Nigdy
nie przepadałem za podróżowaniem w grupach, które posiadały więcej niż trzech
członków. Tym bardziej nie lubiłem zamykać pochodu. Byłem świadomu jednak
zagrożeń wynikających z tej pozycji. Ci, którzy szli na końcu nie byli niczym
chronieni. Ich plecy były otwarte na wszystko, co mogłoby chcieć zaatakować w
dowolnej chwili. Nie cierpiałem tego uczucia. I dlatego teraz chciałem mieć go
na swoich barkach. Żeby czuć ciężar odpowiedzialności, którego niełatwo wcale
było się pozbyć.
Kiedy wierzchowce ruszyły, klacz pode
mną była wyraźnie zdenerwowana faktem, że jesteśmy na samym końcu; starała się
wyrywać do przodu, szukać sobie szczeliny, którą mogłaby wyprzedzić inne
zwierzęta. Nawet karcące trącenie wodzy do tyłu, po zębach nie dało jej niczego
do myślenia. Wpatrywałem się w plecy jadących przede mną ludzi, jednocześnie
starając się nie skupiać na nich zbyt mocno.
Nie wychodziło to najlepiej, zwłaszcza
kiedy Lance przyspieszał nieoczekiwanie i sprawiał, że marszczyła mi się skóra
na karku. Niby nic się nie działo, ale miałem wrażenie, że powierzyłem cenne
dziecko drugiemu dziecku. I że ta dwójka siedzi na jednym koniu, pakując się w
tarapaty. Eliah, który co chwilę starał się przywołać Lance’a do rozsądku
musiał czuć dokładnie to samo. Ale nawet w momentach, kiedy miałem ochotę
ściągnąć mężczyznę jadącego z Esją za tą zidiociałą głowę z jego wierzchowca,
postanowiłem nie wtrącać się bardziej. W myślach wyliczałem sposoby, na które
mógłbym go zabić, gdyby coś poszło nie tak. Nie była to bynajmniej metafora,
nie w mojej głowie. Ani żart.
Podstoje były jedynie dwa. Zależało mi
na czasie. Poza tym kilka przerw w stępie musiało wystarczyć. Galopowaliśmy,
kiedy tylko to było możliwe, kiedy podłoże było na tyle bezpieczne, żeby koniom
nie stała się krzywda. Tym sposobem przy którymś z rzędu postoju słońce
znacznie wzeszło na niebie. Na ile dało się ocenić, minęło kilka godzin. Życie
w obozie teraz z pewnością się budziło. Byliśmy blisko celu.
Kiedy znowu spięliśmy konie do galopu,
zauważyłem, że las robi się coraz bardziej zarośnięty, drzewa nie rosły już tak
rzadko, jak przy obozie. Poczycie wybijało się na kilka metrów w górę i
znacznie uniemożliwiało wzgląd wewnątrz gęstwiny. Poza tym musiała tu niedawno
szaleć burza, bo po drodze mijaliśmy zwalone drzewa.
Dopiero jednak, kiedy Lance coś
wrzasnął, zorientowałem się co zamierza zrobić. Na kilka susów przed kłodą. Mój
krzyk albo zagłuszył wiatr albo go nie obchodził.
– Co za błazen – wycedziłem, spinając
konia łydkami.
Rozsądek podpowiadał mi, że i tak nie
było w tym momencie niczego, co mógłbym zrobć. Nawet, jeśli bym się z nim
zrównał, co bym osiągnął? Ten zakuty łeb nie posłuchałby niczego. Wezbrała we
mnie przejmująca, paląca wnętrzności wściekłość. Branie go na tą wyprawę było
błędem. Powierzanie mu dziewczyny było zaś głupotą, na którą sam przystałem.
Rozpalona do białości wściekłość przeniknęła całe moje ciało. W momencie, kiedy
robiłem wszystko, żeby zapewnić kapłance bezpieczeństwo on bezpodstawnie narażał
je na stracenie.
Wyprzedziłem całą kolumnę, wstrzymując
konia dopiero, kiedy znalazłem się na jej przedzie. Spojrzeniem wyszukałem
winnego – wiedział, że przesadził. Widać to było w jego oczach. Ale jeśli był
na tyle zapobiegawczy, musiał też zauważyć, że było już za późno, żeby się
tłumaczyć. Eliah, choć starał się przemówić mu do rozsądku i był wyraźnie zły,
niczym nie równał się z tą burzą, która rozpętała się w moich żyłach.
Pozwoliłem jej nad sobą zapanować. Dobrowolnie oddałem ster. Ktoś usunął się mi
z drogi, kiedy podkłusowywałem do blondyna.
– Oficerze, to było tylko niewin... –
Lance uniósł w górę dłonie, jakby usiłował się bronić. Zmrużyłem wściekle oczy.
– Nie interesuje mnie, czym chciałeś,
żeby to było – rzuciłem. Wpatrywałem się w niego z niekrytą nienawiścią. Przez
to wszystko zupełnie straciłem kontakt z otoczeniem. Ktoś krótko krzyknął, ktoś
wspiął się spowrotem na konia. Teraz to nie miało znaczenia, liczył się tylko
Lance, w którego wbijałem spojrzenie. – Zostajesz zawieszony w braniu udziału
na misjach i wymarszach. Przez przyszły tydzień odrabiasz dodatkowe godziny w
tartaku.
Mężczyzna jęknął. Tartak nie był
miejscem miłej, przyjaznej pracy. W gruncie rzeczy był miejscem, gdzie
najwięcej mężczyzn traciło kończyny, czasem też życie i należało do jednego z
najcięższych dyżurów w obozie.
– Lance – syknąłem, kiedy ten cofnął
konia o kilka kroków. – Nie chcę cię widzieć na oczy aż do końca misji. Masz
zostać na tyle i nie pokazywać swojego pierdolonego tyłka w zasięgu mojego
wzroku.
Otworzył usta, chciał coś powiedzieć.
Zmełł w ustach jedynie przekleństwo, a na jego twarzy malował się wyrzut.
Wcześniejsza buńczuczna pewność siebie i wyprostowana postawa teraz zgasły. Z
pewnością zdawał sobie sprawę, że nie było mowy w tym momencie o żartach. Nie
odpowiedział nawet już słowem, odwracając swojego wałaha w kierunku jazdy. Inni
żołnierze trzymali się z dala.
Dopiero teraz zauważyłem, że kilku z
nich zniknęło, włącznie z kapłanką. Warknąłem, tocząc spojrzeniem po
najbliższej okolicy. Ktoś był w lesie. Kątem oka wyłapałem ruch. Wszystkie moje
mięśnie spięły się niekontrolowanie i od razu straciłem zainteresowanie Lancem.
Skierowałem konia w tamtą stronę, wręcz nurkując w gęstwinie. Młode, zielone
gałązki chłostały mnie po twarzy, zbroi, pokach i zadzie konia, ale nie
zwracałem na to uwagi. Dopiero, kiedy wypadłem na małą, bardzo ciasną polankę i
zatrzymałem pierś klaczy tuż przed znajomą sylwetką Esji zorientowałem się w
sytuacji. Przeniosłem wzrok na innych, którzy przyszli tu za nią.
Zanim zdążyłem chociaż wypowiedzieć
słowo, dostrzegłem gdzie się znajdywaliśmy. Spalone, poczerniałe szczątki ruiny
nadal wyglądały majestatycznie. Jak wypalone w modlitwie miejsce kultu, do
którego powracały dzikie ludy. Białe bryły kamienia walały się jednak w
nieładzie, a coś, co kiedyś było blanką zamku teraz stało się podziurawionym,
rozrzuconym dookoła szkieletem budowli. Niegdyś z pewnością piękne wieżyczki i
przypory teraz jedynie pozostało sobie wyobrażać. Biała monumentalna budowna
była zaledwie mizernym cieniem swojej świetnej przeszłości.
A jednak mimo tego napawała mnie
dreszczem podekscytowania. Nigdy nie widziałem świątyni z tak bliska, a tym
bardziej – jak żaden mężczyzna nie związany z religią – nigdy nie wszedłem do
jej wnętrza. Co oczekiwałem się zastać? Dowód na to, że bogowie są jedynie
wymysłem naszej ludzkiej wyobraźni? Przejmowało mnie to przyjemnym dreszczem.
– Nie wyobrażałem sobie, że tak
paskudnie będzie tu wrócić – mruknął Eliah, stojący obok Esji. Porzucił swojego
wierzchowca, najprawdopodobniej podążając za blondynką pieszo. Mądry wybór.
Konie miały tu utrudnione zadanie w takim gąszczu roślinności.
– Chodźmy, co tak będziemy sterczeć w
całą wieczność – odezwał się po długiej chwili milczenia najniższy człowiek z
brygady.
Najwidoczniej to on najszybciej
otrząsnął się z widoku, który prezentowała świątynia. Nawet konie wydawały się
bardziej spokojne niż zwykle. Było w tym miejscu coś, czego nie sposób było nie
uszanować. Dom rzezi tak wielu młodych kobiet, tak wielu istnień, które niczym
nie zasłużyły sobie na swój los. Szacunek wydawał się naturalny. Ale strach?
Złe przeczucia? Ostatnio prześladowały mnie bez przerwy.
Ithrick miał ułatwione zadanie. Nawet
na koniu dzięku swojemu wzrostowi szybko wydostał się z puszczy na wolne
przedpole byłej twierdzy. Ruszył jako pierwszy.
– Eliah, weź swojego konia. Pewnie
został z innymi na trakcie – rozkazałem chłodno, rzeczowo. Nie chcąc dawać po
sobie poznać żadnych emocji. – Najświętsza wybaczy... – mruknąłem, pochylając
się nad Esją. Było to ironiczne tytułowanie, ale tym razem wcale nie złośliwe.
Klacz zatrzymała się tak blisko niej, że nie musiałem nawet zbytnio się
wysilać, żeby ją podnieść.
Usadziłm dziewczynę za sobą, za
siodłem. Nie zamierzałem się gnieść, a póki co i tak czekała nas zaledwie
minuta wolnego stępa. Klacz uspokoiła się na tyle, żeby jej zaufać. Posadziłem
Esję na zadzie siwego konia, pleciłem jej złapać się siodła lub mnie, po czym
napiąłem łydki. Wierzchowcowi nie do końca podobał się dodatkowy ciężar;
strzygła uszami, idąc naprzód, po niewielkim zboczu w dół, śladami małego
konika małego mężczyzny.
Dopiero, kiedy wszyscy do nas dołączyli
na przedpolu, wznowiliśmy drogę. Rozglądałem się uważnie. Tym razem chciałem
być przygotowany na wszystko. Moje spojrzenie padło na kamień, który wyścielił
podjazd do świątyni oraz most o kamienno-drewnianej konstrukcji. Zauważyłem
coś, co nie pasowało do obrazka i starałem się zapamiętać ten widok, żeby
później przedyskutować to z którymś z żołnierzy.
Wjechaliśmy na ogromny dziedziniec,
który niedyś z każdej strony otczony był murem – z dwóch cytadelą, z dwóch
murem obronnym. Teraz miejscami fortyfikacje były zrównane z ziemią, ale
wysokość pewnych elementów nadal robiła takie samo wrażenie.
– Będziemy musieli się rozdzielić –
przerwałem pełną napięcia ciszę. Mówiłem swobodnie, starając się nie okazywać
napięcia. Bo jeśli dowódca będzie wystraszony, to kto utrzyma całe towarzystwo
w ryzach? Obróciłem się przez ramię, przelotnie patrząc na twarz blondynki. Nie
wyrażała żadnych emocji, zupełnie jak wtedy, kiedy weszliśmy do pokoju w
namiocie medycznym. Nauczony doświadczeniem, że niedługo może nastąpić
załamanie i chcąc oszczędzić nie tylko takiego pokazu, ale i moralnego
podupadku postanowiłem interweniować. Może nawet dla dobra samej kapłanki. Może
dlatego, żeby jakoś jej pomóc. Nawet, jeśli wcale sobie tej pomocy nie życzyła.
– Będziesz przewodniczyć jednej z grup? Najlepiej znasz to miejsce, twoja
wiedza nam się przyda, żeby sprawnie obejść całą budowlę.
Nie brzmiało to pocieszająco. Z
pewnością nie tak podniósłby ją na duchu Eliah, który obecnie znajdował się
nieco w tyle, za nami. Ale mój rzeczowy ton głosu, jawne pytanie, sugestia
rozkazu według mnie była teraz najbardziej na miejscu.
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz