sobota, 15 lipca 2017

LXXX



        Odszedłem o krok, robiąc kobiecie miejsce obok Esji. Wiedziałem, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Zawsze szło… Prawie zawsze. Odchrząknąłem, tym samym wyrażając zgodę na wyprowadzenie konia do części obozu w której je ujeżdżano. Nie była imponująco duża, zarządca obozu już i tak uważał, że te zwierzęta zajmują zbyt dużo cennego miejsca w obozie.
        Tylko przez chwilę stałem przy płocie, obserwując. Może po to, żeby upewnić się że podjąłem dobrą decyzję albo wystawić się na próbę i sprawdzić, czy będę w stanie ją podtrzymać. Po kilkunastu minutach opuściłem obie kobiety, kierując się do swojego namiotu, gdzie czekało na mnie wyjątkowo dużo pracy. Przez chwilę pozwoliłem sobie na zaprzątanie głowy drobnostkami takimi jak Freya albo książę Azir, który przybył tutaj ze swoją siostrą. Tej drugiej nie było wczoraj widać w obozie – najwidoczniej miała swoje powody, żeby się ukrywać. Później oczyściłem umysł z niepotrzebnych śmieci, wypełniłem zalegające raporty i ruszyłem na dziedziniec-arenę, który służył żołnierzom do ćwiczeń.
        Przy wejściu kilku strażników skinęło w moją stronę. Odpowiedziałem tym samym, wchodząc do małej zbrojowni przyciśniętej do jednej ze ścian areny. Swój miecz miałem zawsze gotowy na każde polecenie. Teraz też tu był; niegotowy, czekający na wyczyszczenie. Zawsze zajmowałem się tym sam. Nie pozwalałem zbyt wielu ludziom dotykać swojego oręża i wolałem sam upewnić się, że jest w odpowiednim stanie.
        Zanim wyszedłem na piasek dziedzińca minęło południe. O tej porze zawsze było tu mniej ludzi. Postanowiłem przećwiczyć podstawowe kroki i pozycje. Wiedziałem, że ruch fizyczny i zmęczenie pozwoli mi oczyścić myśli.
        I faktycznie tak się stało, kiedy kilkadziesiąt minut później schodziłem znów do małej zbrojowni.
        Wewnątrz nikogo nie było. Zdjąłem elementy zbroi, nałożone na mundur i zapięte skórzanymi paskami. Opadłem na wyprofilowane drewniane, proste krzesło. Wzrokiem podążałem za wzorami wyrzeźbionymi na ścianie, a myślom pozwalałem swobodnie fruwać. Czułem zmęczenie dłoni i ud, zły na siebie, że pozwoliłem sobie na tyle dni bez aktywnego treningu. Bycie oficerem często pożerało wiele cennego czasu na rozmowy i narady, które nie służyły niczemu konkretnemu. Ciche westchnienie opuściło moje usta jako jedyna oznaka jakiejkolwiek słabości.
        Czasem powtarzałem sobie, że to ja niosę ciężar tej krainy na swoich barkach.
        Wszystkie straty, każda śmierć. Każda, za którą odpowiadam. Tak wiele istnień, dobrych i złych ludzi, którzy nie powinni umierać.
        Cieszyłem się, że byłem zupełnie sam.

        Przybrałem maskę obojętności, mijając kolejne namioty. Koło kwatermistrza pachniało obiadem, ale nie byłem głodny, nawet po wysiłku. Skierowałem kroki swoich stóp odzianych w ciężkie, podbite grubymi podeszwami buty w stronę padoku, gdzie rano odprowadziłem Esję. Obie kobiety znajdowały się tam, zauważyłem sylwetkę mistrza z daleka; prostą, zgrabną, sztywną i w swój sposób dystyngowaną. Esja w kłusie nie prezentowała się żadną z tych cech, ale miło było zobaczyć, jak wielką radość sprawia jej jazda konna. Minęło dużo czasu od kiedy mogłem czuć się w ten sposób. Całkiem szczęśliwy, że udało mi się dopiąć swego.
        Skinąłem na słowa kobiety – niezbyt skorej do komplementowania ludzi bez powodu, co tylko upewniało mnie w słuszności tego wyboru.
        – W takim razie podtrzymuję to, co zostało postanowione wcześniej. Będziecie trenować codziennie w godzinach porannych tak, żeby na południe zdążyć pojawić się na arenie treningowej. To znaczy, znacznie wcześniej niż dzisiaj – dodałem, spoglądając na Esję znacząco. Kwestia dzisiejszej „choroby” sprawiła, że mieliśmy małe opóźnienie. A to znaczyło tylko jedno…
        Pstryknąłem palcami, słysząc jej pytanie o Lance’a. Ten idiota nadal był umieszczony w namiocie medyka, jego obrażenia okazały się większe niż początkowo podejrzewano, utracił dużo krwi. Spojrzałem jeszcze raz na Verrę, która stała obok i przyglądała się uważnie Esji.
        – To wszystko. Możesz wracać do swoich zajęć – powiedziałem, skłaniając lekko głowę. Mistrzyni jeździectwa od dawna miała zaskarbiony mój szacunek, nie tylko poprzez pomoc w sytuacjach takich jak ta, ale także wszystkich innych. Wymagających poufałości. – Dziękuję.
        Uśmiechnęła się. Dziwnie. Odpowiedziała ukłonem w stronę Esji i odeszła w kierunku stajni dziwnie tanecznym krokiem. Może zauważyłbym tę zmianę, gdybym nie skoncentrował od razu swojej uwagi na kapłance.
        – Możesz iść. Kiedy wzejdzie nocny księżyc odlicz godzinę. Wyjdź z namiotu, zbywając strażników – zmarszczyłem czoło. – To najważniejsze. Niech nikt nie idzie za tobą, wymyśl coś. Spotkamy się przy głównym placu, stamtąd zaprowadzę cię na arenę, gdzie nauczysz się podstaw walki. Wszystko jasne? – Wyprostowałem się, odsuwając się o krok. – Może dziwić cię, dlaczego podejmuję takie kroki ostrożności. Inaczej jest jednak z nauką jazdy konnej, inaczej z walką mieczem. To drugie o wiele ciężej byłoby wytłumaczyć komuś nie pożądanie obarczonego wiedzą o tym, co robimy. – Zawahałem się na moment. Wiedziałem, co ryzykuję. Tylko czy wiedziałem, dlaczego to robię? Jaki mam cel w tym, co sam sobie wyznaczyłem?
        Westchnąłem ciężko. Przez chwilę moja twarz wyrażała z pewnością zmęczenie, ale ta emocja szybko ustąpiła zwyczajowemu chłodowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/