Założyłem
dłonie na klatce piersiowej obserwując pozostałą dwójkę, która znajdowała się w
namiocie. Powstrzymywałem się przed uniesieniem brwi w momentach, kiedy ich
przekomarzanie się sprawiało, że czułem nadchodzące mdłości, ale poza tym
bardzo łatwo było ukryć mi wszystkie emocje. A przede wszystkim rosnące
podekscytowanie, bo to uczucie towarzyszące mi od wczoraj wcale nie opuściło
mnie wraz z kurzem opadającym na tę sprawę. Trochę obawiałem się, że budząc się
rano będę miał ochotę postukać się w głowę i z niedowierzaniem pojąć, do czego
zamierzam doprowadzić, a jednak nie stało się nic z tych rzeczy. Być może za
sprawą tamtej tancerki, która naprawdę wzbudziła we mnie wczoraj niespotykaną…
Żarliwość. Przekrzywiłem lekko głowę, odchodząc o krok i patrząc, jak Eliah
ojcuje kapłance. A to było nawet interesującą rzeczą, bo w wojsku nie było
zazwyczaj osób, którymi można się było opiekować. Każdy patrzył jedynie na
własny interes i własne bezpieczeństwo, mając innych za nic. Rozgrywająca się
na moich oczach scena była więc w pewien sposób cenną lekcją tego, jak ludzie potrafią
się zmieniać i dostosowywać do warunków, w których przebywają. Kto sądził, że
bezdzietny Eliah, doskonały żołnierz i kompan mógł potrzebować kiedyś dziecka,
marzyć o rodzinie? To było wręcz niesamowite. Codzienne twarze codziennych
czynności w cyklu życiowym ludzi rzadko ujawniały się w takich miejscach jak
obozy wojskowe.
W namiocie wraz z wejściem
sanitariuszki zrobiło się już tłoczno. Przytłaczała mnie taka ilość ludzi w
małych przestrzeniach, dlatego kiedy tylko Eliah zaproponował wyjście na
zewnątrz, przytaknąłem jego planowi leniwie. Może też po to, żeby kupić sobie
trochę czasu na znalezienie odpowiedzi na jego pytanie, które było zbyt
prywatne, żeby odpowiadać pochopnie, a tym bardziej przy osobach postronnych.
Na zewnątrz panował już normalny,
codzienny ruch. Ludzie czyścili swoje bronie, próbowali mniejsze szyki i
pozycje ćwiczebne nóg, ramion, całego ciała, jedli śniadanie, część rozmawiała
swobodnie, żartowała i śmiała się. Pomiędzy tymi, którzy nie mieli dziś warty
przeplatały się trójki patrolujące dzielnicę. Wodziłem spojrzeniem po
otoczeniu, uparcie milcząc z dłońmi opartymi na biodrach. Napotkawszy
spojrzenie Eliaha prychnąłem cicho, prostując się.
– Więc jak? – zapytał, uznając
najwidoczniej, że potrzebuję pospieszenia, żeby rozwiązał mi się język.
– Nikt nie musiał mnie przekonywać –
odpowiedziałem, zaciskając dłonie mocniej w pięści. – Właściwie nawet mnie o to
nie prosiła. Dlaczego uważasz, że mogłaby mieć nade mną tego rodzaju władzę? To
raczej niemożliwe.
Mężczyzna patrzył mi przez chwilę
prosto w oczy. Dopiero po dłuższej chwili milczenia skinął głową. Raz. Całe
jego ciało było napięte, choć wydawało mi się, że moja odpowiedź nieco go
uspokoiła.
– Tak sądziłem – dodał, odwracając spojrzenie
i wbijając je w przestrzeń pomiędzy namiotami. – Masz jakiś plan z nią
związany.
Być może chciał zaintonować to jako
pytanie, co z pewnością nie wyszło. Nie owijał w bawełnę i szczędził w słowach,
jak zwykle kiedy chodziło o coś poważniejszego. Ludzie mijali nas, nie
zauważając stopnia oficerskiego, od czasu do czasu tylko część z nich
salutowała. Zazwyczaj ludzie z mojego oddziału. Kiwnąłem głową, podobnie jak on
nie siląc się na wielkie słowa wytłumaczenia, czego nawet pewnie nie oczekiwał.
– Sprawdźmy zbrojownię – poleciłem,
schodząc po kilku schodkach na ziemię. – Jeszcze dzisiaj nie dostałem stamtąd
raportu.
Namiot zbrojmistrza znajdował się
niedaleko, zaledwie minutę drogi spod namiotu Esji. Wszystko musi być dopięte
na ostatni guzik, a broń którą kazałem przekuć na miecz treningowy dla
dziewczyny miała być gotowa przed południem. Mimo wszystko sam postanowiłem to
sprawdzić i wszystkiego dopilnować. Blondyn z pewnością domyślił się, po co
idziemy, bo ruszył bez słowa sprzeciwu.
Wewnątrz, na drewnianych stelażach
stały równo ułożone, wypolerowane bronie, każda z nich była małym dziełem
sztuki. Patrzyłem na nie, podziwiając kunszt, z którym każda z nich została stworzona,
obserwując zdobienia i krzywizny ostrzy, które zdolne by były przeciąć kartkę
papieru. Zbrojmistrz, którego wynajmowałem był najlepszym, jakiego można
znaleźć na ziemiach należących do królestwa. I wszyscy o tym wiedzieli,
świadczyła o tym bez wątpienia ilość zleceń, jakie dostawał. Musiał zatrudniać
naręcza uczniów, selekcjonowanych własnym mistrzowskim okiem. Teraz jednak nie
było go nigdzie w pobliżu, choć obiecał, że własnoręcznie zajmie się mieczem
dla kobiety. Nie wiedział, że chodziło o kapłankę, ale jak trudno się było tego
domyślić? Waga i wyrzeźbienie broni podsunęły mu z pewnością właściwy trop.
– Lubię tu przychodzić. Pachnie żarem i
stopioną stalą, którą wykuwa się do swojego przeznaczenia w piekielnej
temperaturze – rzucił Eliah zza moich pleców. Kiedy ja rozglądałem się za
mistrzem, on przyglądał się broniom. Miał zamyślony wyraz twarzy. I nadal był
spięty.
Podszedłem do niego, patrząc na miecze
które stały w równym rzędzie.
Nagle złapał mnie za ramię, mocno
zaciskając na nim palce. Syknąłem gniewnie, starając się wyrwać rękę, ale jego
uścisk był pewny i silny. Spojrzałem prosto na jego twarz. Malowała się na niej
troska i coś innego, głębszego. Czego nie potrafiłem zinterpretować ani
zrozumieć. Powoli poluzował uścisk.
– Nie możesz zrobić jej krzywdy –
odezwał się cicho, chociaż nikogo tu nie było. – Jest zbyt delikatna, żeby
poznać całe zło tego świata. Nevan, całe zło, które pochodzi z tej pięknej
broni, śmierć, którą rodzi każdy miecz, nieważne jak mistrzowsko wykuty. Masz
pilnować, żeby nic się jej nie stało.
Puścił mnie, jakby nagle mój mundur go
poparzył. Spuściłem spojrzenie na to miejsce. Eliah wydawał się pewny swoich
słów. I czekał na potwierdzenie. Kolejna osoba, która twierdzi, że może polegać
na mnie, że każde moje słowo sprawi, że nagle ziemia stanie się
bezpieczniejsza, a wojna i choroby przestaną odbierać nam ukochanych ludzi.
Czekał na potwierdzenie jak na obietnicę.
Zrozumiał, że jej nie dostanie. Znał
mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Uśmiechnął się, powoli kiwając głową. W ciszy
wróciliśmy pod namiot Esji, choć mężczyzna mi towarzyszący wydawał się
zdecydowanie bardziej rozluźniony.
Nie musieliśmy już czekać dłużej, bo
kapłanka pojawiła się na stopniach w minutę później.
I od razu zalała nas tym swoim
cholernym, zaraźliwym entuzjazmem. Westchnąłem, opuszczając ramiona wzdłuż
ciała, chociaż blondyn stojący obok uśmiechnął się.
– Zaczniemy od jazdy konnej. Wszystko
powinno być przygotowane w stajni – zatrzymałem się na moment, odwracając
spojrzenie zza luźnego koła, w jakim stanęliśmy. Czasem miałem wrażenie, że
świat po prostu potrzebował ludzi takich jak ja, bez skrupułów, do wykonywania
czarnej roboty, która ostatecznie przysłużą się ogólnemu dobru. Teraz znów
stanąłem przed takim momentem i czułem się z nim wyjątkowo niewygodnie. – Eliah
nie idzie z nami. Esjo, zabierz stalowe naramienniki wiszące na balustradzie
koło ciebie. To część zbroi na twój rozmiar – rozkazałem, odwracając się w
kierunku, w który patrzyłem.
Tłumaczyć się z decyzji? Nie, nie
mogłem tego robić. Obecność Eliaha przewrażliwionego na punkcie kapłanki i jej bezpieczeństwa
w niczym by nie pomogła. Przed chwilą dał wyraz swoich emocji, za co być może
właśnie płacił. Nie odwróciłem się, żeby zobaczyć jakie emocji malują się na
jego twarzy. Kiedy poczułem, że Esja idzie za mną, przyspieszyłem kroku i
udaliśmy się do stajni.
Gdzie, jak faktycznie podejrzewałem,
stał przygotowany koń. I to nie ten z ligi najgrzeczniejszych. Przyspieszona
nauka musiała pociągnąć ze sobą sporo konsekwencji, a nas silnie ograniczał
czas. Marnowanie go na naukę na jakimś ośle byłoby głupotą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz