Odszedłem
o krok, robiąc kobiecie miejsce obok Esji. Wiedziałem, że wszystko pójdzie po
mojej myśli. Zawsze szło… Prawie zawsze. Odchrząknąłem, tym samym wyrażając
zgodę na wyprowadzenie konia do części obozu w której je ujeżdżano. Nie była
imponująco duża, zarządca obozu już i tak uważał, że te zwierzęta zajmują zbyt
dużo cennego miejsca w obozie.
Tylko przez chwilę stałem przy płocie,
obserwując. Może po to, żeby upewnić się że podjąłem dobrą decyzję albo wystawić
się na próbę i sprawdzić, czy będę w stanie ją podtrzymać. Po kilkunastu
minutach opuściłem obie kobiety, kierując się do swojego namiotu, gdzie czekało
na mnie wyjątkowo dużo pracy. Przez chwilę pozwoliłem sobie na zaprzątanie
głowy drobnostkami takimi jak Freya albo książę Azir, który przybył tutaj ze
swoją siostrą. Tej drugiej nie było wczoraj widać w obozie – najwidoczniej miała
swoje powody, żeby się ukrywać. Później oczyściłem umysł z niepotrzebnych
śmieci, wypełniłem zalegające raporty i ruszyłem na dziedziniec-arenę, który
służył żołnierzom do ćwiczeń.
Przy wejściu kilku strażników skinęło w
moją stronę. Odpowiedziałem tym samym, wchodząc do małej zbrojowni
przyciśniętej do jednej ze ścian areny. Swój miecz miałem zawsze gotowy na
każde polecenie. Teraz też tu był; niegotowy, czekający na wyczyszczenie.
Zawsze zajmowałem się tym sam. Nie pozwalałem zbyt wielu ludziom dotykać
swojego oręża i wolałem sam upewnić się, że jest w odpowiednim stanie.
Zanim wyszedłem na piasek dziedzińca minęło
południe. O tej porze zawsze było tu mniej ludzi. Postanowiłem przećwiczyć
podstawowe kroki i pozycje. Wiedziałem, że ruch fizyczny i zmęczenie pozwoli mi
oczyścić myśli.
I faktycznie tak się stało, kiedy
kilkadziesiąt minut później schodziłem znów do małej zbrojowni.
Wewnątrz nikogo nie było. Zdjąłem
elementy zbroi, nałożone na mundur i zapięte skórzanymi paskami. Opadłem na
wyprofilowane drewniane, proste krzesło. Wzrokiem podążałem za wzorami
wyrzeźbionymi na ścianie, a myślom pozwalałem swobodnie fruwać. Czułem
zmęczenie dłoni i ud, zły na siebie, że pozwoliłem sobie na tyle dni bez
aktywnego treningu. Bycie oficerem często pożerało wiele cennego czasu na
rozmowy i narady, które nie służyły niczemu konkretnemu. Ciche westchnienie
opuściło moje usta jako jedyna oznaka jakiejkolwiek słabości.
Czasem powtarzałem sobie, że to ja
niosę ciężar tej krainy na swoich barkach.
Wszystkie straty, każda śmierć. Każda,
za którą odpowiadam. Tak wiele istnień, dobrych i złych ludzi, którzy nie
powinni umierać.
Cieszyłem się, że byłem zupełnie sam.
Przybrałem maskę obojętności, mijając
kolejne namioty. Koło kwatermistrza pachniało obiadem, ale nie byłem głodny,
nawet po wysiłku. Skierowałem kroki swoich stóp odzianych w ciężkie, podbite
grubymi podeszwami buty w stronę padoku, gdzie rano odprowadziłem Esję. Obie
kobiety znajdowały się tam, zauważyłem sylwetkę mistrza z daleka; prostą,
zgrabną, sztywną i w swój sposób dystyngowaną. Esja w kłusie nie prezentowała
się żadną z tych cech, ale miło było zobaczyć, jak wielką radość sprawia jej
jazda konna. Minęło dużo czasu od kiedy mogłem czuć się w ten sposób. Całkiem
szczęśliwy, że udało mi się dopiąć swego.
Skinąłem na słowa kobiety – niezbyt skorej
do komplementowania ludzi bez powodu, co tylko upewniało mnie w słuszności tego
wyboru.
– W takim razie podtrzymuję to, co zostało
postanowione wcześniej. Będziecie trenować codziennie w godzinach porannych
tak, żeby na południe zdążyć pojawić się na arenie treningowej. To znaczy,
znacznie wcześniej niż dzisiaj – dodałem, spoglądając na Esję znacząco. Kwestia
dzisiejszej „choroby” sprawiła, że mieliśmy małe opóźnienie. A to znaczyło
tylko jedno…
Pstryknąłem palcami, słysząc jej
pytanie o Lance’a. Ten idiota nadal był umieszczony w namiocie medyka, jego
obrażenia okazały się większe niż początkowo podejrzewano, utracił dużo krwi.
Spojrzałem jeszcze raz na Verrę, która stała obok i przyglądała się uważnie
Esji.
– To wszystko. Możesz wracać do swoich
zajęć – powiedziałem, skłaniając lekko głowę. Mistrzyni jeździectwa od dawna
miała zaskarbiony mój szacunek, nie tylko poprzez pomoc w sytuacjach takich jak
ta, ale także wszystkich innych. Wymagających poufałości. – Dziękuję.
Uśmiechnęła się. Dziwnie. Odpowiedziała
ukłonem w stronę Esji i odeszła w kierunku stajni dziwnie tanecznym krokiem.
Może zauważyłbym tę zmianę, gdybym nie skoncentrował od razu swojej uwagi na
kapłance.
– Możesz iść. Kiedy wzejdzie nocny
księżyc odlicz godzinę. Wyjdź z namiotu, zbywając strażników – zmarszczyłem czoło.
– To najważniejsze. Niech nikt nie idzie za tobą, wymyśl coś. Spotkamy się przy
głównym placu, stamtąd zaprowadzę cię na arenę, gdzie nauczysz się podstaw
walki. Wszystko jasne? – Wyprostowałem się, odsuwając się o krok. – Może dziwić
cię, dlaczego podejmuję takie kroki ostrożności. Inaczej jest jednak z nauką
jazdy konnej, inaczej z walką mieczem. To drugie o wiele ciężej byłoby
wytłumaczyć komuś nie pożądanie obarczonego wiedzą o tym, co robimy. – Zawahałem
się na moment. Wiedziałem, co ryzykuję. Tylko czy wiedziałem, dlaczego to
robię? Jaki mam cel w tym, co sam sobie wyznaczyłem?
Westchnąłem ciężko. Przez chwilę moja
twarz wyrażała z pewnością zmęczenie, ale ta emocja szybko ustąpiła
zwyczajowemu chłodowi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz