poniedziałek, 3 lipca 2017

LXXVII


     Ile dni już spędziłam w tym obozie i kiedy w zasadzie przestałam je liczyć? Nie wiem, pamiętam, że jak tutaj przybyłam, byłam przerażona, nie wiedziałam czego się spodziewać, jak będę traktowana i czego będą ode mnie oczekiwać. Chyba ja sama uległam dużej zmianie, a przynajmniej taka była moja opinia. Rozmawiałam z Nevanem bez strachu, czy niechęci, coraz częściej były to nawet przyjemne rozmowy, z Eliahem potrafiłam żartować, śmiać się, mówić o głupotach. Wiedziałam już gdzie są niektóre miejsca w obozie, przydzielony mi namiot nazywałam już swoim, a teraz miałam jeszcze nauczyć się kilku dodatkowych rzeczy. Nie chciałam mówić o tym na głos, bo nie mogłabym być pewna tego, jak inni to odbiorą, ale byłam szczęśliwa. Jak na to wszystko, co przeszłam, na cierpienie, jakie dane mi było przeżyć, teraz byłam spokojna. Coraz rzadziej nawiedzały mnie wizje rzezi, jaka miała miejsce w świątyni. Nie wiem tylko, czy to dobrze o mnie świadczy, czy powinnam żyć tutaj pełnią życia, jeśli towarzyszy mi świadomość umierających kapłanek. Wiedziałam, że przyjdzie czas, kiedy sama siebie za to ukarzę, ale nie teraz... jeszcze nie teraz. 
     Pokiwałam głową, kiedy Nevan odpowiedział na moje słowa. Zaraz jednak mój entuzjazm nieco oklapł, ale nie powiedziałam słowa. W końcu Eliah miał pewnie wiele swoich obowiązków, a i tak dużą część wolnego czasu poświęcał na mnie. Dlatego niedługo pozwalałam sobie na rezygnację z uśmiechu. Zamiast tego chwyciłam naramienniki o których mówił oficer i przyznaję, ucieszyłam się czując, że nie są aż takie ciężkie, na jakie mogłyby wyglądać. 
     - Życz mi szczęścia - mruknęłam jeszcze do blondyna i zaraz ruszyłam za dowódcą, nieco szybciej przebierając nogami, niż on. Szedł szybko i pewnie, a ja nie chciałam go zgubić, bo mimo iż wiedziałam gdzie jest stajnia, to jednak pewniej się czułam, kiedy to on prowadził nas w rzeczonym kierunku. 
     Zatrzymaliśmy się, będąc już na miejscu i przyznaję, byłam nieco zaskoczona. Może nawet moje rozglądanie się zaskoczyło Nevana. Sądziłam, że będę się uczyć jeździć na tym samym jabłkowitym wierzchowcu, na jakim zaledwie wczoraj jechałam do świątyni. Był to koń spokojny, ułożony i zdążyłam się już z nim zapoznać. Tym czasem jedyny przygotowany koń, jaki tutaj stał, dalece odbiegał od wizji z wczoraj. Mało tego... chociaż wiem, że ten argument był głupi, to zwierze jakie obok nas stało miało czarne umaszczenie, a takie konie z reguły wydają się straszniejsze od innych. 
     - Na którym będę jeździć? - nie wytrzymałam i wyrzuciłam z siebie to pytanie. Jednakże spojrzenie, jakim uraczył mnie Tealvash jasno dało mi do zrozumienia, że moje podejrzenia były słuszne. Przełknęłam ślinę. Nie chciałam pokazywać, że mnie to zaskoczyło, a już w szczególności przestraszyło. Mimo to mężczyzna musiał już coś zacząć podejrzewać, więc nim zdążył się odezwać uniosłam głowę nieco wyżej, wierząc, że taka postawa doda mi nieco animuszu. - Wolałam się jedynie upewnić, żeby przez przypadek nie wsiąść na cudzego konia - wyjaśniłam, całkowicie nie przejmując się tym, jak to wytłumaczenie brzmi w moich ustach. 
     Zacisnęłam nieco dłonie, po czym zaczęłam się zbliżać. Krok po kroku, koń to zauważył. Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Kiedy stałam już obok okazał się wyższy, niż z daleka. To miał być test? Nie będę tchórzem, chyba. Zwierze prychnęło, a ja drgnęłam i tym samym cała mistyfikacja poszła w krzaki. Przez moment usilnie nie chciałam odwracać się w stronę mężczyzny, ale ostatecznie musiałam to zrobić. 
     - No dobrze... jak on się nazywa? Nie mogę do konia mówić koń, jeśli mam na nim jeździć - wydawało mi sie to całkiem logiczne. Generalnie od dłuższego czasu towarzyszyła mi pewna niewygodna i teraz uświadomiłam sobie, że to wszystko przez trzymane przeze mnie naramienniki. - Mam je założyć do jazdy? - zapytałam i jeden z nich przyłożyłam nieco nad łokciem. - Tak? Nie, widzę, że nie... - skarciłam sama siebie, nim zdążył się odezwać. - Chwila... jest różnica na które ramie pójdą? - była mowa o walce, była mowa o tańcu i jeździe konnej, ale na miłość wszelkich bogów, nie było mowy o żadnych naramiennikach! Dopiero co pomagali mi z ubraniem gorsetu, a tutaj kolejne wyzwania z zakresu jakby nie patrzeć garderoby. W dodatku kiedy próbowałam założyć jeden, to drugi prawie mi wypadł. Jęknęłam z rezygnacją, koń z nią prychnął i jeszcze brakowało, aby Nevan z nią odchrząknął, a mielibyśmy cały zestaw. 
     Uniosłam w końcu spojrzenie na mężczyznę. 
     - Możesz mi pokazać, jak to zrobić? - zrezygnowałam z dumnego udowadniania, że dam sobie radę sama. Poza tym chciał mnie uczyć, pomagać mi, więc może warto zapamiętać, że ma świadomość iż o niczym nie mam póki co pojęcia? Bałam się jedynie, że mój brak podstaw zniechęci go do dalszych prób. 
    Na całe szczęście podszedł do mnie, a ja podałam mu jeden z naramienników. 
     - Nie będą mnie uczyć ludzie księcia, prawda? - niby było to pytanie, ale jednak dało się w nim usłyszeć, że znam już odpowiedź. W sumie myślałam o tym już wcześniej. - Dlaczego? - interesowało mnie to na tyle, by zajrzeć w te czerwone oczy mężczyzny, jakby to miało go zmusić do tłumaczeń. Wiedziałam, że tak nie będzie. Jeśli nie będzie chciał wytłumaczyć, to tego nie zrobi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/