Nauczyłam się już, że Nevan do zbyt wylewnych nie należy, ale mimo to wciąż oczekiwałam po nim pełnych emocji wypowiedzi, które nigdy nie miały nastąpić. Tym razem również poczęstował mnie dawką rzeczowych faktów, na co nie byłam gotowa. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, chciałam nawet zapytać o to, dlaczego mam się wymykać do Lance'a, ale na całe szczęście nim niepotrzebnie otworzyłam usta, wiedziałam już, że to nie do namiotu medycznego mam przemknąć niezauważenie.
Pokiwałam powoli głową, zastanawiając się już teraz nad dobrą wymówką dla strażników. Nie miałam żadnej, ale nie zamierzałam prosić Tealvasha o pomoc, do nocy zdążę coś wymyślić, ale sama, poradzę sobie. Najwyraźniej jakoś zasłużyłam sobie na pewnego rodzaju szacunek ze strony oficera, chciałam więc wypaść jak najlepiej. Poza tym towarzyszyła mi pewnego rodzaju ekscytacja. Wiem doskonale, że to co robiliśmy zostałoby na pewno źle odebrane, ale nie mogłam się wyprzeć tego uczucia. Niemalże paliło moją skórę, sprawiało, że perspektywa oczekiwania wydawała się wyjątkowo nieznośna. Już teraz zmieniłam plany, chcąc iść do Lance'a jak najszybciej, żeby stracić czas, który dłużyłby się w nieskończoność, gdybym teraz wróciła do siebie.
- Dam sobie radę - powiedziałam w końcu, nieco niepewnie, ale głównie przez postawę mężczyzny. Wydawał się być zmęczony, a mnie paliła myśl, iż to wszystko z mojego powodu. Może żałował? Po pijaku powiedział kilka słów za dużo, a teraz, jako honorowy człowiek nie mógł się z tego wycofać... ta myśl była nieprzyjemnie ciężka, tym bardziej, że to, co dla niego było tak ryzykowne, mi dawało tak dużo radości. Nie potrafiłabym teraz zrezygnować, wycofać się, nawet wiedząc, że może to byłoby dla niego lepsze. Czy to czyniło mnie samolubną? Nie znałam tego uczucia i co powinno napawać mnie wstydem, nie czułam się winna. Niewiele myśląc uśmiechnęłam się do tej chłodnej skały, jaką Nevan często przypominał. Wydawało mi się, że taki gest wiele potrafi zmienić, a już w szczególności w obozie w którym tak wiele osób wygląda po prostu nieżyczliwie.
- Dziękuję, oficerze - dygnęłam grzecznie, odruchowo, nieszczególnie planując ten ruch. Przechyliłam lekko głowę na bok, zastanawiając się, czy coś warto byłoby dodać. - Pewnie w ustach ocalałej kapłanki nie zabrzmi to wartościowo, ale jestem twoją dłużniczką - ostatecznie uznałam, że to jedyne, co mogłam mu powiedzieć. Była to prawda i nic by mnie tak nie cieszyło, jak możliwość odwdzięczenia się. Niestety do tak głupich nie należę, aby wierzyć, że w najbliższej przyszłości moja pomoc w jakikolwiek sposób mu sie przyda. Nie było to miłym spostrzeżeniem, ale jak najbardziej prawdziwym.
Niedługo po tym pożegnaliśmy się, a ja zaraz ruszyłam do Lance'a, który na całe szczęście był w znacznie lepszym stanie, niż dzień wcześniej. Nie mogłam mówić zbyt wiele, aby nie dopuścić do tego, że ktoś usłyszy naszą rozmowę, ale o jeździe konnej nie mogłam nie wspomnieć. Wcześniej planowałam, że będzie to wizyta jedynie z grzeczności, ale nim się obejrzałam rozmowa sama zaczęła się kleić, a wyszłam dopiero w chwili, w ktorej medyk dał mi do zrozumienia, że powinnam zostawić żołnierza w spokoju. Po tym odwiedziłam moje siostry, zapytałam o ich stan, ale nic konkretnego mi nie przekazano. Reszta dnia minęła całkiem przyjemnie. Posiłek zjadłam z Eliahem, któremu opowiedziałam o porannej lekcji, nie wiem czemu, ale zachowywał się miejscami posępnie, jednak zapytany wprost zbywał mnie uśmiechem.
Nim się obejrzałam wszedł nocny księżyc. W głowie miałam pustkę i dopiero w chwili wyjścia poczułam, że nie wiem, co powinnam zrobić. Postanowiłam pójść na zywioł, wyszłam z namiotu i wiedziałam już, co powiem, ale na samą myśl czułam, że nie dam rady. Może obejdzie się bez kombinowania.
- Dziękuję, nie potrzebuję eskorty - jak tylko wyszłam na zewnątrz, dwójka stojących przy mojej kwaterze żołnierzy ruszyła za mną. Miałam nadzieję, że nie będą mieszać, ale spojrzeli po sobie, a potem na mnie i już wiedziałam, że tak łatwo nie pójdzie.
- Wybacz pani, ale to niebezpieczne. Spacer o tej porze bez eskorty jest zakazany - powiadomił mnie jeden z nich. Nie mogli zauważyć, jak dłonie, schowane pod peleryną zaciskają się w pięści. Cóż, wyglądał na kogoś, kto szybko nie odpuści, a ja nie miałam czasu na cackanie się. Musiałam działać i stracić ich jak najszybciej. Mówi się trudno.
- Nie zamierzam spacerować - oznajmiłam dosadnie. Pozwoliłam sobie wziąć głęboki wdech i nie patrząc im w oczy kontynuowałam. - Muszę się udać do medyczki z powodów czysto kobiecych i nie życzę sobie męskiej obstawy - rzuciłam z naciskiem, w głowie powtarzając sobie słowa Nevana, który nieraz próbował mi uświadomić, że posiadam pewnego rodzaju władzę. Czy się uda? Widziałam, jak z miejsca się wyprostowali. Sądziłam, że coś jeszcze powiedzą, ale tak nie było. Po chwili uznałam to za zwycięstwo, odwróciłam się i chowając w cieniu nocy rumieniec ruszyłam przed siebie.
Po drodze zgubiłam się delikatnie, ale uznałam, że to nawet lepiej. Straciłam wszelkie ogony, jesli jakiekolwiek miałam, aż w końcu znalazłam się na głównym placu. Zatrzymałam się w cieniu, pozwalając sobie na zapoznanie się z otoczeniem. Dostrzegłam jedną postać i niedługo potem szłam już powoli w jej kierunku, wierząc, że to Nevan. Kiedy zatrzymałam się przy nim, nawet w nikłym świetle nie byłam w stanie pomylić tego spojrzenia.
- Zrobiłam, co kazałeś - powiedziałam cicho, czując, że oddycham nieco mocniej, niż zwykle. Serce także biło głośniej, niż potrzeba i dotarło do mnie, że pierwszy raz czuję się w ten sposób. Jakbym faktycznie robiła coś niedozwolonego, a chociaż zakazany owoc zawsze smakuje najlepiej, a ta sytuacja wcale aż tak zakazana nie była, to jednak pierwszy raz w życiu miałam styczność z czymś ogólnie pojmowanym za nieodpowiednie. Słowem nie łamałam prawa, ale w całym swoim życiu bez wątpienia większego przewinienia, od obecnej sytuacji nie doświadczyłam. Czułam więc, że mimo poważnych wytycznych moje oczy błyszczą, pełne emocji i nieco patetycznej radości. Nie mogłam nic na to poradzić, a na ustach czaił się uśmiech, nawet jeśli te ułożone były w wyrazie poważnej obojętności. Nie potrafiłam ukryć tego, co czułam.
Noc była niezbyt ciepła, co po ostatnich było nowością. Co jakiś czas między nami majaczyły chłodne powiewy wiatru, targające materiał ubrań. Wiatr ten wydawał się nieść ze sobą woń nowej przygody, odgłos broni, której gdyby nie zapał oficera Tealvasha pewnie nigdy bym nie dotknęła. W prawdzie jeszcze nie miałam tej przyjemności za sobą, ale już oczami wyobraźni byłam tam, trenowałam...
- Możemy juz iść? - ponagliłam, zdradzając w dosadny sposób swoje podekscytowanie. Nieco się zmieszałam, rozejrzałam całkowicie zbędnie i poprawiłam wciąż spięte włosy. - Wiem, że nie lubisz tracić czasu - dodałam, udając, że to stąd moja chęć do ruszenia z miejsca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz