Podróżując u boku Lance'a chyba udało mi się zapomnieć o tym, co tak naprawdę jest celem dzisiejszej podróży. Podczas zabawy nie myślałam, że dziś po raz kolejny stanę w murach, a raczej w tym, co zostało po murach mojego dawnego domu. Powietrze było gęste, a każdy kolejny oddech przywodził wspomnienia tamtego dnia. Mimo, że dookoła mnie coraz więcej osób wyłaniało się z lasu, to ani drgnęłam. Wiedziałam, że miałam bronić Lance'a, a zamiast tego rzuciłam się tutaj biegiem. Potem załatwię sprawę żołnierza, teraz moje nogi były cięższe, niż kiedykolwiek, a oczy wydawały się z trudem przenosić spojrzenie z miejsca na miejsce. Jakbym zastygła, uderzona prostym pytaniem - dlaczego udało mi się przeżyć? A jeśli był to boski błąd? Może miałam tutaj zginąć i teraz, los sam sprawił, że powróciłam, by wyzionąć ducha właśnie w tym miejscu? To taka głupia myśl, ale głosik w głowie nie pozwalał stracić czujności. Jakby zapowiadał niebezpieczeństwo, które i tak nadejdzie, niezależnie od tego, jak bardzo będę próbowała go uniknąć.
Koło mnie stał Eliah, ten sam mężczyzna, który mnie stąd uratował, teraz był przy mnie, gdy wracałam do ruin. Z początku nic nie mówił, dopiero gdy ujrzałam kątem oka klacz dowódcy, blondyn się odezwał, ale bardziej w powietrze, niż do mnie. Panowała między nami jakaś podniosła chwila, którą zdecydował się przerwać jakiś niezbyt wysoki i jeśli mam być szczera, to dość przerażający żołnierz, o mało imponującym wzroście.
Patrzyłam, jak rusza się z miejsca, z lekkością, jakiej mi teraz brakowało. W dodatku Nevan pozbawił mnie towarzysza i poczułam się tak, jakbym została na tej polanie całkiem sama. Chwila wyjątkowo paskudna, a jednak trwała krócej, niż mogłam przypuszczać. W całej tej oprawie głos Tealvasha brzmiał dziwnie obco, szczególnie z tytułem, z jakim się do mnie zwrócił. Nim jakkolwiek zareagowałam, poczułam, jak mnie podnosi. Po raz kolejny tego dnia, ktoś mnie przestawiał, jakbym była lalką, a nie dużą, ciężką istotą. Zaskakiwało mnie to, z jaką łatwością sadzali, bądź ściągali mnie skądś. W każdym razie, tak długo, jak robił to Lance, czy Eliah wydawało mi się to po prostu zawstydzające, ale kiedy dotarło do mnie, że sam Nevan uniósł mnie i posadził na swoim koniu, nie do końca wiedziałam, jak się zachować. W dodatku siedziałam z tyłu, a słysząc jego polecenie, uchwyciłam się siodła próbując sobie ułożyć wszystko w głowie. Sądziłam, że będę tam stała, jak kołek, a jednak to się zmieniło. Może ten przerażający mężczyzna tylko udaje takiego bezdusznego? A może w chwili, w której muszę sprostać własnym demonom, staram się szukać światła wszędzie, gdzie tylko się da.
Kiedy koń ruszył zachwiałam się, nieprzyzwyczajona do jazdy w takiej pozycji i odruchowo złapałam Nevana za boki. Zrobiło mi się głupio, ale nie puściłam, widząc, że na mężczyźnie nie robi to żadnego wrażenia. Teraz miałam pewność, że nie spadnę. Nawet jeśli od Tealvasha nie biła ta sama opiekuńczość, co od Eliaha, bądź poczucie humoru Lance'a, to czułam się bezpiecznie. Kupił sobie moje zaufanie na tyle, bym nieco się uspokoiła, ochłonęła po pierwszym wejrzeniu na zgliszcza świątyni.
Nie wiem, czy moja twarz wyrażała jakiekolwiek emocje. Czułam się, jak pusta skorupa i było to dość przyjemne, bo gdybym miała wypełnić się czymkolwiek, to byłyby to wspomnienia tamtego dnia. Wspomnienia te już teraz napierały na drzwi i okna mojej świadomości, a ja robiłam co mogłam, aby ich nie wpuścić. Ze stanu jakiegoś dziwnego zawieszenia ponownie wyrwał mnie Nevan. Uniosłam nieco głowę, słuchając o co mu chodzi. Zaskoczył mnie.
- Oczywiście - uśmiechnęłam się. Nie wiem, jak to możliwe w takim otoczeniu, ale udało mi się dwa kąciki ust unieść na tyle, by uśmiech nie był nieładnym grymasem. A jednak ten gest kosztował mnie mocnym ukuciem między żebrami.
Wszyscy już zebrali się dookoła. Nie wiedziałam, czy mężczyzna pomoże mi zejść, więc wyprostowałam nieco nogi, gotowa się ześlizgnąć. Musiałam robić to wyjątkowo nieudolnie, po tak samo jak mnie podniósł, tak samo teraz jednym susem czerwono oki postawił mnie na ziemi, robiąc to tak przelotnie, jakby całe życie ściągał kogoś z koni, w co szczerze wątpiłam. Zajęty był bardziej rozdzielaniem nas na grupy. Jedną miał dowodzić on, drugą Eliah. Moje imię ani razu nie padło, aż do chwili, kiedy dowódca kazał, czy może prosił... nigdy nie mogłam mieć w jego przypadku pewności, mnie o prowadzenie. Skinęłam więc głową i zrobiłam pierwszy samodzielny krok odkąd ujrzałam świątynie.
Teraz, gdy stało się jasne, że jestem w grupie z dowódcą, jak i z brzyskim, niskim mężczyzną, czułam, że tym bardziej nie mogę pokazywać po sobie słabości. Nie chciałam przy oficerze wypadać, jak dziecko, szczególnie, że już kilka wpadek podczas naszej wyprawy miałam. Tylko, że teraz było inaczej. W przełyku czułam rosnącą gulę, a w głowie kręciło mi się z każdym krokiem. Kiedy przestąpiliśmy próg zniszczonej budowli, miałam wrażenie, że zwymiotuję. Udało mi się to powstrzymać o dziwo, przez ów niepięknego mężczyznę, na którego inny powiedział Ithrick.
- A co to za dziwne zawijaski? - mruknął, chyba nie do końca odczuwając powagę tego miejsca. Może to i lepiej? Irytacja... czy to ją teraz odczuwałam? W każdym razie było to niesamowite, jak taka negatywna potrafiła postawić człowieka do pionu.
- To symbol Arathora, każda kapłanka nosi go na ciele - odparłam, a drobne oczka mężczyzny spoczęły na mnie w takim wyrazie, jakby przede wszystkim był zdziwiony, że sama się do niego odezwałam. Po chwili uśmiechnął się do mnie krzywo.
- Ach tak? Chętnie bym twój zobaczył... - odparł bez cienia zmieszania, za to ja poczułam, jak robię się czerwona. Nie wiedziałam, jak zareagować. To była iście absurdalna wymiana zdań. W dodatku w miejscu takim, jak te! Nie wypadało! Zwyczajnie nie wypadało się tak tutaj zachowywać. - No chyba, że go nie masz - dodał podejrzliwie, wnioskując najpewniej po mojej ciszy.
- Co to za bezpodstawne oskarżenia? - zapytałam oburzona.
- Nie pokazujesz, to co mam o tym sądzić?
- Nie zamierzam rozbierać się przed niewychowanym żołnierzem - odparłam szybko, na co on zaśmiał się gardłowo i machnął dłonią w powietrzu.
- Niejedna tak mówiła, a potem zmieniła zdanie - odburknął i zajął się przeszukiwaniem sali, do jakiej wprowadziłam ich, sama nie wiem kiedy. Jak się okazuje rozmowa z Ithrickiem miała swój plus. Udało mi się przejść świątynie bez nudności, czy problemów z poruszaniem się. Mimo sposobu w jaki odwrócił moją uwagę, powinnam być mu wdzięczna. Prawdę mówiąc byłam, ale nie zamierzałam teraz o tym mówić.
Niedaleko mnie stał Nevan, doglądał przeszukiwań. Zbliżyłam się bardziej, uznając, że to dobra chwila, aby poruszyć temat Lance'a. Poza tym... im dłużej stałam w ciszy, tym szybciej łapał mnie ten sam stan, który miałam stojąc na polanie. Obrazy, będąc w środku wracały szybciej, w nozdrzach czułam smród śmierci, a od twarzy odeszły mi wszystkie kolory, jakie podczas rozmowy z Ithrickiem udało mi się zdobyć. Słowem, musiałam wyglądać jak trup. Och... nie takie porównanie było teraz najlepsze.
- Oficerze - od wcześniej mnie tytułował, więc teraz i ja to zrobiłam. Poza tym czułam się nieswojo i tylko taki zwrot wydawał mi się pasować do obecnej sytuacji. - Chciałam powiedzieć... przeprosić... za Lance'a. To ja chciałam skakać przez te konary, myślę, że chciał mnie jedynie rozbawić. Jeśli bym mogła jakoś poprawić jego sytuację, to chętnie zrobię, co w mojej mocy - zaznaczyłam, nie chcąc wyrywać się z tym, że wezmę karę na siebie, by nie wziął mnie za gołosłowną pannę, która chce po prostu użyć mocnych słów. Naprawdę chciałam jakoś pomóc, jednak nie mogłam przejść obojętnie wokół tego, co działo się dookoła. Dlatego też, widząc, że jeden z żołnierzy w zgliszczach znalazł zniszczone instrumenty, nogi się pode mną ugięły. Mandolina, którą właśnie rzucił należała do mojej przyjaciółki Malveny, a pozostałości harfy, które roztrzaskał o kamienie... należały do mnie.
- To moje... - powiedziałam cicho, spoglądając na szczątki instrumentu. Zawiesiłam na nich swoje spojrzenie, z trudem łapiąc oddech. Miałam ochotę wybuchnąć, wylać z siebie wszystko, powiedzieć komu bądź, że jeszcze niedawno grałam tutaj wraz z innymi siostrami. Że śpiewałyśmy, kąpiąc się w jednej z większych sal, znajdujących się niedaleko.
- Możemy wyjść na korytarz? - zapytałam oficera, nie chcąc by moje krótkie załamanie zmieniło bieg rozmowy. Chciałam być silna, ale to nie było łatwe. Nie dbałam tez o to, jak brzmiało moje pytanie. nawet jeśli typowego korytarza już tutaj nie było i nigdy nie miało być. Po prostu nie chciałam patrzeć na coś, co było moje i mieć pretekst, aby wspominać lata świetności tego miejsca. Widzieć dziewczęta, których już nigdy nie ujrzę, bo one nie były już częścią tego świata. Wszystkie odeszły... zostałam sama.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz