nie zburzono, wyjęto jedynie kosztowności, w które przyozdobione były rzeźby. Rzędy wąskich, strzelistych okien pięły się aż do samego sklepienia, zakończone ostrym łukiem. Zapach spalenizny zelżał.
        – Wojskowa dyscyplina z pewnością ma coś wspólnego z tą, która panowała tutaj – zacząłem, najwyraźniej pod wpływem wyjątkowości tego miejsca. Przeszedłem przez długość pomieszczenia i znalazłem się przy oknach. Sięgały posadzki, niczym nie zabezpieczone. Kilku szyb brakowało pomiędzy stalowym stelażem. – Cofanie decyzji sprawia, że ludzie sądzą, że można podważyć zdanie dowódcy. A to do niczego dobrego nie prowadzi. Dyscyplina jest wszędzie, nie ważne czy na wojnie, w świątyni czy może w domowym zaciszu. Różni się tylko oprawca... Czasem ta w rodzinnym gronie okzauje się być najgorszą, nie ta, która spada jako kara za przewinienia w wojskowej jednostce – dokończyłem, zaciskając usta w wąską linię.
        Nie potrafiłem wytłumaczyć, dlaczego właściwie te słowa opuściły moje usta. Może to miejsce swoją niespotykaną atmosferą skłaniało do wyjawiania swoich przemyśleń. Miałem wrażenie, że przytłaczam to, co i tak już ledwo stało, jak krucha gałązka w oku cyklonu, ogromnej wichury. Odwróciłem się w stronę blondynki. Stała daleko, ale wyraźnie widziałem jej twarz, lewy profil.
        – Chcesz się czegoś napić? Mogę przyjeść wodę. Porozmawiam z innymi, żeby odnosili się do ciebie z większym szacunkiem – dodałem twardo, czując, że temu z pewnością się sprzeciwi. Nie raz już pokazywała, że nie chce szacunku, chociaż bez niego trudno komukolwiek utrzymać władzę.
 .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/