poniedziałek, 3 lipca 2017

LXXVI



        Założyłem dłonie na klatce piersiowej obserwując pozostałą dwójkę, która znajdowała się w namiocie. Powstrzymywałem się przed uniesieniem brwi w momentach, kiedy ich przekomarzanie się sprawiało, że czułem nadchodzące mdłości, ale poza tym bardzo łatwo było ukryć mi wszystkie emocje. A przede wszystkim rosnące podekscytowanie, bo to uczucie towarzyszące mi od wczoraj wcale nie opuściło mnie wraz z kurzem opadającym na tę sprawę. Trochę obawiałem się, że budząc się rano będę miał ochotę postukać się w głowę i z niedowierzaniem pojąć, do czego zamierzam doprowadzić, a jednak nie stało się nic z tych rzeczy. Być może za sprawą tamtej tancerki, która naprawdę wzbudziła we mnie wczoraj niespotykaną… Żarliwość. Przekrzywiłem lekko głowę, odchodząc o krok i patrząc, jak Eliah ojcuje kapłance. A to było nawet interesującą rzeczą, bo w wojsku nie było zazwyczaj osób, którymi można się było opiekować. Każdy patrzył jedynie na własny interes i własne bezpieczeństwo, mając innych za nic. Rozgrywająca się na moich oczach scena była więc w pewien sposób cenną lekcją tego, jak ludzie potrafią się zmieniać i dostosowywać do warunków, w których przebywają. Kto sądził, że bezdzietny Eliah, doskonały żołnierz i kompan mógł potrzebować kiedyś dziecka, marzyć o rodzinie? To było wręcz niesamowite. Codzienne twarze codziennych czynności w cyklu życiowym ludzi rzadko ujawniały się w takich miejscach jak obozy wojskowe.
        W namiocie wraz z wejściem sanitariuszki zrobiło się już tłoczno. Przytłaczała mnie taka ilość ludzi w małych przestrzeniach, dlatego kiedy tylko Eliah zaproponował wyjście na zewnątrz, przytaknąłem jego planowi leniwie. Może też po to, żeby kupić sobie trochę czasu na znalezienie odpowiedzi na jego pytanie, które było zbyt prywatne, żeby odpowiadać pochopnie, a tym bardziej przy osobach postronnych.
        Na zewnątrz panował już normalny, codzienny ruch. Ludzie czyścili swoje bronie, próbowali mniejsze szyki i pozycje ćwiczebne nóg, ramion, całego ciała, jedli śniadanie, część rozmawiała swobodnie, żartowała i śmiała się. Pomiędzy tymi, którzy nie mieli dziś warty przeplatały się trójki patrolujące dzielnicę. Wodziłem spojrzeniem po otoczeniu, uparcie milcząc z dłońmi opartymi na biodrach. Napotkawszy spojrzenie Eliaha prychnąłem cicho, prostując się.
        – Więc jak? – zapytał, uznając najwidoczniej, że potrzebuję pospieszenia, żeby rozwiązał mi się język.
        – Nikt nie musiał mnie przekonywać – odpowiedziałem, zaciskając dłonie mocniej w pięści. – Właściwie nawet mnie o to nie prosiła. Dlaczego uważasz, że mogłaby mieć nade mną tego rodzaju władzę? To raczej niemożliwe.
        Mężczyzna patrzył mi przez chwilę prosto w oczy. Dopiero po dłuższej chwili milczenia skinął głową. Raz. Całe jego ciało było napięte, choć wydawało mi się, że moja odpowiedź nieco go uspokoiła.
        – Tak sądziłem – dodał, odwracając spojrzenie i wbijając je w przestrzeń pomiędzy namiotami. – Masz jakiś plan z nią związany.
        Być może chciał zaintonować to jako pytanie, co z pewnością nie wyszło. Nie owijał w bawełnę i szczędził w słowach, jak zwykle kiedy chodziło o coś poważniejszego. Ludzie mijali nas, nie zauważając stopnia oficerskiego, od czasu do czasu tylko część z nich salutowała. Zazwyczaj ludzie z mojego oddziału. Kiwnąłem głową, podobnie jak on nie siląc się na wielkie słowa wytłumaczenia, czego nawet pewnie nie oczekiwał.
        – Sprawdźmy zbrojownię – poleciłem, schodząc po kilku schodkach na ziemię. – Jeszcze dzisiaj nie dostałem stamtąd raportu.
        Namiot zbrojmistrza znajdował się niedaleko, zaledwie minutę drogi spod namiotu Esji. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, a broń którą kazałem przekuć na miecz treningowy dla dziewczyny miała być gotowa przed południem. Mimo wszystko sam postanowiłem to sprawdzić i wszystkiego dopilnować. Blondyn z pewnością domyślił się, po co idziemy, bo ruszył bez słowa sprzeciwu.
        Wewnątrz, na drewnianych stelażach stały równo ułożone, wypolerowane bronie, każda z nich była małym dziełem sztuki. Patrzyłem na nie, podziwiając kunszt, z którym każda z nich została stworzona, obserwując zdobienia i krzywizny ostrzy, które zdolne by były przeciąć kartkę papieru. Zbrojmistrz, którego wynajmowałem był najlepszym, jakiego można znaleźć na ziemiach należących do królestwa. I wszyscy o tym wiedzieli, świadczyła o tym bez wątpienia ilość zleceń, jakie dostawał. Musiał zatrudniać naręcza uczniów, selekcjonowanych własnym mistrzowskim okiem. Teraz jednak nie było go nigdzie w pobliżu, choć obiecał, że własnoręcznie zajmie się mieczem dla kobiety. Nie wiedział, że chodziło o kapłankę, ale jak trudno się było tego domyślić? Waga i wyrzeźbienie broni podsunęły mu z pewnością właściwy trop.
        – Lubię tu przychodzić. Pachnie żarem i stopioną stalą, którą wykuwa się do swojego przeznaczenia w piekielnej temperaturze – rzucił Eliah zza moich pleców. Kiedy ja rozglądałem się za mistrzem, on przyglądał się broniom. Miał zamyślony wyraz twarzy. I nadal był spięty.
        Podszedłem do niego, patrząc na miecze które stały w równym rzędzie.
        Nagle złapał mnie za ramię, mocno zaciskając na nim palce. Syknąłem gniewnie, starając się wyrwać rękę, ale jego uścisk był pewny i silny. Spojrzałem prosto na jego twarz. Malowała się na niej troska i coś innego, głębszego. Czego nie potrafiłem zinterpretować ani zrozumieć. Powoli poluzował uścisk.
        – Nie możesz zrobić jej krzywdy – odezwał się cicho, chociaż nikogo tu nie było. – Jest zbyt delikatna, żeby poznać całe zło tego świata. Nevan, całe zło, które pochodzi z tej pięknej broni, śmierć, którą rodzi każdy miecz, nieważne jak mistrzowsko wykuty. Masz pilnować, żeby nic się jej nie stało.
        Puścił mnie, jakby nagle mój mundur go poparzył. Spuściłem spojrzenie na to miejsce. Eliah wydawał się pewny swoich słów. I czekał na potwierdzenie. Kolejna osoba, która twierdzi, że może polegać na mnie, że każde moje słowo sprawi, że nagle ziemia stanie się bezpieczniejsza, a wojna i choroby przestaną odbierać nam ukochanych ludzi. Czekał na potwierdzenie jak na obietnicę.
        Zrozumiał, że jej nie dostanie. Znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Uśmiechnął się, powoli kiwając głową. W ciszy wróciliśmy pod namiot Esji, choć mężczyzna mi towarzyszący wydawał się zdecydowanie bardziej rozluźniony.
        Nie musieliśmy już czekać dłużej, bo kapłanka pojawiła się na stopniach w minutę później.
        I od razu zalała nas tym swoim cholernym, zaraźliwym entuzjazmem. Westchnąłem, opuszczając ramiona wzdłuż ciała, chociaż blondyn stojący obok uśmiechnął się.
        – Zaczniemy od jazdy konnej. Wszystko powinno być przygotowane w stajni – zatrzymałem się na moment, odwracając spojrzenie zza luźnego koła, w jakim stanęliśmy. Czasem miałem wrażenie, że świat po prostu potrzebował ludzi takich jak ja, bez skrupułów, do wykonywania czarnej roboty, która ostatecznie przysłużą się ogólnemu dobru. Teraz znów stanąłem przed takim momentem i czułem się z nim wyjątkowo niewygodnie. – Eliah nie idzie z nami. Esjo, zabierz stalowe naramienniki wiszące na balustradzie koło ciebie. To część zbroi na twój rozmiar – rozkazałem, odwracając się w kierunku, w który patrzyłem.
        Tłumaczyć się z decyzji? Nie, nie mogłem tego robić. Obecność Eliaha przewrażliwionego na punkcie kapłanki i jej bezpieczeństwa w niczym by nie pomogła. Przed chwilą dał wyraz swoich emocji, za co być może właśnie płacił. Nie odwróciłem się, żeby zobaczyć jakie emocji malują się na jego twarzy. Kiedy poczułem, że Esja idzie za mną, przyspieszyłem kroku i udaliśmy się do stajni.
        Gdzie, jak faktycznie podejrzewałem, stał przygotowany koń. I to nie ten z ligi najgrzeczniejszych. Przyspieszona nauka musiała pociągnąć ze sobą sporo konsekwencji, a nas silnie ograniczał czas. Marnowanie go na naukę na jakimś ośle byłoby głupotą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/