piątek, 7 lipca 2017

LXXVIII



        Kiedy zatrzymaliśmy się po drugiej stronie placu, naprzeciwko wejścia do stajni i miejsc, gdzie przywiązywane były konie wyczyszczone i gotowe do siodłania, skrzyżowałem ramiona na piersi. Koń prezentował się całkiem wyniośle, choć nie miał na sobie standardowej kulbaki wojennej, a zwykłe, skórzane siodło niewielkich rozmiarów. Było lżejsze niż to, do którego przez lata został przyzwyczajony, a ta zmiana z pewnością wprawiała go w dodatkowe zdenerwowanie. Miałem tylko nadzieję, że jeśli jakiś bóg w którego wierzy kapłanka naprawdę istnieje, to ją będzie miał w opiece. Czy coś takiego. W każdym razie, że nie spadnie z grzbietu i nie skręci sobie karku.
        Słysząc jej pytanie skierowałem na nią spojrzenie, po czym pokręciłem lekko głową. Wyraz mojej twarzy musiał być bardzo wymowny, bo nawet nie potrzebowała odpowiedzi. Ruszyliśmy oboje w tamtą stronę i koniuszy zauważył nas dopiero, kiedy byliśmy już naprawdę blisko. Skłonił się kilkakrotnie z szacunkiem, po czym odszedł na krok do tyłu od zwierzęcia, żeby zrobić Esji miejsce.
        – To Xander, pani – odezwał się chłopak stojący za nami, który najwidoczniej za swój obowiązek uznał towarzyszenie nam cały czas. Pewnie w razie konieczności przyniesienia dodatkowych par uwiązów albo rzeczy, których mogło zabraknąć. – Obecnie ma sześć lat, ale został późno zajeżdżony. Przywieziono go nam z terenów dalekiego wschodu kraju, gdzie mrozy są najsilniejsze. – Zatrzymał się, spojrzał to na mnie, to na nią. Może zauważył, że trochę się rozgadał, ale w jego oczach płonął zapał, jakby nie mógł stłumić w sobie potrzeby dzielenia się wiedzą. I jednocześnie bał się, że mówi za dużo. – Nie jest przyzwyczajony do upałów. Denerwują do owady – dodał ciszej, znów się skłaniając i odchodząc o krok do tyłu.
        W dłoniach trzymał gruby sznur, ugniatał go palcami z ekscytacji albo zdenerwowania. Nie podnosił na mnie wzroku, kiedy odwróciłem się w jego stronę.
        Szybko jednak moją uwagę zajęła Esja, która starała się ubrać naramienniki. Musiałem przyznać, że to był ciekawym całkiem śmieszny widok, kiedy próbowała na ramię za łokciem założyć część, która była przeznaczona na bark, choć na mojej twarzy nie malowało się rozbawienie. Kpienie z ludzi, którzy pierwszy raz czegoś próbowali nie było moim ulubiony zajęciem, wbrew pozorom.
        Podszedłem, a dziewczyna najwyraźniej skorzystała z okazji, żeby zadać pytanie ściszonym głosem, którego nie usłyszy koniuszy. Wziąłem naramiennik i odpiąłem skórzany pasek. Pochyliłem się nieco, z początku ignorując jej pytanie.
        – Podnieś rękę. Tak, równolegle do ziemi – mruknąłem, łapiąc ją za łokieć i unosząc ramię do góry. – W ten sposób – wyjaśniłem, przykładając pierwszy fragment zbroi do jej ciała. Drugi położyłem na ziemi dla większej wygody. Fragment umieszczony na ramieniu zawsze był najcięższy i najbardziej masywny. – Ma skórzany pas, który w tym wypadku zapina się do wspólnej uprzęży dla dwóch ramion. Te fragmenty zakłada się razem, przez co zyskujesz równomierny rozkład ciężaru na obu barkach. Tu, włóż drugą rękę.
        Konstrukcja nie była zbyt skomplikowana, ale nie była też standardowym rozwiązaniem w zbroi. Zakładanie tego zajmowało znacznie więcej czasu, ale mimo tego znalazłem gdzieś w sobie pokłady cierpliwości, kiedy Esja patrzyła na każdy ruch i robiła to, o czym mówiłem. Kilka minut zajęło nam założenie samych naramienników.
        – Ciężkie? – przechyliłem głowę w bok, patrząc czy wszystko jest na właściwym miejscu. Nie czekając na odpowiedź szarpnąłem jeden element, oceniając czy wystarczająco dobrze się na niej trzyma. – To na początek. A teraz zdejmuj wszystko, nie będziesz w tym jeździć.
        Odwróciłem się w stronę chłopaka, który nadal stał w tym samym miejscu, zostawiając ją samą z tym zadaniem. Skinąłem na niego ręką. Podał mi hełm, który wewnątrz był wyłożony miękką, odporną na uderzenia tkaniną i był zdecydowanie lżejszy niż ten bojowy. Zaprojektowany specjalnie do nauki jazdy konnej.
        – Gdzie mistrz?
        Zmrużyłem lekko oczy, patrząc na promieniejącą twarz jasnowłosego.
        – Będzie tu niedługo. Udał się rano na patrol wokół wydzielonych pastwisk. Własnoręcznie dogląda ich bezpieczeństwa.
        – Dobrze. Niech pojawi się, kiedy tylko będzie gotowy.
        Wróciłem do kapłanki, która całkiem zgrabnie uporała się ze swoim zadaniem w międzyczasie. Dobrze. Najważniejsze, że słuchała tego co do niej mówiłem, a nie była gnuśną dziewuchą sądzącą, że wie najlepiej. To dobrze o niej świadczyło. Oczywiście pochwała nigdy nie zeszła mi na język. Wyciągnąłem do niej dłoń, w której trzymałem przygotowany wcześniej kask.
        – To dla bezpieczeństwa. Zbroja jest za ciężka, żebyś od razu uczyła się z nią jeździć. To wysoki stopień zaawansowania, dojdziemy do niego za kilkanaście dni. Stal zmienia punkt ciężkości w siodle, a najpierw nauczysz się jeździć bez niczego. To najważniejsza lekcja.
        Cofnąłem odrobinę dłoń z hełmem, zanim zdążyła wyciągnąć po niego dłonie. Racja, została jeszcze jedna kwestia do wytłumaczenia. Zacisnąłem mocniej usta, po czym znów wyciągnąłem dłoń, tym razem pozwalając jej odebrać kask ochronny.
        – Z księciem będziesz udawać się na przejażdżki, nie uczyć jeździectwa. Będzie chciał rozmawiać o bogach, naturze, pięknie przyrody, a to możesz robić w wolnym czasie – zniżyłem głos, podchodząc bliżej. W stajni i na placu nagle podniosło się zamieszanie, ale nie rozproszyło mnie. Tym lepiej, bo nikt nie usłyszy tego, co chciałem powiedzieć. – Mam lepszych ludzi, którzy nauczą cię tego, czego potrzeba w jeździectwie. Rozumienia konia i rozmowy z nim za pomocą malutkich gestów. Książę jedyne, czego może cię nauczyć to jak porządnie walić batem i robić użytek z pięt – skrzywiłem się. Może zbyt ostre słowa jak o kimś, kto sprawuje minimalną władzę… Choć zazwyczaj nie kryłem się zbytnio ze swoimi opiniami. – Podejrzewam, że będzie nadal chciał cię „uczyć”. Nie musi też wiedzieć, że to nie on stoi za twoimi wynikami w nauce.
        Uniosłem jedną brew, prostując się. Mówiąc tak szczerze po części skazywałem się na nadzieję, że Esja będzie lojalna i nie powtórzy tego dalej. Nie była to jednak tak niewygodna myśl, jak się tego po niej spodziewałem. Obróciłem się na pięcie w stronę środka placu. Galopem przed chwilą pojawił się na nim samotny jeździec, zatrzymując konia w ułamku sekundy i pozwalając mu przez chwilę paradować na pokaz, tańczyć na kostce stukając przy tym podkowami o kamień. Na pokaz, oczywiście. Jeździec zeskoczył z wierzchowca i oddał wodze chłopakowi, który wybiegł naprzeciw.
        – To twój mistrz.
        Zerknąłem na twarz Esji, żeby zobaczyć jej reakcję na wieść, że mistrzem jest w gruncie rzeczy kobieta.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/