Kiedy
zatrzymaliśmy się po drugiej stronie placu, naprzeciwko wejścia do stajni i
miejsc, gdzie przywiązywane były konie wyczyszczone i gotowe do siodłania,
skrzyżowałem ramiona na piersi. Koń prezentował się całkiem wyniośle, choć nie
miał na sobie standardowej kulbaki wojennej, a zwykłe, skórzane siodło
niewielkich rozmiarów. Było lżejsze niż to, do którego przez lata został
przyzwyczajony, a ta zmiana z pewnością wprawiała go w dodatkowe zdenerwowanie.
Miałem tylko nadzieję, że jeśli jakiś bóg w którego wierzy kapłanka naprawdę
istnieje, to ją będzie miał w opiece. Czy coś takiego. W każdym razie, że nie
spadnie z grzbietu i nie skręci sobie karku.
Słysząc jej pytanie skierowałem na nią
spojrzenie, po czym pokręciłem lekko głową. Wyraz mojej twarzy musiał być
bardzo wymowny, bo nawet nie potrzebowała odpowiedzi. Ruszyliśmy oboje w tamtą
stronę i koniuszy zauważył nas dopiero, kiedy byliśmy już naprawdę blisko.
Skłonił się kilkakrotnie z szacunkiem, po czym odszedł na krok do tyłu od
zwierzęcia, żeby zrobić Esji miejsce.
– To Xander, pani – odezwał się chłopak
stojący za nami, który najwidoczniej za swój obowiązek uznał towarzyszenie nam
cały czas. Pewnie w razie konieczności przyniesienia dodatkowych par uwiązów
albo rzeczy, których mogło zabraknąć. – Obecnie ma sześć lat, ale został późno
zajeżdżony. Przywieziono go nam z terenów dalekiego wschodu kraju, gdzie mrozy
są najsilniejsze. – Zatrzymał się, spojrzał to na mnie, to na nią. Może
zauważył, że trochę się rozgadał, ale w jego oczach płonął zapał, jakby nie
mógł stłumić w sobie potrzeby dzielenia się wiedzą. I jednocześnie bał się, że
mówi za dużo. – Nie jest przyzwyczajony do upałów. Denerwują do owady – dodał ciszej,
znów się skłaniając i odchodząc o krok do tyłu.
W dłoniach trzymał gruby sznur,
ugniatał go palcami z ekscytacji albo zdenerwowania. Nie podnosił na mnie
wzroku, kiedy odwróciłem się w jego stronę.
Szybko jednak moją uwagę zajęła Esja,
która starała się ubrać naramienniki. Musiałem przyznać, że to był ciekawym
całkiem śmieszny widok, kiedy próbowała na ramię za łokciem założyć część,
która była przeznaczona na bark, choć na mojej twarzy nie malowało się
rozbawienie. Kpienie z ludzi, którzy pierwszy raz czegoś próbowali nie było
moim ulubiony zajęciem, wbrew pozorom.
Podszedłem, a dziewczyna najwyraźniej
skorzystała z okazji, żeby zadać pytanie ściszonym głosem, którego nie usłyszy
koniuszy. Wziąłem naramiennik i odpiąłem skórzany pasek. Pochyliłem się nieco,
z początku ignorując jej pytanie.
– Podnieś rękę. Tak, równolegle do
ziemi – mruknąłem, łapiąc ją za łokieć i unosząc ramię do góry. – W ten sposób –
wyjaśniłem, przykładając pierwszy fragment zbroi do jej ciała. Drugi położyłem
na ziemi dla większej wygody. Fragment umieszczony na ramieniu zawsze był
najcięższy i najbardziej masywny. – Ma skórzany pas, który w tym wypadku zapina
się do wspólnej uprzęży dla dwóch ramion. Te fragmenty zakłada się razem, przez
co zyskujesz równomierny rozkład ciężaru na obu barkach. Tu, włóż drugą rękę.
Konstrukcja nie była zbyt
skomplikowana, ale nie była też standardowym rozwiązaniem w zbroi. Zakładanie
tego zajmowało znacznie więcej czasu, ale mimo tego znalazłem gdzieś w sobie
pokłady cierpliwości, kiedy Esja patrzyła na każdy ruch i robiła to, o czym
mówiłem. Kilka minut zajęło nam założenie samych naramienników.
– Ciężkie? – przechyliłem głowę w bok,
patrząc czy wszystko jest na właściwym miejscu. Nie czekając na odpowiedź
szarpnąłem jeden element, oceniając czy wystarczająco dobrze się na niej
trzyma. – To na początek. A teraz zdejmuj wszystko, nie będziesz w tym jeździć.
Odwróciłem się w stronę chłopaka, który
nadal stał w tym samym miejscu, zostawiając ją samą z tym zadaniem. Skinąłem na
niego ręką. Podał mi hełm, który wewnątrz był wyłożony miękką, odporną na
uderzenia tkaniną i był zdecydowanie lżejszy niż ten bojowy. Zaprojektowany
specjalnie do nauki jazdy konnej.
– Gdzie mistrz?
Zmrużyłem lekko oczy, patrząc na
promieniejącą twarz jasnowłosego.
– Będzie tu niedługo. Udał się rano na
patrol wokół wydzielonych pastwisk. Własnoręcznie dogląda ich bezpieczeństwa.
– Dobrze. Niech pojawi się, kiedy tylko
będzie gotowy.
Wróciłem do kapłanki, która całkiem
zgrabnie uporała się ze swoim zadaniem w międzyczasie. Dobrze. Najważniejsze,
że słuchała tego co do niej mówiłem, a nie była gnuśną dziewuchą sądzącą, że
wie najlepiej. To dobrze o niej świadczyło. Oczywiście pochwała nigdy nie
zeszła mi na język. Wyciągnąłem do niej dłoń, w której trzymałem przygotowany wcześniej
kask.
– To dla bezpieczeństwa. Zbroja jest za
ciężka, żebyś od razu uczyła się z nią jeździć. To wysoki stopień
zaawansowania, dojdziemy do niego za kilkanaście dni. Stal zmienia punkt
ciężkości w siodle, a najpierw nauczysz się jeździć bez niczego. To
najważniejsza lekcja.
Cofnąłem odrobinę dłoń z hełmem, zanim
zdążyła wyciągnąć po niego dłonie. Racja, została jeszcze jedna kwestia do
wytłumaczenia. Zacisnąłem mocniej usta, po czym znów wyciągnąłem dłoń, tym
razem pozwalając jej odebrać kask ochronny.
– Z księciem będziesz udawać się na
przejażdżki, nie uczyć jeździectwa. Będzie chciał rozmawiać o bogach, naturze,
pięknie przyrody, a to możesz robić w wolnym czasie – zniżyłem głos, podchodząc
bliżej. W stajni i na placu nagle podniosło się zamieszanie, ale nie
rozproszyło mnie. Tym lepiej, bo nikt nie usłyszy tego, co chciałem powiedzieć.
– Mam lepszych ludzi, którzy nauczą cię tego, czego potrzeba w jeździectwie.
Rozumienia konia i rozmowy z nim za pomocą malutkich gestów. Książę jedyne, czego
może cię nauczyć to jak porządnie walić batem i robić użytek z pięt –
skrzywiłem się. Może zbyt ostre słowa jak o kimś, kto sprawuje minimalną władzę…
Choć zazwyczaj nie kryłem się zbytnio ze swoimi opiniami. – Podejrzewam, że
będzie nadal chciał cię „uczyć”. Nie musi też wiedzieć, że to nie on stoi za
twoimi wynikami w nauce.
Uniosłem jedną brew, prostując się.
Mówiąc tak szczerze po części skazywałem się na nadzieję, że Esja będzie
lojalna i nie powtórzy tego dalej. Nie była to jednak tak niewygodna myśl, jak
się tego po niej spodziewałem. Obróciłem się na pięcie w stronę środka placu.
Galopem przed chwilą pojawił się na nim samotny jeździec, zatrzymując konia w
ułamku sekundy i pozwalając mu przez chwilę paradować na pokaz, tańczyć na
kostce stukając przy tym podkowami o kamień. Na pokaz, oczywiście. Jeździec
zeskoczył z wierzchowca i oddał wodze chłopakowi, który wybiegł naprzeciw.
– To twój mistrz.
Zerknąłem na twarz Esji, żeby zobaczyć
jej reakcję na wieść, że mistrzem jest w gruncie rzeczy kobieta.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz